25 (39) – Szczun Na Śląsku – „Korona Polski – Gołębia (2/16)”

Szczyt Gołębia (Góra Żarska)

Powiedzieliśmy „Śnieżka”, trzeba powiedzieć „B”. Dwa tygodnie wcześniej rozpoczęliśmy zdobywanie Korony Polski. Na pierwszy rzut poszła Śnieżka. Teraz postanowiliśmy zdobyć najbliżej znajdujący się od naszego miejsca zamieszkania szczyt, będący najwyższym punktem województwa lubuskiego. Z Zielonej Góry do Żar jest około 40 km.

Nasza przygoda rozpoczęła się jednak od małej niemiłej niespodzianki. Nasz „Bączek” stwierdził, że nie ma zamiaru po nocnych przymrozkach odpalać i nigdzie nie jedzie. Wystarczyło jednak krótkie wzięcie go na „pych” i się udało. Mogliśmy ruszać. Po drodze miałem czas, by zastanowić się czy to akumulator, czy też rozrusznik niedomaga. Z początku sądziłem, że akumulator, jednak im dłużej jechaliśmy, tym bardziej rozrusznik wydawał być się winowajcą. No cóż, trzeba pojechać do lekarza i będzie znów wydatek.

W końcu dotarliśmy do Żar. A następnie, przez miejscowości Olbrachtowice i Łaz, po około 40 minutach, dojechaliśmy do celu. Ba, dojechaliśmy… prawie na szczyt! Samo dojście od auta na sam szczyt zajęło nam około 10 sekund 😉

Gołębia (Góra Żarska)

Gołębia (Góra Żarska) – tutaj jest najwyższy punkt województwa

Sama Gołębia (potocznie zwana Górą Żarską) to wzniesienie o wysokości 226,9 m n.p.m. położone na Wale Trzebnickim, w pasie Wzniesień Żarskich. Znajduje się w powiecie żarskim, na terenie gminy wiejskiej Żary, ok. 2,5 km na południe od samych Żar. Jest porośnięta lasem, zaś na samym szczycie stoi przeciwpożarowa wieża obserwacyjna. Nazwa Gołębia ustawowo została nadana w 1954 roku.

Wzniesienia Żarskie to morena czołowa powstała w okresie zlodowacenia środkowopolskiego. Stanowią zachodnią część Wału Trzebnickiego. Na południu graniczą z Borami Dolnośląskimi. Wał Trzebnicki zaś to pas wzniesień morenowych ukształtowany w okresie zlodowacenia środkowopolskiego. Rozciąga się od Ostrowa Wielkopolskiego na wschodzie po Łęknicę na zachodzie. Ogranicza od północy Nizinę Śląską.

Teren, na którym się znajdowaliśmy, posiada kilka nazw: Żarski Las, Zielony Las lub Żarskie Wzgórza.

Przeciwpożarowa wieża obserwacyjna

Przeciwpożarowa wieża obserwacyjna

Wieża obserwacyjna to smukła metalowa konstrukcja, jak większość obecnie wież przeciwpożarowych. Zbudowano ją w połowie lat osiemdziesiątych XX wieku i ma 32 metry wysokości. Wcześniej w tym miejscu stała wieża drewniana.

Przyszli zdobywcy Korony Polski na wieży

Przyszli zdobywcy Korony Polski na wieży

W niedalekiej odległości od najwyższego szczytu znajdują sie dwie wieże, które są zdecydowanie bardziej atrakcyjne. Pozwolę sobie opis tej i następnej wieży zaczerpnąć ze strony www.zielony-las.pl

Widok w kierunku południowym z wieży obserwacyjnej

Widok na Zielony Las w kierunku południowym z wieży obserwacyjnej

Pierwsza z nich to Wieża Promnitza z XIX wieku, położona na wschód od Gołębiej, w odległości dziesięciominutowego spaceru.

Wieża Promnitza

Wieża Promnitza

Towarzystwo Upiększania Miasta Żary w 1865 roku podjęło inicjatywę budowy wieży widokowej, która miała służyć turystom i umożliwiać obserwację panoramy południowej części Wzniesień Żarskich oraz Borów Dolnośląskich. Można dzięki temu punktowi obserwacyjnemu przy bezchmurnej pogodzie zobaczyć Karkonosze i Góry Izerskie. Kamienna wieża zbudowana na planie kwadratu o boku 4,70 i wysokości 15 metrów, której budulcem były polodowcowe kamienie, nazwana została „Blockhaus, Aussichturm”. Dziś mówi się o niej jako o wieży myśliwskiej, ceglanej lub czerwonej. W jej bezpośredniej okolicy wyrastają stare, okazałe buczyny i podgórski krajobraz.

Druga wieża to Wieża Bismarcka z początku XX wieku.

Wieża Bismarcka

Wieża Bismarcka

Największym budowniczym tej kamiennej wieży, zwanej przed 1945 rokiem wieżą Bismarcka, jest żarska sekcja Towarzystwa Karkonoskiego, która wspólnie z wieloma sympatykami Zielonego Lasu w 1915 roku rozpoczęła budowę obiektu. Wieża nigdy jednak nie została dokończona. Powodem tego były dwie wojny światowe, a co za tym idzie, brak środków finansowych. Była ona budowana w oparciu w składki społeczne. Bryła wieży została zbudowana z cegły i słusznej wielkości bloków granitowych, będących licem wieży. Największe pomieszczenie, z przeznaczeniem pierwotnym na salę pamięci, znajduje się w dolnej części budynku. Wyżej znajdowało się pomieszczenie ochronne dla strażnika wieży oraz drugie z którego można było wejść na wieżę. Po południowej stronie znajdowały się kamienne schody prowadzące na pierwsze piętro. Ich granitowe, szerokie resztki możemy znaleźć do dziś. Wieża planowo miała mieć 42 metry wysokości (część kamienna do 39 metra posiadała 214 schodków). Końcowy jej fragment zakończony był platformą widokową z balustradą, nad którą znajdowała się jeszcze drewniana wieżyczka obserwacyjna o wys. 2,75 m. Po wojnie służyła leśnikom jako wieża obserwacyjna do oceny zagrożenia pożarowego, ale wspominano także przepiękny, malowniczy widok jaki roztaczał się z jej szczytu. Niedaleko wieży, na wschód od niej, w odległości kilkudziesięciu metrów znajduje się pomnik leśniczego Eberta z pierwszej połowy XX wieku.

Planowanie budowy za www.bismarcktuerme.de

18.11.1908 odbyło się w Żarach zebranie, na którym omawiano plan wzniesienia Wieży Bismarcka. W tym celu powołano prowizoryczny komitet budowy. W dniu 20.11.1908 zwołano jawne zgromadzenie, którego zadaniem była koordynacja w planowaniu projektu wieży. Mimo niewielkiej frekwencji, zaproponowano prezydentowi regencji patronat nad przedsięwzięciem. Powołano oficjalny komitet, składający się z przedstawicieli władzy okolicznych miejscowości oraz powiatu.

W miejscowej prasie (Sorauer Tagesblatt) opublikowano streszczenie protokołu z posiedzenia. Kilku wybranych członków nie zgadzało się z treścią publikacji i oświadczyło wystąpienie z komitetu. Wydawało się, że projekt budowy wieży spalił na panewce.

Podczas obrad rady powiatu w Żarach w dniu 28.03.1913 omawiano sprawę budowy Wieży Bismarcka w Żarskim Lesie, na grzbiecie wzniesień (niemiecka nazwa Rückenberg, 226m n.p.m.). Środki na budowę wieży pochodziły ze spadku po zmarłym fabrykancie Teodorze Frenzelu, które przekazał jego syn, fabrykant Georg Frenzel. Rada powiatu oświadczyła, że powiat Żary przejmie pieczę nad wieżą po jej wybudowaniu.

W celu budowy wieży w roku 1913 utworzono zarejestrowane stowarzyszenie pod przewodnictwem nadleśniczego R. Eberta.

Budowa wieży finansowana była głównie ze spadku w wysokości 30 000 marek. Pozostałe środki pozyskano dzięki apelowi w Sorauer Tagesblatt. Całkowity koszt budowy wynosił szacunkowo ok. 50.000 marek (wg innego źródła 140 000 marek).

Prace budowlane

Projekt wieży był dziełem mistrza murarskiego z Żar Fritza Schuberta, który wykonał prace murarskie przy wieży. Budowę Wieży Bismarcka rozpoczęto w środę, 01.04.1914 na wzniesieniu Rückenberg w Żarskim Lesie (geograficznie najwyższym wzniesieniu Marchii Brandenburskiej).

Królewski nadleśniczy Ebert z Żar w imieniu Lasów Państwowych przekazał komitetowi plac budowy. Landrat von Bredow przejął plac budowy i wykonał symboliczne wbicie łopaty w ziemię. Termin uroczystego otwarcia wieży wyznaczono na dzień 01.04.1915.

W czerwcu 1914 prace przy budowie wieży ustały z powodu strajku murarzy i cieśli. Ze względu na wybuch I wojny światowej w dniu 01.08.1914 wieża wybudowana była do wysokości 25 m (projekt przewidywał wysokość 42 m lub 48 m). Podwalina wieży na planie prostokąta wzniesiona była z czerwonej palonej cegły, olicowana polnymi kamieniami na dole.

Opis wieży (planowanej wieży widokowej)

Wysoka na 25 m budowla planowana była pierwotnie jako wieża widokowa z instalacją ogniową i nie została nigdy ukończona.

Dwubiegowe schody zewnętrzne prowadziły do wejścia położonego wyżej, przez które można było się udać do izby pamięci zwieńczonej krzyżowym sklepieniem. Do izby pamięci przylegał bufet i pomieszczenie przeznaczone dla strażnika.

Przy wejściu znajdować się miały jednobiegowe schody, prowadzące do schodów wejściowych z 214 stopniami, którymi można było wejść na platformę widokową z misą ogniową. Na wysokości 30 m planowane było główne wyjście na zewnątrz z obejściem wokoło. Tutaj miały znajdować się ośmiokątne okna widokowe. Według projektu wznosić się miały powyżej cztery masywne siedmiometrowe kamienne kolumny. Ostatnie wyjście zaplanowano na wysokości 39 m. Na nadbudówce o wysokości 2,75 m, znajdującej się na głowicy wieży, przewidziano instalację misy ogniowej.

Historia wieży

Po 01.08.1914 budowla pozostawała w stanie niedokończonym. Wieża pozostawała niezadaszona, przez co przez wiele dziesięcioleci była bezpośrednio narażona na wpływ warunków atmosferycznych. Budowla nie była wykorzystywana ani jako wieża widokowa, ani jako kolumna ogniowa.

Już w roku 1945 wyrwano granitowe kamienie ze schodów zewnętrznych.

W połowie lat 70-tych dobudowano na szczycie wieży drewniane rusztowanie w celu obserwacji przeciwpożarowych.

W lipcu 1991 budowla znajdowała się stanie ruiny (brakowało schodów wewnętrznych, schody zewnętrzne zostały całkowicie zniszczone, wieża na górze była otwarta).

W maju 2002 usunięto drewnianą nadbudówkę.

W czerwcu 2011 budowla była w stanie całkowitej ruiny.

Stara pocztówka z Sorau z widocznymi opisywanymi wieżami - zdjęcie ze strony dolny-slask.org.pl (http://dolny-slask.org.pl/3982995,foto.html?idEntity=526899)

Stara pocztówka z Sorau z widocznymi opisywanymi wieżami – zdjęcie ze strony dolny-slask.org.pl (http://dolny-slask.org.pl/3982995,foto.html?idEntity=526899)

Po godzinnym spacerze po wróciliśmy do auta i pojechaliśmy do Żar. Na kawę. Chcieliśmy odwiedzić kawiarnię, w której byliśmy półtora roku temu podczas naszej rowerowej wyprawy po południu województwa lubuskiego.

Niestety okazało się, że miejsce kawiarni zajął lokal z burgerami, który podczas naszej ostatniej bytności w Żarach znajdował się o dwa numery dalej. Nie pozostało nam nic innego, jak znaleźć inne miejsce. Padło na „Restaurację Lew”. Kawa latte, herbata orzechowa, herbata cytrusowa-korzenna oraz szarlotka na ciepło umiliły nam ostatnie chwile wizyty na Łużycach.

Reklamy

20 (34) – Szczun Na Śląsku – „Dzień VIII (ostatni) – Rowerami z Zielonej Góry do Zielonej Góry”

„Wstałem skoro świt, zmyłem śnienie”

– lubię sobie nucić tę piosenkę, gdy rano wcześnie wstaję i nigdzie nie muszę pędzić. A tak właśnie jest dziś. Ostatni dzień naszej podróży z Zielonej Góry do Zielonej Góry. Podobno wczesne poranne wstawanie to domena ludzi starszych, ale co tam, niech tak już zostanie! Starzy ludzie wcześnie wstają. Szkoda dnia. Zwłaszcza, że dziś jest przepiękna pogoda.

Rano kolejne miłe zaskoczenie naszym miejscem noclegowym. Dzień wcześniej w Maszewie zakupiliśmy, na wszelki wypadek, mały prowiant w postaci… szybkiej zupki pomidorowej z załączonym sprasowanym makaronem. Jeszcze więc przed właściwym śniadaniem, które planujemy zjeść już poza agroturystyką, gdyż w miejscu tym nie ma możliwości wykupienia posiłku, decyduje się wrzucić na żołądek to niezbyt zdrowe co nieco. W ogólnodostępnej kuchni znajduję duży kubek, wkruszam co trzeba i po chwili poranna zupka gotowa. Rozsiadam się nad mapami i planuję trasę na dziś. Oczywiście mam ją już dawno obmyśloną, ale przesiadywanie nad mapami sprawia mi tak dużą frajdę, że nie mogę się temu oprzeć. Zjadam swoje „przedśniadanie” i wtedy owe miłe zaskoczenie. Pojawia się właścicielka i bierze mój kubek. Mówię, żeby go zostawiła, że za chwile go umyję. Na co gospodyni stwierdza, że nie ma problemu, że zrobi to sama. Szok. Agroturystyka? Bardzo lubię to miejsce 🙂

Jurewiczówka

Jurewiczówka

Jurewiczówka - ogród

Jurewiczówka – ogród

Jurewiczówka - ogród od frontu budynku

Jurewiczówka – ogród od frontu budynku

Tradycyjnie nie chce nam się wyjeżdżać. Miejsce fajne to i nacieszyć oczy chcemy jak najdłużej. A że i zadbane, wypielęgnowane i wychuchane, to tym bardziej przeciągamy wyjazd. Ucinamy sobie jeszcze pogawędkę z gospodarzem i w końcu, po podziękowaniu za gościnę, jedziemy zjeść śniadanie. Znów chcemy udać się do pobliskiej Restauracji Bajka, ale niestety jesteśmy za wcześnie. Nie w smak nam czekanie 45 minut na otwarcie lokalu, więc jedziemy dalej. Dojeżdżamy do Krosna Odrzańskiego(niem. Crossen an der Oder). Jak sama nazwa wskazuje jest to miasto położone nad Odrą, u Ujścia Bobru. Od 1945 do 1948 nosiło nazwę Krosno nad Odrą. Szukamy lokalu. Pierwszy, jaki mijamy, to bar mleczny, ale nie zyskuje on naszej obopólnej aprobaty, więc podążamy dalej. Zjeżdżamy stromym deptakiem nad Odrę. Parafrazując Maksa Paradysa z Seksmisji: „Tam musi być jakaś cywilizacja”. Trafiamy w końcu do dwugwiazdkowego Hotelu Odra. Restauracja – ogródek na zewnątrz – robi na nas pozytywne wrażenie, więc decydujemy się tu zostać. Tradycyjnie: jajecznica, herbata i pieczywo. Smacznie. Zadowoleni jedziemy zwiedzić pobliski zamek.

Krośnieńskie śniadanie

Krośnieńskie śniadanie

Zamek został wybudowany najprawdopodobniej na początku XIII w. w czasach księcia Henryka Brodatego (relikty muru w części północnej) w miejscu strategicznej przeprawy przez Odrę. Już za jego panowania zamek stał się ważną pograniczną warownią w systemie obronnym Dolnego Śląska, był również ulubioną siedzibą księcia. Zamek stał się także miejscem śmierci Henryka Brodatego (w 1238 r.), miejscem schronienia jego żony Jadwigi i synowej Anny podczas najazdu tatarskiego w 1241 r. W XIX wieku budowlę przekształcono na koszary, zaś na początku XX wieku umieszczono tutaj Śląską Kasę Oszczędności.

Jakaś uwaga zwróciła moją uwagę

Jakieś niepoprawne zdanie zwróciło moją uwagę 😉

Na południe od miasta rozpoczyna się łańcuch średniowiecznych, legendarnych budowli ziemnych, o historycznym, prawdopodobnym znaczeniu graniczno-obronnym – tzw. Wały Śląskie, określane również jako Wały Chrobrego, ciągnące się od Krosna w kierunku południowo-wschodnim, aż po mokradła w okolicy wsi Wierzbowa w Borach Dolnośląskich (zachował się tam, w relatywnie dobrym stanie, 7,5 kilometrowy ich fragment). Ta łańcuchowa budowla jest uznawana za najdłuższy zabytek archeologiczny w Europie Środkowej.

Zakuty w dyby za krytyczne uwagi  w stosunku do "Ziemi Lubuskiej"

Zakuty w dyby za krytyczne uwagi w stosunku do „Ziemi Lubuskiej”

Przy okazji zwiedzania zamku chcemy wypić kawę na jego dziedzińcu, w małej kawiarence. Ale mamy niestety pecha. Z wywieszonej kartki dowiadujemy się, że od dziś, przez najbliższych 7 dni miejsce to będzie zamknięte. Pewnie wakacyjna przerwa właścicieli. Szkoda, bo byłaby to na pewno miła chwila w miłych okolicznościach przyrody. Ale absolutnie nie tracimy humoru.  Zwiedzamy zamek, zakuwamy się w dyby i pstrykam na pamiątkę kilka zdjęć.

Tutaj kawy nie było :(

Tutaj kawy nie było 😦

Krosno Odrzańskie - dziedziniec zamkowy

Krosno Odrzańskie – dziedziniec zamkowy

Krosno Odrzańskie - dziedziniec zamkowy

Krosno Odrzańskie – dziedziniec zamkowy

Z kawy nie rezygnujemy. Na deptaku nic, w miejscu gdzie wskazuje reklama cukierni – nic, przy głównej drodze – nic. Dziwne. W końcu to nie jest maleńka miejscowość, więc miejsc takich powinno być w centrum przynajmniej kilka. Czyżby mieszkańcy nie mieli potrzeby spotykać się na małą czarną? Ostatecznie kupujemy dwie kawy w sklepie sieci Fresh Market. Z braku laku dobra taka. Wypijamy i w drogę. Na naszej trasie jeszcze jedno miasto, a potem już Zielona Góra. Wyjeżdżamy ulicą 17-stu Pionierów, a później Szosą Poznańską. Mijamy po prawej Cmentarz Żołnierzy Armii Radzieckiej i opuszczamy granice miasta. Przed nami 12 kilometrów dość mocno uczęszczaną drogą DW 276 Krosno Odrzańskie – Świebodzin.

Przez tydzień naszej podróży kilkaset razy wymijani byliśmy przez auta osobowe, dostawcze, ciężarowe czy też motocykle. Do tego dnia nie mieliśmy żadnych złych wspomnień dotyczących tego manewru. Liczyliśmy tylko, ilu kierowców włącza kierunkowskaz sygnalizujący zmianę pasa ruchu po wyprzedzeniu. Aż do dziś. Pomiędzy miejscowościami Rudnica a Szklarka Rudnicka kierowca ciężarówki przy wyprzedzaniu prawie nas zepchnął z drogi. Odległość pomiędzy naczepą a nami nie była większa niż kilkadziesiąt centymetrów. Kierowca musiał się jakoś zmieścić na pas, gdyż zapewne źle wyliczył odległość nadjeżdżającej z naprzeciw innej ciężarówki. A rowerzyści?!? – co tam rowerzyści. Pyłki na wietrze. Niestety nie zapamiętaliśmy nazwy firmy, do której należała naczepa. Nasza strata 🙂

W Szklarce Rudnickiej zjeżdżamy z mocno uczęszczanej DW 276 na DW 278. Spokój, cisza, znikomy ruch samochodowy. To lubimy. Znajdujemy się na terenie otuliny Gryżyńskiego Parku Krajobrazowego, który został utworzony w celu ochrony i zachowania walorów przyrodniczych, krajobrazowych i kulturowych rynny rzeki Gryżyny. To trzeci park krajobrazowy w czasie naszej wyprawy. Mijamy miejscowość Będów (gdzie jeden z miejscowych młodzieńców chce zakupić jeden z naszych rowerów), następnie jedziemy drogą, wzdłuż której rośnie wiele grusz ulęgałek. Już wiem, gdzie będę się zaopatrywał w dzikie gruszki z przeznaczeniem na nalewki. Kolejna miejscowość, którą mijamy to Nietkowice. Potem Brody (to już druga miejscowość o tej nazwie, którą odwiedzamy  czasie naszej wyprawy), gdzie czeka nas przeprawa promem na drugą stronę Odry.

Przeprawa promowa w Brodach

Przeprawa promowa w Brodach

Po zejściu na ląd znów znajdujemy pole kukurydzy i znów nie możemy odmówić sobie zaopatrzenia się w ten wspaniały rarytas. Kiedy go zjemy, nie wiem, ale w podróży zawsze warto mieć trochę zapasów pożywienia, szczególnie, gdy jest ono tak dobre. Szczegół, że kukurydza zapewne wysiana z modyfikowanych genetycznie nasion (choć w Polsce wszyscy zarzekają się, że nie stosują takich produktów). Po kilku kilometrach wjeżdżamy do Czerwieńska – to ostatnie miasto na trasie (nie licząc końcowej Zielonej Góry).

Czerwieńsk - widok z tarasu lokalu "Feniks" na ratusz

Czerwieńsk – widok z tarasu lokalu „Feniks” na ratusz

Czerwieńsk - Kościół parafialny pw. św. Wojciecha, neogotycki, wybudowany na miejscu świątyni z 1707 roku, oddany do użytku 13 grudnia 1877 roku.

Czerwieńsk – Kościół parafialny pw. św. Wojciecha, neogotycki, wybudowany na miejscu świątyni z 1707 roku, oddany do użytku 13 grudnia 1877 roku.

Nie jest to nasza pierwsza wizyta rowerowa w Czerwieńsku. Tradycyjnie wstępujemy do „Feniksa”. Pizzeria -restauracja-sala bankietowa. Chyba jedyny lokal gastronomiczny w tym miasteczku. Tym razem planujemy trochę dłuższy odpoczynek, więc na spokojnie zamawiamy najpierw pierwsze danie, potem drugie, kawę i piwo. Jest duszno, gorąco, wręcz parno. Ruszamy dalej, kierując się ulicą Zielonogórską. Ale nie pokonujemy zbyt długiego odcinka, bo przejeżdżamy  obok odkrytego miejskiego basenu, który kusi, by się w nim wykąpać. Długo się nie zastanawiamy czy skorzystać z tej orzeźwiającej okazji. „Basen u Leona” – bilet normalny 5 zł, ulgowy 3 zł. Jako stara poznańska pyra nie mogłem sobie nie pozwolić na pytanie: „A we dwójkę za ósemkę?” – pani kasjerka uśmiechnęła się i przystała na moją wytargowana propozycję cenową.

 

Relaks tuż przed metą rajdu

Relaks tuż przed metą rajdu

Miejsce nas trochę zaskoczyło. Wokół działki, na której znajduje się basen, osiedle domów mieszkalnych, a  z „basenowych” głośników hity stacji radiowej VOX na full. I tak pewnie od otwarcia do zamknięcia obiektu. Szczerze współczuję mieszkańcom osiedla.  Ciągła impreza bez wychodzenia z domu! Hit za hitem. Jeden z nich chyba rozpoznaję: „Czy ja dobrze słyszę? Ona jest ruda?” – Aha. Jest basen, jest impreza!

Piosenka wkręca się w mózg, zapuszcza korzenie w neuronach, spawa synapsy niczym pan Zdzisiek z huty aluminium w Koninie, a grzecznie proszona  o opuszczenie zwojów odpowiada poetycko: „chyba Ciebie pop****ło”. Dodatkową atrakcją basenu jest ratownik o bardzo wyraźnie zaznaczonym mięśniu piwnym i zapewne jeszcze pokaźniejszej wadze. Po zakończonej pracy postanawia wskoczyć do wody na główkę, a my mamy niezmierną przyjemność oglądania tego wyczynu. Rozbryzg klasa!!!

Po tych radosnych uniesieniach opuszczamy basen i pedałujemy dalej w stronę domu, który jest już prawie na wyciągnięcie ręki. Jeszcze tylko Płoty, Przylep i jesteśmy w Zielonej Górze. Huuurraaa, udało się!!! Na koniec, ze względu na burczenie w żołądku i pustą lodówkę w mieszkaniu, postanawiamy zatrzymać się jeszcze na obiad, który ma być dodatkowo uroczystym podsumowaniem naszego tripu. Zatrzymujemy się w Gallo Nero Pizza & Pasta  i zamawiamy makarony. Jedzenie dobre, mamy więc potwierdzenie pozytywnych ludowych opinii o tym miejscu.

Ostatnie trzy kilometry śmigamy już po znanych nam ulicach. I nareszcie w domu. Bardzo zmęczeni, ale niesamowicie zadowoleni. W nogach dziś 55 km. A w głowach pełno wspomnień, ciekawych i nieciekawych noclegów, dobrych i słabych restauracji. Bardzo udany, choć krótki urlop. Taki inny, w najbliższej okolicy. Fajny. Polecam 🙂

10 (24) – Szczun Na Śląsku – „Dzień I – Rowerami z Zielonej Góry do Zielonej Góry”

No to jedziemy. Wyprawa rowerowa po południowych rejonach województwa lubuskiego. Osiem dni na rowerach. Noclegi w zarezerwowanych wcześniej w Internecie „agoturystykach”.

Skąd pomysł?!? Ot tak, wpadł do głowy. Najpierw chciałem w ciągu dwóch tygodni zrobić samotną, pieszą wyprawę dookoła Ziemi Lubuskiej, zwiedzając miasta i miasteczka w Polsce i w Niemczech, i śpiąc pod namiotem. Jednak w toku rozmów stanęło na tym, że może zrobimy wycieczkę rowerową. Razem. Dlaczego nie?!?

Zadanie pierwsze: kupić rower. Po tygodniu poszukiwań zostało ono wykonane. Zadanie drugie: wymyślić trasę – po jej kilkukrotnej modyfikacji mogłem w końcu powiedzieć: „zadanie wykonane”. Zadanie trzecie: załatwić noclegi – też wykonane. Zadanie czwarte: kupić sakwy i wszelki sprzęt, który może się okazać pomocny w całej wyprawie (zapasowe dętki, zestaw kluczy imbusów, klucze nasadkowe, śrubokręt, itd., itp.) – wykonane.

Nasze pojazdy tuż przed wyprawą

Nasze pojazdy tuż przed wyprawą

Start zaplanowaliśmy na pierwszego sierpnia. Dzień wcześniej zaczęliśmy pakować sakwy. Część strojów potrzebnych na naszą wyprawę jeszcze schła, dopiero więc w piątek spakowaliśmy resztę rzeczy i byliśmy w 100% gotowi na naszą eskapadę.

Trasa – dzień pierwszy: Zielona Góra – Kożuchów – Podbrzezie Dolne.

Wyjeżdżamy chwilę po południu. Kierunek Kożuchów. Wyjazd drogą drugorzędną nr 283. Wcześniej robimy jeszcze krótki postój, by kupić w markecie, tak niezbędną w czasie podróży i słonecznych dni, wodę mineralną. Tuż za osiedlem Jędrzychów kończy się ścieżka rowerowa, więc wjeżdżamy na drogę publiczną. Ruch samochodów nie jest duży, ale, co zwróciło naszą uwagę, tylko bardzo nieliczni kierowcy samochodów używają kierunkowskazów, gdy chcą nas wyprzedzić.

Pierwszą miejscowością, do której docieramy, jest Zatonie. W tej niewielkiej wsi usytuowanej wzdłuż potoku Brzeźniak znajduje się park, a w nim ruiny pałacu, na tle których chętnie się fotografujemy.

za Wikipedią (http://pl.wikipedia.org/wiki/Zatonie_%28wojew%C3%B3dztwo_lubuskie%29)

„Pałac z XVII wieku – wzniesiony w latach 1685-1689 jako piętrowy budynek nakryty dachem czterospadowym z wystawkami. To dwupiętrowa, murowana z cegły podpiwniczona budowla założona na planie prostokąta. Z frontu wejście prowadziło przez zachowany do dziś portyk z czterema kolumnami doryckimi. Przy elewacji tylnej zachował się podobny portyk. Resztki detalu architektonicznego, zdobiącego elewacje pałacu, reprezentują gzymsy i prostokątne obramienia okienne. Nad gzymsem koronującym widnieje attyka zwieńczona w środku kartuszem herbowym. Spalony przez wojska radzieckie w 1945 roku i do dziś pozostaje w stanie ruiny.

Park z połowy XVIII/XIX wieku założony jako krajobrazowy przez słynnego architekta parków i ogrodów Piotra Józefa Lenné. Obecnie stanowi własność państwową. Powiększony w latach osiemdziesiątych XX wieku o podmokłe tereny leśne zajmujące powierzchnię ponad 50 ha. Rośnie tu jeszcze dziś wiele gatunków drzew, również o charakterze pomnikowym jak starodrzew dębowy, grab, jesion, jawor i klon.”

Zatonie - ruiny pałacu

Zatonie – ruiny pałacu

Zatonie - ruiny pałacu wewnątrz

Zatonie – ruiny pałacu wewnątrz

Pałac w Zatoniu, stan z XIX w.

Pałac w Zatoniu, stan z XIX w.

Po krótkiej sesji fotograficznej jedziemy dalej. Mijamy rzekę Śląska Ochla, wieś Barcikowice, by po chwili zatrzymać się przy tablicy informującej o wjeździe do miejscowości Książ Śląski. Takie rarytasy trzeba również uwiecznić na zdjęciu. Ziemia Lubuska, phi.

Książ Śląski

Książ Śląski – wjazd do miejscowości od strony Zielonej Góry

Przejeżdżamy przez Studzieniec, a następnie wjeżdżamy do Mirocina Dolnego, gdzie zatrzymujemy się na odpoczynek przy miejscowym kościele.
Znów za Wikipedią:
„Zbudowany na wzniesieniu w zachodniej części wsi kościół gotycki powstał w końcu XIII w. nosząc wówczas wezwanie św. Andrzeja. W roku 1271 wieś jaki i zapewne kościół przekazany został przez księcia głogowskiego Konrada pod patronat zakonowi żeńskiemu z Nowogrodu Bobrzańskiego. Do połowy XV w. kościół należał do parafii w Mirocinie Górnym. Samodzielna parafia utworzona została po 1522 r. W końcu XIX w. świątynia popadła w ruinę z powodu opuszczenia. Do dziś kościół przetrwał w stanie praktycznie niezmienionym, remont generalny przeszedł w roku 1946). W 1948 świątynie poświęcono i ponownie włączono do parafii w Mirocinie Górnym. Ponownego remontu dokonano w końcu XX w.”

Mirocin Dolny, kościół

Mirocin Dolny, kościół

Jak odpoczynek, to i posiłek. Tak też robimy. Wyciągamy wcześniej przygotowane kanapki (tzw. klapsznytki) i posilamy się, by mieć energie na resztę trasy. Miłym akcentem podczas krótkiej przerwy jest sympatyczne pozdrowienie nas, rowerowych turystów, przez jednego z mieszkańców Mirocina. Od razu przyjemniej wsiada się z powrotem na rower.

Ruszamy dalej. Wjeżdżamy na wzniesienie górujące nad miejscowością i zjeżdżamy w stronę Kożuchowa, miasta położonego na niewielkiej płaszczyźnie. Kożuchów wyrósł przy ważnym szlaku handlowym prowadzącym z Wrocławia nad Morze Bałtyckie. Pierwsza wzmianka o mieście pochodzi z 1273 roku z dokumentu księcia śląskiego Henryka III Głogowczyka.

Wjazd do Kożuchowa

Wjazd do Kożuchowa

Czas na upragnioną kawę. Zatrzymujemy się więc na rynku w jednej z miejscowych restauracji. Z jej perspektywy mamy widok na, niestety tak trzeba to określić, szkaradne połączenie starego z nowym, czyli ratusz. Ale na razie więcej nie zwiedzamy. Jesteśmy trochę zmęczeni, więc stwierdzamy, że najlepszym rozwiązaniem będzie dotarcie do naszego miejsca noclegowego, do Podbrzezia Dolnego (3 km od Kożuchowa). Tam chcemy chwilę odpocząć i wrócić później z powrotem do miasta, by dokładniej mu się przyjrzeć i zjeść w końcu ciepły posiłek.

Widok na Ratusz w Kożuchowie

Widok na Ratusz w Kożuchowie

Nocujemy w gospodarstwie agroturystycznym „U Włodka i Marysi”. Prawdziwa agroturystyka: konie, osły, kozy, owce, pawie, indyki, kury. Bierzemy szybki prysznic i wracamy do Kożuchowa. Znów na Rynek i znów do tej samej restauracji. Czas na obiad. Jesteśmy o 17:30. Obiadu dnia już nie ma, gdyż jest podawany do 15:00. Ok, rozumiem. Na potykaczu przed lokalem napis informuje o zupie dnia oraz pierogach ruskich. Poproszę. Pierogów ruskich nie ma. Jest pizza… Zamawiamy zupę, gulasz oraz naleśniki z serem. Wiadomo, że pizzę najlepszą zjem wtedy, gdy wyjmę ją z  piekarnika w swojej kuchni 🙂

W końcu dokładniej zwiedzamy miasto. Kiedyś było bogate. Świadczy o tym duża ilość zabytków, wysokość murów obronnych, gęstość zabudowy staromiejskiej. Dziś straszy wieloma pustostanami.

Pod wieczór czas na chillout. Znajdujemy idealne miejsce na murach obronnych, gdzie możemy się wspiąć i obserwować co się dzieje dookoła. Odpoczynek i kojąca ciszę przerywa nam rezolutna trzynastolatka, która, wdrapując się po murze, wita nas słowami: „Widzę, że i Państwu spodobała się moja baza”. Zgadza się, urzekło nas to miejsce. Nasza nowa znajoma okazała się bardzo sympatyczną dziewczynką, która chciała się z nami zaprzyjaźnić. Stąd zaczęła dość swobodną rozmowę. Opowiedziała o swoich marzeniach, szkole, o tym, że często przychodzi do swojej bazy, że lubi siedzieć w niej sama i obserwować, że mogłaby być w przyszłości szpiegiem. Później zaczęło się zadawanie pytań i sądowanie, co to za goście pojawili się w jej bazie. Kulminacją były pytania:
– „Na ile procent kocha pan panią?”
– „Na 326 procent”. Moja odpowiedź trochę zbiła „właścicielkę bazy” z pantałyku.
– „A tak można?”
– „Oczywiście, że można”
Nasza nowa znajoma nie dała za wygraną i, drążąc dalej, zadała kolejne pytanie:
– „A czy uprawia Pani s…” – poczułem lekkie drżenie mojej partnerki – „…sport?” Ufff – jaka ulga…

W drodze powrotnej robimy zakupy kolacyjno-śniadaniowe. Nie mogło zabraknąć wśród nich butelki litrowego wina. Na zakwasy. W naszej agroturystyce siadamy na tarasie, otwieramy lekarstwo i rozkoszujemy się cudowną pogodą. Po jakimś czasie dołącza do nas kolejny gość gospodarzy. Wyszedł na papierosa, a przy okazji zaczął streszczać nam historię swej pracy. Miałem wrażenie, że słucham czyjegoś CV. Czy my wyglądamy na kogoś, kto poszukuje budowlańca?!? Uff, po wypaleniu dwóch papierosów pan wraca do swego pokoju. „Do swojej Pszczółki” – jak to określił.

My za to siedzimy dalej, rozkoszując się ciszą, Żadnych samochodów, żadnego odgłosu pijanych ludzi, nawet ptaki poszły spać. Cisza, cisza, cisza… Na jednego papierosa wyszła tym razem Pani Pszczółka, ale na szczęście ona nie chciała nam przedstawić swojego CV. Po opuszczeniu przez nią tarasu pojawił się znów nasz znajomy budowlaniec. I wtedy mam déja vu. Tym razem jednak opowieść jest trochę dłuższa, wielowątkowa i dygresyjna. Tak dygresyjna, że aż Pani Pszczółka musiała wynurzyć się ze swego pokoju. I już naszego budowlańca nie było. Cisza, spokój, cisza, cisza… My i wino… Cudownie.

Poszliśmy na zasłużony odpoczynek. Mimo, że ilość przejechanych tego dnia kilometrów nie była duża (40 km) zasypiamy natychmiast – czy to wrażenia po spotkaniach czy wypite wino to sprawiło?!? Nieważne.

O czwartej nad ranem zaczął piać kogut. Donośnie. Do niego dołączył się indor. Zaangażowanie. W pewnym momencie zrywam się na równe nogi. Co to jest? Co tak skrzeczy? Paw!

– taki głos tuż po czwartej rano. Co to ma być. Na dodatek spłuczka w toalecie co jakiś czas zaczynała syczeć. Rozwiązaniem było wstanie i spuszczenie wody. Masakra. Na chwilę ucichło. Próbujemy zasnąć. Tak, próbujemy. Na nic próby te się zdają, gdy przed piątą osłu zaczyna się coś śnić.

– coś takiego. No to pospaliśmy. Agroturystyka. Tylko konie spokojne.