12 (26) – Szczun Na Śląsku – „Dzień III – Rowerami z Zielonej Góry do Zielonej Góry”

Nie ma czajnika, ani elektryczngo, ani też zwykłego tradycyjnego, a bufet w „Młynówce” zamknięty, ze względu na to, że jakaś firma wynajęła go na dziś na szkolenie. Nie możemy sobie zaparzyć porannej kawy. Jak żyć?

Śniadanie powstałe z wczorajszych zakupów smakuje nam wyśmienicie. Ale coś jest nie tak. Gdzie jest kawa? No nie ma. Pakujemy nasze sakwy na rowery i ruszamy w trasę.

Pakowanie sakw przed "Młynówką"

Pakowanie sakw przed „Młynówką”

Trasa III: Żagań – Żary – Czyżówek.

Takie mamy założenia. Do przejechania około 40 km. Znająć życie (to jest dwa dni na rowerze) i tak trzeba będzie dołożyć co najmniej 15%. Po godzinie jedenatej ruszamy przed siebie. Parkiem Pałacowym docieramy na Rynek. Hmmm, to może w końcu ta upragniona kawa? O tak! Po kilku minutach pedałowania zatrzymujemy się, aby wypić nasz ulubiony napój (a może to piwo, a może wino jest ulubionym?!? – nieważne).

Jest niedzielne południe drugiego sierpnia. Żar z nieba leje się niesaowity (w końcu jedziemy do Żar), jest jeszcze bardziej duszno niż wczoraj. Siadamy na zewnątrz „Cali Cafe” i rozkoszujemy się kawą. Jeszcze na dobre nie rozpoczęliśmy dzisiejszej podróży, a już się rozpieszczamy. Ale należy nam się. Po niecałej godzinie postanawiamy opuścić Żagań, a zarazem na chwilę Dolny Śląsk.

Szeroka leśna droga do wsi Siodło

Szeroka leśna droga do wsi Siodło

Udajemy się w stronę Żar, czyli na historyczne Łużyce. Najpierw przejeżdżamy nad Bobrem, później nad Czarną i po chwili wjeżdżamy w las. Obieramy odpowiedni azymut i szeroką leśną drogą kierujemy się na zachód. Granica pomiędzy dwoma regionami znajduje się  tuż za Żaganiem. Po drodze znów udaje nam się zaopatrzyć w odpowiedni kukurydziany prowiant.

Kukurydziany prowiant

Kukurydziany prowiant

Nie niepokojeni przez żadne samochody, po pewnym czasie docieramy do wsi Siodło. Za Wikipedią to „Stara wieś łużycka, wzmiankowana w 1260 roku. W rozplanowaniu jest mała, zwarta, wielodrożnica, z zabudową z przełomu XIX-XX wieku (dwa domy z XVIII-XIX wieku) oraz ruinami cegielni. Nadal czyny jest tu XIX-wieczny cmentarz. W XV wieku wieś należała do Ragewitzów, później była wsią domenalną.” Opis encyklopedyczny opisem encyklopedycznym, nam wioska bardzo się podoba. Ładnie położona w obniżeniu, czysta, cicha i bardzo urokliwa.

We wsi Siodło

We wsi Siodło

Starą brukowaną drogą udajemy się w kierunku Kunic. Dawniej były to Kunice Żarskie, a jeszcze wcześniej Kunzendorf. Ale to przed wojną. Obecnie jest to dzielnica Żar, kiedyś miasto (od 1969 do 1973), a wcześniej wieś.

Od Kunic do centrum Żar biegnie droga rowerowa (oddana do użytku 3 lipca tego roku) z bardzo przyjemnymi i praktycznymi miejscami do postoju. Jak się później okaże, takich miejsc w całym powiecie żarskim jest zdecydowanie więcej. Samorządowcy postawili tu na turystykę, a wszytko to w ramch projektu „Przygoda z Nysą – zagospodarowanie turystyczne pogranicza polsko-niemieckiego” (http://www.przygodaznysa.eu). Brawo!

Miejsce odpoczynku przy trasie rowerowej

Miejsce odpoczynku przy trasie rowerowej

W końcu docieramy do centrum miasta, którego nazwa (Zara) pojawia się pierwszy raz w roku 1007 w kronice Thietmara . Jest i rynek. Ho ho!… całkiem ładny, duży i zadbany. Naszą uwagę przykuwa ciekawa forma fontanny oraz kolorowe i bardzo zadbane kwiaty wokół. Postanawiamy więc skusić się na pstryknięcie kilku fotek na tym tle. W centralnym punkcie umiejscowiony jest ratusz, który wraz z odrestaurowanymi, niezbyt wysokimi kamienicami tworzy ciekawą i spójna całość. Napawając się tym obrazem, przysiadamy w rynkowej kawiarni na kolejną kawę. Tym razem mrożoną w „Passion Cafe” (9,50 zł za sztukę).

Rynek w Żarach

Rynek w Żarach

Ratusz w Żarach

Ratusz w Żarach

Kompleks pałacowo-zamkowy

Kompleks pałacowo-zamkowy

Rozleniwiamy się, a pogoda coraz bardziej męcząca, W powietrzu czuć nadchodzącą burzę. Jednak nie przeszkadza to nam, aby się rozlokować w parku. Prawdziwy piknik: koc, książka, coś do przegryzenia, mapy, by sprawdzić dalszą trasę i lenistwo. W końcu musimy się ruszyć. Ja nie odpuszczam tego, aby wstąpić choć na chwilę do Muzeum Pogranicza Śląsko-Łużyckiego (Ziemia Lubuska – phi, A CO TO?). Wstęp za darmo, nieczynne w poniedziałki, ekspozycja mała, ale ciekawa. Świetna makieta średniowiecznego miasta oraz bardzo ciekawe zbiory map (http://www.muzeumzary.pl).

Bez zakłamania   :)

Bez zakłamania 🙂

Przed burzą udaje się nam skryć na przystanku autobusowym, a raczej w jego wiacie. Gdybyśmy dojechali chwilę później, bylibyśmy przemoczeni do suchej nitki. Laje niemiłosiernie. Tak spędzamy kolejne pół godziny. Ale będzie przynajmniej co wspominać 😉

Burza w Żarach

Burza w Żarach

Ulewa powoli mija, więc w końcu jedziemy dalej. Tym razem leśnymi drogami, które po oberwaniu chmury naszpikowane sa licznymi, momentami dosyć głębokimi, kałużami. Musimy więc byc czujni, by nie wylądować w którejs z nich. Udaje nam sie to prawie idealnie. Prawie, bo okazuje się później, że nasze sakwy, łydki i tylne części ubrań „ozdobione” są błotnistymi kropkami. Ale znów będzie przynajmniej co wspominać.

Ponownie wjeżdżamy do Kunic, by za chwilę dotrzeć do kolejnej miejscowości na trasie – Mirostowic Dolnych. I znów delikatny deszcz. Mijammy granicę powiatu żarskiego i po raz kolejny znajdujemy się na Dolnym Śląsku. Gdy Wjeżdżamy do miejscowości Jankowa Żagańska pada juz coraz bardziej. Dochodzimy do wniosku, że przy tych niezbyt sprzyjających warunkach pogodowych, nie ma sensu się męczyć na rowerach. Upatrujemy więc z oddali pierwszy budynek we wsi. To niedokończony jeszcze dom, który na nasze szczęście ma już połóżony dach. Chronimy się w nim przed deszczem i zjadamy pozostałe jeszcze zapasy kukurydzy.

Z naszej kryjówki dzwonimy do właścicela kolejnego gospodarstwa agroturystycznego z Czyżówka z informacją, że zostało nam już tylko 10 kilometrów do celu i z pewnością już niedługo dotrzemy na miejsce. Wydaje nam się, że deszcz powoli ustaje, więc najedzeni ruszamy dalej. Jednak odczucie deszczu podczas jazdy na rowerze jest zgoła inne niż podczas stania. Skręcamy w lewo i nagle, niczym cud, wyłania się szyld „Agroturystyka Krystyna”. Dochodzimy do wniosku, że dalsza podróż tego dnia może być uciążliwa, więc natychmiast decydujemy się zmienić plany i zadzwonić pod wskazany na reklamie numer. Bingo! Mamy duże szczęście. Miły, żeński głos w słuchawce oznajmia, że jeśli chcemy zostać na jedną noc, to nie ma żadnego problemu. Gorzej byłoby, gdybyśmy decydowali się na dłuższy pobyt – wtedy nie byłoby dla nas miejsc – zajęliby je pracownicy pobliskiego zakładu. Uff…Wprowadzam więc nasze „rumaki” do środka budynku. Gdy już zdejmuje sakwy z rowerów, okazuje się, że  zaopatrzenie nas w prowiant w jedynym sklepie we wsi, zostało już dokonane. Cud kobieta :* . W agroturystyce czysto, schludnie, a co  najważniejsze sucho i ciepło. Cena 50 zł od osoby za nocleg. I wino po całym dniu w nagrodę. Trochę czuję się niezręcznie, że odwołuję nasz przyjazd do Czyżówka. Ale kiedyś na pewno tam jeszcze pojedziemy.

Łącznie znów przejechane 32 km. Zasypaimy zadowoleni.

11 (25) – Szczun Na Śląsku – „Dzień II – Rowerami z Zielonej Góry do Zielonej Góry”

Zmęczeni już na dzień dobry, gdyż niewyspani, wyjeżdżamy na drugi odcinek naszej wyprawy po południowych rejonach województwa lubuskiego. Wcześniej jeszcze robimy rozeznanie po gospodarstwie, w którym nocowaliśmy. Efektem jest sesja fotograficzna nad wyraz fotogenicznej kozy. Podglądamy konie pasące się na pastwisku i krzykliwego pawia. Zakładamy sakwy i dokręcamy te śruby, które należy dokręcić.

Fotogeniczna koza

Pełna charyzmy fotogeniczna koza

Trasa II: Podbrzezie Dolne – Żagań

Żegnamy się z Panią Pszczółką oraz jej mężem i wyruszamy do Żagania, miasta, które jest naszym celem tego dnia. Chwilę po opuszczeniu poprzedniego miejsca noclegu zatrzymujemy się jeszcze przy dziko rosnących dwóch śliwach, by zaopatrzyć się w owoce na drogę: węgierki i ałycze.

Nasza agroturystyka w Podbrzeziu Dolnym

Nasza agroturystyka w Podbrzeziu Dolnym

Na dobre opuszczamy Podbrzezie Dolne i wjeżdżamy do Kożuchowa. Ruch samochodowy tego dnia w mieście jest dość spory. Niestety brak tu osobnych dróg rowerowych, więc nie mamy wyjścia i pedałujemy w sąsiedztwie mijających nas co chwilę aut, co nie jest dla nas zbyt komfortowe i przede wszystkim bezpieczne.

Pogoda tego dnia nas nie rozpieszcza, jest bardzo duszno i gorąco. Na dodatek trasa po opuszczeniu centrum Kożuchowa wiedzie pod górę. Na to samo utrudnienie napotykamy, gdy wjeżdżamy do Podbrzezia Górnego. Po dwóch kilometrach przecinamy nieczynną linię kolejową i tu czeka na nas kolejny punkt darmowego posiłku – olbrzymie pole kukurydzy, które bardzo zachęca, by pokusić się o drobną kradzież. Po chwili trzymam już w dłoniach dwie kolby kukurydzy. Są jeszcze białe, mleczne i przesmaczne. Warto było zboczyć na chwilę z trasy.

Nikt nie poda do sądu o kukurydzę?!?

Nikt nie poda do sądu o kukurydzę?!?

Po małej przekąsce ruszamy dalej. Docieramy do miejscowości Stypułów. Mijamy zdewastowany budynek dworu, którego obraz jest bardzo przygnębiający. Opuszczając wieś, napotykamy miejscowego, który chce nam sprzedać jabłka. Nie wie, że jesteśmy już zaopatrzeni w owoce, które zjemy podczas naszego następnego postoju. Ów postój wyznaczamy w Jeleninie, gdzie pod miejscowym sklepem robimy sobie krótką przerwę. Lody plus śliwki zebrane na początku trasy to orzeźwiające połączenie, idealne w ten upalny dzień.

Poranna owocobranie

Poranna owocobranie

Niesamowity skwar powoduje, że postanawiamy zmienić dalszą część dzisiejszej trasy. Pierwsza wersja zakładała dłuższą podróż do Żagania, bo przez Małomice. Postanawiamy jednak odpuścić sobie tę wersję i jechać prosto do celu.  Ruszamy więc dalej. Zostało nam kilkanaście kilometrów. Nadal bardziej pod górkę niż w dół. Mijamy Kocin i Starą Kopernię. Już blisko i coraz bardziej w dół. Żagań leży nad rzeką Bóbr i po przekroczeniu granic miejscowości zjeżdżamy dość stromym zjazdem do centrum. Zatrzymujemy się przed planem miasta i nagle pojawiają się w głowie pytania: „W której części miasta dokładnie jesteśmy?”,  „Jak dotrzeć do miejsca noclegowego?”. Na szczęście za chwilę wszystko okazuje się być już jasne, więc wsiadamy na rowery i czym prędzej podążamy do pensjonatu, w którym mamy zatrzymać się tej nocy.

Przed planem miasta Żagania - a na herbie śląski orzeł :D

Przed planem miasta Żagania – a na herbie śląski orzeł  😀

„Młynówka” wita nas zamkniętymi drzwiami i kartką z podanym numerem telefonu. Dzwonię, przedstawiam się i informuję, że mamy zamówiony nocleg na dziś. W słuchawce słyszę: „To pan ma być o 23:00?” – bardziej stwierdzenie niż pytanie. Zamurowało mnie, jest piętnasta z minutami. Tragedii jednak nie ma, bo właściciel pensjonatu po niedługiej chwili przyjeżdża na miejsce. Okazuje się, że jego pracownica, która przygotowywała pokój i dzień przed naszym przyjazdem udała się na urlop, błędnie usłyszeć musiała liczbę nocujących gości, bo… dostajemy pokój jednoosobowy. Nie stanowi to jednak dla nas większego problemu i decydujemy się na takie rozwiązanie. Łóżko wydaje się być całkiem spore, a i 50% ceny to kusząca okazja. Poza tym jesteśmy zbyt zmęczeni, by czekać na przygotowanie tego właściwego, dwuosobowego. Ostatecznie płacimy 50 zł – za dwie osoby to cena odpowiednia, za jedną osobę (tak jak miało być początkowo – zdecydowanie za duża).

Po szybkim odświeżeniu się (łazienki w pensjonacie są na zewnątrz pokojów) udajemy się na zwiedzanie miasta. Pierwsze wzmianki historyczne o Żaganiu pochodzą z 1202 roku, z dokumentu księcia śląskiego Henryka I Brodatego.

Mamy szczęście, bo „Młynówka” sąsiaduje z bardzo malowniczym terenem. Wychodząc z pensjonatu trafiamy wprost do Parku Pałacowego, który ma około 100 ha powierzchni i rozpościera się po obu stronach Bobru. Jest on jednym z najcenniejszych i największych w Europie, wspaniałe miejsce, idealne na piknik, wyciszenie albo spacery. Do tego wrażenie robi sam pałac. Barokowy, mieszanka stylów francuskich i włoskich. Jego budowę rozpoczęto w 1630 roku, a ukończono pod koniec XVII wieku.

Taki widok mamy gdy wychodzimy z pensjonatu.

Taki widok mamy gdy wychodzimy z pensjonatu.

W pałacu spotykamy przesympatycznego portiera, który w „Informacji Turystycznej” znajdującej się w budynku pałacu sprzedaje nam pamiątki i mapy. Taki jego dodatkowy zakres obowiązków. Map Żagania były dwa egzemplarze. Jedna aktualna na rok 2002, druga na rok 2004/05. Nowsza mapa miała naniesione długopisem poprawki aktualizujące układ nowych ulic. Bezcenne. Kupuję ją od razu.

W pałacu odbywają się akurat warsztaty muzyczne w ramach „XXVI Letniej Akademii Muzycznej”. Dźwięki skrzypiec, fortepianu oraz innych instrumentów towarzyszą nam podczas zwiedzania piętra pałacu. Przygnębiające wrażenie robią płyty OSB we wnękach okiennych zamiast okien. Jednak pałac jako obiekt oraz jego poszczególne sale są niesamowite i robię fantastyczne wrażenie. To niezwykłe doznanie choć przez chwilę poczuć klimat tamtego okresu.

Pałac w Żaganiu

Pałac w Żaganiu

Trochę już głodni i spragnieni udajemy się na zasłużony obiad. Przez remontowany Plac Słowiański, ulicą Warszawską (deptak) docieramy na Rynek i decydujemy się na „Restaurację Kepler”. Dwa dania dnia (na które składa się rosół oraz ziemniaki, grillowana pierś z kurczaka plus sałatki – cena 16 zł za sztukę) i dwa zimne piwa w pełni nas satysfakcjonują. Zupełnie inne mamy niestety wrażenia, kiedy obserwujemy architekturę Rynku. Panuje tu chaos i nieład, ciekawe kamienice  zakryte są przez otaczające je ogrodzenia z blachy. Ale jest szansa, że to się zmieni, bo podobno planowany jest remont. Może wtedy będzie ładniej. Może.

Wieczorem postanawiamy się zrelaksować. Chcemy udać się w klimatyczne miejsce, więc wybór jest prosty – wyspa na Bobrze. Znajdujemy idealny punkt na wschodnim jej cyplu i odkorkowujemy litrową butelkę wina (jako, że znów 32 km mamy w nogach). Na zakwasy. Pogoda jest cudowna, w oddali słychać spadającą z jazu wodę. Jest ciepło, spokojnie i bez komarzyc. Idealny wieczór. Delikatnie nasączeni alkoholem, udajemy się jeszcze na krótki spacer po parku. Każda ławka w nim tętni życiem. Wielu młodych ludzi widać też w okolicach pałacu, który podświetlony setkami kolorowych lampek robi piorunujące wrażenie. Nic więc dziwnego, że żagańska młodzież wybiera to właśnie miejsce, by spotkać się ze sobą w sobotni wieczór. Tym bardziej, że pogoda dopisuje.