32 (46) – Szczun Na Śląsku – „Korona Polski – Biskupia Kopa (4/16)”

W Zielonej Górze były ostatnie dni Winobrania, a my, chcąc się wyrwać z wszechogarniającego tłumu i zapachu bigosów, ruszyliśmy na zdobycie najwyższego szczytu województwa opolskiego. Biskupia Kopa (po czesku Biskupská kupa) to szczyt w Górach Opawskich (które w Czechach noszą nazwę Zlatohorská vrchovina) o wysokości 890 metrów. Pod koniec XIX wieku wyznaczono pierwsze szlaki prowadzące na szczyt oraz wybudowano czynną do dziś wieżę widokową. Swą nazwę Kopa Biskupia zawdzięcza dawnym właścicielom, biskupom wrocławskim, którzy w 1474 r. otrzymali te ziemie od króla węgierskiego, Macieja Korwina.

Jak podaje niezawodna w sprawach geograficznych Wikipedia, Biskupia Kopa jest od wieków górą graniczną – od 1229 rozdzielała biskupstwa wrocławskie i ołomunieckie, po wojnach śląskich tereny pod panowaniem Habsburgów i Hohenzollernów, następnie Czechosłowacji i Niemiec, a obecnie przez szczyt przebiega granica polsko-czeska. Polska nazwa Biskupia Kopa została ustalona urzędowo w 1949 roku.

Ale po kolei. My tradycyjnie bez żadnego ciśnienia wybraliśmy się na szczyt. Bez ciśnienia, bo najpierw spacer po okolicy i kawa w Głuchołazach. Trafiliśmy do „Parzona CAFÉ” przy ulicy Korfantego 4 na deptaku. Najpierw wypatrzyliśmy ogródek, który jednak należał do lokalu pod nazwą o zaskakującym połaczeniu – Kawiarnia/Oryginalny Turecki Kebab. Mimo że podstawowe przyprawy do kebabu, takie jak kurkuma, gałka muszkatołowa, czy kardamon są wspaniałe same w sobie i często ich używam, to jednak mam wrażenie, że sernik pachnący kebabem nie wzbudziłby żadnych pozytywnych uczuć. Zrezygnowaliśmy z lokalu. Na szczęście trzy numery dalej mieściła się wspomniana wcześniej „Parzona CAFÉ”. Świetnie trafiliśmy. Klimatyczny wystrój w stylu prowansalskim, miłe kelnerki, które podały nam aromatyczną kawa i smaczną zieloną herbatę. Do kawy zamówiłem jeszcze tartę czekoladową z masą z czarnych porzeczek. Całośc wyniosła nas 20 zł. Bardzo dobra cena.

Parzona CAFÉ Głuchołazy

Parzona CAFÉ Głuchołazy

Po obowiązkowym nicnierobieniu, ruszyliśmy zwiedzić rynek Głuchołaz. Samo miasto kiedyś nazywane było Kozią Szyją. Pod linkiem można znaleźć bardzo ciekawy opis dotyczący tej nazwy.
Polską nazwę miejscowości w formie Koziascyja w książce „Krótki rys jeografii Szląska dla nauki początkowej” wydanej w Głogówku w 1847 wymienił śląski pisarz Józef Lompa.

Lipa na Rynku w Głuchołazach

Lipa na Rynku w Głuchołazach

Na rynku rośnie lipa, która została zasadzona w 1648 na pamiątkę zakończenia wojny trzydziestoletniej. Niestety, w październiku 1992 lipa została rozsadzona przez betonową plombę, która spowodowała zagrzybienie drzewa od wewnątrz. Ostało się tylko kilka konarów, które jednak nadal żyją; lipy są drzewami o dużych zdolnościach regeneracyjnych. Drzewo miało obwód 6,4 m i wysokość 23 m.

Widok na późnoromański kościół św. Stanisława w Głuchołazach

Widok na późnoromański kościół św. Stanisława w Głuchołazach

Obok rynku znajduje się kościół Św. Wawrzyńca z XIII wieku. Ze średniowiecznej budowli pozostało niewiele: fasada zachodnia (dolna jej część) z dwiema parami wąziutkich, obronnych okien i późnoromańskim portalem.

Nasz cel: Biskupia Kopa

Nasz cel: Biskupia Kopa

Po zwiedzeniu Głuchołaz ruszamy w kierunku miejscowości Zlaté Hory, które leżą tuż za polsko-czeską granicą. Przed granicą zatrzymujemy się na chwilę, by, z odległej, ciekawej perspektywy, zrobić zdjęcie czekającego nas szczytu. Po chwili mijamy miasteczko i ruszamy w kierunku przełęczy Petrovy boudy (706 m n.p.m.). Czeka nas 5,1 km podjazdu, różnica wysokości wynosi 296 m, średnie nachylenie wynosi 5,8 % i mamy 4 ostre zakręty. W końcu jesteśmy na miejscu i parkujemy auto.

Zmieniamy obuwie na górskie i ruszamy na trasę. Czeka nas tylko 40 minut podejścia. Droga na szczyt nie sprawia nam żadnych trudności. Zresztą nie tylko nam. Po drodze mijamy sporo rodzin z dziećmi, które bez większych problemów podążaja do celu. Na szczycie jest już sporo osób. Większość odpoczywa i robi sobie mały piknik. Spora część decyduje się wejść na wieżę widokową, bo niestety tylko z niej (na szczycie jest sporo drzew i krzewów zasłaniających krajobraz) można zobaczyć w pełni rozpościerający się widok na okoliczne tereny. My również decydujemy się na wejście. Obecną wieżę otwarto 26 sierpnia 1898. Postawiono ją w miejscu drewnianej wieży, którą oddano do użytku 9 lipca 1890.

Wieża widokowa na Biskupiej Kopie

Wieża widokowa na Biskupiej Kopie

Taka ciekawostka na szczycie Biskupiej Kopy

Taka ciekawostka na szczycie Biskupiej Kopy

Na wieży widokowej atakowały tysiące muszek

Na wieży widokowej atakowały tysiące muszek

Schodzimy ze szczytu, robimy kilka fotek z widokiem na czeskią część Gór Opawskich. Po chwili jesteśmy w Zlatéch Horach i udajemy się do lokalu „U Modreho Zvonku” na zasłużony posiłek. Jest to restauracja, która oferuje także noclegi w pensjonacie pod tą sama nazwą. Zamawiamy dwie zupy czosnkowe oraz oczywiście chyba najbardziej znany przysmak czeskiej kuchni: smażone sery. Do tego jedno małe piwo (w Czechach limit wydychanego alkoholu wynosi 0,0‰). Za całość płacimy 56 zł. I co ważne, mogliśmy zapłacić w złotówkach.

Czeskie jedzonko

Czeskie jedzonko

Zlaté Hory - ulica Polska

Zlaté Hory – ulica Polska

Posileni udaliśmy się na dalszą część wyprawy. Naszym miejscem docelowym była agroturystyka „Dom na końcu świata” w Górach Bystrzyckich, około 85 km jazdy. Jedziemy w pasie nadgranicznym przez Mikulovice, Vidnavę, Javornik po czeskiej stronie oraz Lądek-Zdrój po polskiej.

Pozwolę sobie w tym miejscu na małą dygresję. Zawsze zastanawia mnie fenomen granic. Skąd się wzięły. Dlaczego teren po jednej stronie należy do państwa A, a po drugiej do państwa B. Przeważnie niczym one się nie różnią. Czy to ma sens, że droga po której jedziemy najważniejsze władze ma w Pradze, a ta 5 metrów w prawo w Warszawie? Jak w czeskiej miejscowości Velké Kunětice. Krok dalej już były polskie Sławniowice.

Sławinowice granica - foto Pajë22

Slawniowice – Schengen v praxi: křižovatka na české straně, ale „dej přednost” v Polsku – foto Pajë22 (https://goo.gl/maps/TgBUA2FbHPM2)

Czy naprawdę ktoś nie umiał zasnąć, nim nie wymyślił granic? – jak śpiewał nieodżałowany Marek Grechuta do słów Leszka Aleksandra Moczulskiego.

Za Javornikiem (w którym znajduje się dawna letnia rezydencja biskupów wrocławskich) wspinamy się w stronę Przełęczy Lądeckiej i dotarłszy do niej, opuszczamy w końcu Śląsk. Wjeżdżamy na teren Ziemi Kłodzkiej, do której po II wojnie światowej pretensje rościła ówczesna Czechosłowacja. Zatrzymujemy się w Lądku-Zdroju, zwiedzamy rynek i robimy małe zakupy. Rynek wygląda biednie, ale co najważniejsze jest zadbany.

Rynek w Lądku-Zdroju

Rynek w Lądku-Zdroju

Pomnik Trójcy Świętej w Lądku-Zdroju

Pomnik Trójcy Świętej w Lądku-Zdroju

Gdy już się ściemniało, dojechaliśmy do miejscowości Paszków, gdzie mieliśmy zapewniony nocleg. Znaleziony przez przypadek, ale okazał się miejscem fenomenalnym. „Dom na końcu świata” to miejsce wspaniałe. Cisza, spokój, azyl, o jakim marzyliśmy – ale o tym w kolejnym wpisie…

Dom na końcu świata

Dom na końcu świata

Reklamy