13 (27) – Szczun Na Śląsku – „Dzień IV – Rowerami z Zielonej Góry do Zielonej Góry”

Po wczorajszym deszczu nie ma ani śladu. Nie ma oszałamiającej letniej pogody, ale czuć, że już za chwilę, już za momencik będzie upalnie. Z drugiej strony, jak o wpół do ósmej ma być upalnie. Dziwny ten urlop, gdy mam możliwość pospania bardzo długo, a zrywam się wcześnie. Podobno starzy ludzie wcześnie wstają – może coś w tym jest 😉

Rankiem wypoczywamy: śniadanie, kawa, relaks na dworze. Dziś przed nami trasa trochę inna, niż wyznaczona wcześniej. Zmiana ta dotyczy przejazdu nad autostradą. Pierwotnie mieliśmy przejechać nad nią w drodze do Czyżówka w okolicach Iłowy. Jednak nasza trasa uległa skróceniu i mapa „podpowiada” teraz, że najlepszym miejscem na pokonanie autostrady będzie odcinek pomiędzy Drozdowem a Bogumiłowem. Dziś trasa wiejska, żadnego miasta po drodze.

Agroturystyka w Jankowej Żagańskiej

Agroturystyka w Jankowej Żagańskiej

Trasa czwarta (pełna): Jankowa Żagańska – Mirostowice Dolne – Stawik – Mirostowice Górne – Drozdów – Bogumiłów – Janików – Łuków – Niwica – Gniewoszyce – Buczyny.

Po porannym leniuchowaniu w końcu podejmujemy decyzję, którą podjąć musimy: ruszamy w drogę. Przez chwilę wracamy wczorajszą trasą do Mirostowic Dolnych. Skręcamy na zachód i w tym kierunku będziemy podążać dziś cały czas. W przeważającej większości będzie to rowerowy czerwony szlak o nazwie „Pętla Łużycka”, wytyczony w ramach programu „Przygoda z Nysą”. Trasa wiedzie drogami o różnej nawierzchni. Pojawiają się drogi boczne asfaltowe, ale są również i polne oraz leśne. Momentami jedziemy nawet wąskimi ścieżynami. Ale to na szczęście tylko kilkaset metrów niezbyt wygodnej drogi, częściowo podmokłej. W Mirostowicach Górnych tradycyjnie uzupełniamy zapas śliwek, oczywiście z drzew rosnących przy drodze, w żadnym wypadku z tych rosnących na czyjejś działce.

Darmowe zapasy śliwek

Darmowe zapasy śliwek

Zatrzymujemy się na kawę. Tym razem wybieramy zabytkowy „Dworek Bogumiłów”, malownicze gospodarstwo agroturystyczne (oddalone o 11 km na południowy-zachód od Żar) z restauracją urządzona w stylu myśliwskim, serwująca m.in. potrawy z dziczyzny. Skąd akurat taki rodzaj menu? A to wszystko przez pasję myśliwską właściciela. Dzięki niemu organizowane są tutaj Hubertusy. Zabytkowy Dworek znajduje się na Szlaku Konnym Borów Dolnośląskich. Znajduje się tu okazała stadnina koni, odbywają się zawody jeździeckie, można także pojeździć konno i przejechać się bryczką. Bardzo sympatyczne miejsce. Dla nas idealne na chwilę odpoczynku.

Dworek Bogumiłów

Dworek Bogumiłów

Uwaga, podobno pluje

Uwaga, podobno pluje

Lubisz to ośle

Lubisz to ośle

Trasa prowadzi nas dalej na zachód do miejscowości Janików. Specyficzny klimat – mało zabudowań, a jeśli już się jakieś pojawiają, to sprawiają wrażenie opuszczonych. Niektóre z nich mają w sobie, przynajmniej na pierwszy rzut oka, duży potencjał. Przez krótką chwilę w głowie kiełkuje mi myśl, że to idealne miejsce, aby kiedyś założyć tam gospodarstwo agroturystyczne. Gospodarstwo ukierunkowane na hodowlę… konopi indyjskich. Pyszny pomysł 😀

Im dalej na zachód, tym bardziej uwidacznia się jak na dłoni nazwa dzień wcześniej odwiedzonego muzeum w Żarach. Pogranicze śląsko-łużyckie otacza nas zewsząd. Jedziemy drogą, która jest granicą pomiędzy dwoma gminami – Lipinkami Łużyckimi (na północy) i Przewozem (na południu). Tereny te były przez setki lat pograniczem miedzy Wolnym Państwem Stanowym Żary – Trzebiel  (Łużyce) i Księstwem Żagańskim (Śląsk). Nasza trasa usłana jest dziesiątkami kałuż, które powstały po wczorajszych intensywnych opadach deszczu. Nie ryzykujemy ich przejeżdżania i omijamy je. Mamy już małe błotne doświadczenie z wczoraj 😉

Gdy jesteśmy w Łukowie zaczyna grzmieć. Nie zrażamy się jednak burzowymi odgłosami i jedziemy dalej. Ale niezbyt długo. Docierając do kolejnej miejscowości, Niwicy (do 1945 niem. Zibelle, łużycka nazwa Cybalin), nie pozostaje nam nic innego, jak skryć się w miejscowym sklepie. Znów pada niemiłosiernie. Ale na szczęście nie mokniemy. Uzupełniamy cukier czekoladowymi batonikami i czekamy, aż pogoda się poprawi, by pokonać kolejne kilometry. Ekspedientka naszego „schronu” nie jest zbyt chętna, byśmy przechowali rowery w przejściu prowadzącym do sklepu. Kręci nosem, ale ostatecznie zgadza się, byśmy wprowadzili. Ale tylko jeden. Więc mój moknie. Na szczęście sakwa jest wodoodporna, uff.

Gdy przestaje mocno padać wyruszamy dalej. Mijamy tablicę upamiętniającą żyjącego w Zibelle, i tam również zmarłego, Waltera Hermanna Nernsta – niemieckiego fizyka i chemika, laureata Nagrody Nobla z chemii w 1920 roku.

W rowerowym planie na dziś pozostają nam jeszcze dwa punkty: Gniewoszyce i Buczyny. Do tych pierwszych znów jedziemy czerwonym szlakiem rowerowym – tym razem jego północną częścią. Trasa wiedzie brukowaną drogą. Zaskakujące jest to, że większość domów w tej małej miejscowości jest na sprzedaż. Zaczyna siąpić coraz mocniej, a my mamy przed sobą ostatnie kilka kilometrów. Znów lasem i znów przez kałuże.

W końcu Buczyny. Zmęczeni, ale zadowoleni trafiamy do miejsca naszych dwóch kolejnych noclegów. To Ośrodek Kultury Łużyckiej. Na miejscu jest Muzeum Etnograficzne oraz Karczma Łużycka. Rezerwację robiłem trzy tygodnie wcześniej, wczoraj ją potwierdziłem, czyli nie powinno być żadnego problemu. Ale okazuje się, że jednak jest. Pani obsługująca karczmę musi zadzwonić do szefa, aby się dowiedzieć, co i jak, bo sama nie bardzo orientuje się, gdzie dokładnie mamy spać. Tak, jest dla nas pokój, płatny z góry, 40 zł za osobę za noc. Cena podana na stronie internetowej wynosi 25 zł, ale to przy większej ilości noclegów. Jak zawsze, ale to już wiedziałem wcześniej. Odpinam sakwy, zanoszę je do pokoiku na poddaszu, najważniejsze że jest on z łazienką.

Ale z zimną wodą. Nie pozostaje nic innego, jak znów iść zasięgnąć języka do Pani z karczmy. No i już wiem, ciepła woda będzie za chwilę. Owa chwila wydłuża się do 20 minut. Czyli jakieś 40 od naszego przyjazdu. A przecież wczoraj potwierdzałem nasz przyjazd, eh… No cóż, brudni po podróży czekamy na ciepłą wodę, podziwiając nasz pokój. Wzrok przyciągają sztuczne kwiaty, odbiornik radiowy bez pokrętła umożliwiającego wybór stacji i niezbyt ciekawe wyposażenie. Estetyka powalająca. Lubię etnografię, skanseny i całą otoczkę związaną z tym tematem, ale na razie nie jest przekonująco.

W końcu schodzimy zjeść ciepły posiłek. Kierujemy się do wspomnianej wcześniej Karczmy Łużyckiej, bo będąc w takim miejscu, grzechem byłoby tu nie zajrzeć i nie zjeść jakiegoś specjału kuchni. Wystrój wnętrza jest ciekawy, trochę rustykalny, klimat jest wiejski i swojski. Ciepła temu miejscu nadają drewniane ściany i sufit.

W środku Karczmy Łużyckiej w Buczynach

W środku Karczmy Łużyckiej w Buczynach

Otrzymujemy menu ze zdjęciami potraw i z naklejkami informującymi o cenach (w złotówkach i euro). Pojawia się właściciel całego obiektu, który pełni również rolę gospodarza. Zagaduję go o potrawy, o to, co najlepsze w kuchni, w końcu o to, co typowo łużyckiego poleca z menu. Właściciel informuje nas, że kuchnia łużycka była biedna, mało urozmaicona, ale poleca nam „Schab po łużycku”, który okazuje się niczym innym, jak porcją mięsa z grzybami w panierce. W czasie oczekiwania na obiad gospodarz proponuje nam degustację domowego, robionego przez siebie, destylatu z winogron. Bardzo smaczny i aromatyczny.

Domowy destylat - to co tygrysy lubią najbardziej

Domowy destylat – to co tygrysy lubią najbardziej

Zamówiony specjał okazuje się porażką. Użyte w nim grzyby to zielonki, niestety bardzo słabo wypłukane. Ziarna piasku rysując nam szkliwo zębów, wydają piskliwe dźwięki. Zjadamy tylko sałatki i frytki. Zawstydzony tym kulinarnym faux pas, gospodarz proponuje, abyśmy za danie nie płacili. Gest miły, ale mimo wszystko mały niesmak pozostaje.

Lubimy wino domowej roboty

Lubimy wino domowej roboty

Nienajedzeni do syta wracamy do pokoju. Pod wieczór robimy się coraz bardziej głodni, wyruszamy więc znaleźć we wsi sklep spożywczy. Nie ma żadnego. Szukamy więc innego sposobu, by w końcu napełnić nasze żołądki. Na szczęście zasięg w tym miejscu jest całkiem dobry, więc wyszukujemy w internecie najbliższe pizzerie z dowozem do klienta. Jedna (w Łęknicy) w poniedziałki zamknięta, druga (w Trzebielu) nie dysponuje dziś samochodem dostawczym. Masakra. Ale nie poddajemy się. Po krótkim namyśle postanawiamy wsiąść na rowery i podjechać do najbliższego miejsca, gdzie na pewno będzie coś do jedzenia późnym wieczorem. Wybieramy odległy o 4,5 km Trzebiel, bo dedukujemy, że miejscowość, ze względu na przebiegającą przez nią drogę krajową nr 12 oraz, na północ od wsi, autostradę, musi mieć jakąś stację benzynową. Bingo! Jest nawet lepiej niż zakładaliśmy, bo bok stacji benzynowej wciąż czynny jest bar/restauracja. Tortilla jest pyszna i okazuje się wybawieniem. Najedzeni i zadowoleni wracamy do skansenu.

Razem przejeżdżamy tego dnia 45 km.

Reklamy