20 (34) – Szczun Na Śląsku – „Dzień VIII (ostatni) – Rowerami z Zielonej Góry do Zielonej Góry”

„Wstałem skoro świt, zmyłem śnienie”

– lubię sobie nucić tę piosenkę, gdy rano wcześnie wstaję i nigdzie nie muszę pędzić. A tak właśnie jest dziś. Ostatni dzień naszej podróży z Zielonej Góry do Zielonej Góry. Podobno wczesne poranne wstawanie to domena ludzi starszych, ale co tam, niech tak już zostanie! Starzy ludzie wcześnie wstają. Szkoda dnia. Zwłaszcza, że dziś jest przepiękna pogoda.

Rano kolejne miłe zaskoczenie naszym miejscem noclegowym. Dzień wcześniej w Maszewie zakupiliśmy, na wszelki wypadek, mały prowiant w postaci… szybkiej zupki pomidorowej z załączonym sprasowanym makaronem. Jeszcze więc przed właściwym śniadaniem, które planujemy zjeść już poza agroturystyką, gdyż w miejscu tym nie ma możliwości wykupienia posiłku, decyduje się wrzucić na żołądek to niezbyt zdrowe co nieco. W ogólnodostępnej kuchni znajduję duży kubek, wkruszam co trzeba i po chwili poranna zupka gotowa. Rozsiadam się nad mapami i planuję trasę na dziś. Oczywiście mam ją już dawno obmyśloną, ale przesiadywanie nad mapami sprawia mi tak dużą frajdę, że nie mogę się temu oprzeć. Zjadam swoje „przedśniadanie” i wtedy owe miłe zaskoczenie. Pojawia się właścicielka i bierze mój kubek. Mówię, żeby go zostawiła, że za chwile go umyję. Na co gospodyni stwierdza, że nie ma problemu, że zrobi to sama. Szok. Agroturystyka? Bardzo lubię to miejsce 🙂

Jurewiczówka

Jurewiczówka

Jurewiczówka - ogród

Jurewiczówka – ogród

Jurewiczówka - ogród od frontu budynku

Jurewiczówka – ogród od frontu budynku

Tradycyjnie nie chce nam się wyjeżdżać. Miejsce fajne to i nacieszyć oczy chcemy jak najdłużej. A że i zadbane, wypielęgnowane i wychuchane, to tym bardziej przeciągamy wyjazd. Ucinamy sobie jeszcze pogawędkę z gospodarzem i w końcu, po podziękowaniu za gościnę, jedziemy zjeść śniadanie. Znów chcemy udać się do pobliskiej Restauracji Bajka, ale niestety jesteśmy za wcześnie. Nie w smak nam czekanie 45 minut na otwarcie lokalu, więc jedziemy dalej. Dojeżdżamy do Krosna Odrzańskiego(niem. Crossen an der Oder). Jak sama nazwa wskazuje jest to miasto położone nad Odrą, u Ujścia Bobru. Od 1945 do 1948 nosiło nazwę Krosno nad Odrą. Szukamy lokalu. Pierwszy, jaki mijamy, to bar mleczny, ale nie zyskuje on naszej obopólnej aprobaty, więc podążamy dalej. Zjeżdżamy stromym deptakiem nad Odrę. Parafrazując Maksa Paradysa z Seksmisji: „Tam musi być jakaś cywilizacja”. Trafiamy w końcu do dwugwiazdkowego Hotelu Odra. Restauracja – ogródek na zewnątrz – robi na nas pozytywne wrażenie, więc decydujemy się tu zostać. Tradycyjnie: jajecznica, herbata i pieczywo. Smacznie. Zadowoleni jedziemy zwiedzić pobliski zamek.

Krośnieńskie śniadanie

Krośnieńskie śniadanie

Zamek został wybudowany najprawdopodobniej na początku XIII w. w czasach księcia Henryka Brodatego (relikty muru w części północnej) w miejscu strategicznej przeprawy przez Odrę. Już za jego panowania zamek stał się ważną pograniczną warownią w systemie obronnym Dolnego Śląska, był również ulubioną siedzibą księcia. Zamek stał się także miejscem śmierci Henryka Brodatego (w 1238 r.), miejscem schronienia jego żony Jadwigi i synowej Anny podczas najazdu tatarskiego w 1241 r. W XIX wieku budowlę przekształcono na koszary, zaś na początku XX wieku umieszczono tutaj Śląską Kasę Oszczędności.

Jakaś uwaga zwróciła moją uwagę

Jakieś niepoprawne zdanie zwróciło moją uwagę 😉

Na południe od miasta rozpoczyna się łańcuch średniowiecznych, legendarnych budowli ziemnych, o historycznym, prawdopodobnym znaczeniu graniczno-obronnym – tzw. Wały Śląskie, określane również jako Wały Chrobrego, ciągnące się od Krosna w kierunku południowo-wschodnim, aż po mokradła w okolicy wsi Wierzbowa w Borach Dolnośląskich (zachował się tam, w relatywnie dobrym stanie, 7,5 kilometrowy ich fragment). Ta łańcuchowa budowla jest uznawana za najdłuższy zabytek archeologiczny w Europie Środkowej.

Zakuty w dyby za krytyczne uwagi  w stosunku do "Ziemi Lubuskiej"

Zakuty w dyby za krytyczne uwagi w stosunku do „Ziemi Lubuskiej”

Przy okazji zwiedzania zamku chcemy wypić kawę na jego dziedzińcu, w małej kawiarence. Ale mamy niestety pecha. Z wywieszonej kartki dowiadujemy się, że od dziś, przez najbliższych 7 dni miejsce to będzie zamknięte. Pewnie wakacyjna przerwa właścicieli. Szkoda, bo byłaby to na pewno miła chwila w miłych okolicznościach przyrody. Ale absolutnie nie tracimy humoru.  Zwiedzamy zamek, zakuwamy się w dyby i pstrykam na pamiątkę kilka zdjęć.

Tutaj kawy nie było :(

Tutaj kawy nie było 😦

Krosno Odrzańskie - dziedziniec zamkowy

Krosno Odrzańskie – dziedziniec zamkowy

Krosno Odrzańskie - dziedziniec zamkowy

Krosno Odrzańskie – dziedziniec zamkowy

Z kawy nie rezygnujemy. Na deptaku nic, w miejscu gdzie wskazuje reklama cukierni – nic, przy głównej drodze – nic. Dziwne. W końcu to nie jest maleńka miejscowość, więc miejsc takich powinno być w centrum przynajmniej kilka. Czyżby mieszkańcy nie mieli potrzeby spotykać się na małą czarną? Ostatecznie kupujemy dwie kawy w sklepie sieci Fresh Market. Z braku laku dobra taka. Wypijamy i w drogę. Na naszej trasie jeszcze jedno miasto, a potem już Zielona Góra. Wyjeżdżamy ulicą 17-stu Pionierów, a później Szosą Poznańską. Mijamy po prawej Cmentarz Żołnierzy Armii Radzieckiej i opuszczamy granice miasta. Przed nami 12 kilometrów dość mocno uczęszczaną drogą DW 276 Krosno Odrzańskie – Świebodzin.

Przez tydzień naszej podróży kilkaset razy wymijani byliśmy przez auta osobowe, dostawcze, ciężarowe czy też motocykle. Do tego dnia nie mieliśmy żadnych złych wspomnień dotyczących tego manewru. Liczyliśmy tylko, ilu kierowców włącza kierunkowskaz sygnalizujący zmianę pasa ruchu po wyprzedzeniu. Aż do dziś. Pomiędzy miejscowościami Rudnica a Szklarka Rudnicka kierowca ciężarówki przy wyprzedzaniu prawie nas zepchnął z drogi. Odległość pomiędzy naczepą a nami nie była większa niż kilkadziesiąt centymetrów. Kierowca musiał się jakoś zmieścić na pas, gdyż zapewne źle wyliczył odległość nadjeżdżającej z naprzeciw innej ciężarówki. A rowerzyści?!? – co tam rowerzyści. Pyłki na wietrze. Niestety nie zapamiętaliśmy nazwy firmy, do której należała naczepa. Nasza strata 🙂

W Szklarce Rudnickiej zjeżdżamy z mocno uczęszczanej DW 276 na DW 278. Spokój, cisza, znikomy ruch samochodowy. To lubimy. Znajdujemy się na terenie otuliny Gryżyńskiego Parku Krajobrazowego, który został utworzony w celu ochrony i zachowania walorów przyrodniczych, krajobrazowych i kulturowych rynny rzeki Gryżyny. To trzeci park krajobrazowy w czasie naszej wyprawy. Mijamy miejscowość Będów (gdzie jeden z miejscowych młodzieńców chce zakupić jeden z naszych rowerów), następnie jedziemy drogą, wzdłuż której rośnie wiele grusz ulęgałek. Już wiem, gdzie będę się zaopatrywał w dzikie gruszki z przeznaczeniem na nalewki. Kolejna miejscowość, którą mijamy to Nietkowice. Potem Brody (to już druga miejscowość o tej nazwie, którą odwiedzamy  czasie naszej wyprawy), gdzie czeka nas przeprawa promem na drugą stronę Odry.

Przeprawa promowa w Brodach

Przeprawa promowa w Brodach

Po zejściu na ląd znów znajdujemy pole kukurydzy i znów nie możemy odmówić sobie zaopatrzenia się w ten wspaniały rarytas. Kiedy go zjemy, nie wiem, ale w podróży zawsze warto mieć trochę zapasów pożywienia, szczególnie, gdy jest ono tak dobre. Szczegół, że kukurydza zapewne wysiana z modyfikowanych genetycznie nasion (choć w Polsce wszyscy zarzekają się, że nie stosują takich produktów). Po kilku kilometrach wjeżdżamy do Czerwieńska – to ostatnie miasto na trasie (nie licząc końcowej Zielonej Góry).

Czerwieńsk - widok z tarasu lokalu "Feniks" na ratusz

Czerwieńsk – widok z tarasu lokalu „Feniks” na ratusz

Czerwieńsk - Kościół parafialny pw. św. Wojciecha, neogotycki, wybudowany na miejscu świątyni z 1707 roku, oddany do użytku 13 grudnia 1877 roku.

Czerwieńsk – Kościół parafialny pw. św. Wojciecha, neogotycki, wybudowany na miejscu świątyni z 1707 roku, oddany do użytku 13 grudnia 1877 roku.

Nie jest to nasza pierwsza wizyta rowerowa w Czerwieńsku. Tradycyjnie wstępujemy do „Feniksa”. Pizzeria -restauracja-sala bankietowa. Chyba jedyny lokal gastronomiczny w tym miasteczku. Tym razem planujemy trochę dłuższy odpoczynek, więc na spokojnie zamawiamy najpierw pierwsze danie, potem drugie, kawę i piwo. Jest duszno, gorąco, wręcz parno. Ruszamy dalej, kierując się ulicą Zielonogórską. Ale nie pokonujemy zbyt długiego odcinka, bo przejeżdżamy  obok odkrytego miejskiego basenu, który kusi, by się w nim wykąpać. Długo się nie zastanawiamy czy skorzystać z tej orzeźwiającej okazji. „Basen u Leona” – bilet normalny 5 zł, ulgowy 3 zł. Jako stara poznańska pyra nie mogłem sobie nie pozwolić na pytanie: „A we dwójkę za ósemkę?” – pani kasjerka uśmiechnęła się i przystała na moją wytargowana propozycję cenową.

 

Relaks tuż przed metą rajdu

Relaks tuż przed metą rajdu

Miejsce nas trochę zaskoczyło. Wokół działki, na której znajduje się basen, osiedle domów mieszkalnych, a  z „basenowych” głośników hity stacji radiowej VOX na full. I tak pewnie od otwarcia do zamknięcia obiektu. Szczerze współczuję mieszkańcom osiedla.  Ciągła impreza bez wychodzenia z domu! Hit za hitem. Jeden z nich chyba rozpoznaję: „Czy ja dobrze słyszę? Ona jest ruda?” – Aha. Jest basen, jest impreza!

Piosenka wkręca się w mózg, zapuszcza korzenie w neuronach, spawa synapsy niczym pan Zdzisiek z huty aluminium w Koninie, a grzecznie proszona  o opuszczenie zwojów odpowiada poetycko: „chyba Ciebie pop****ło”. Dodatkową atrakcją basenu jest ratownik o bardzo wyraźnie zaznaczonym mięśniu piwnym i zapewne jeszcze pokaźniejszej wadze. Po zakończonej pracy postanawia wskoczyć do wody na główkę, a my mamy niezmierną przyjemność oglądania tego wyczynu. Rozbryzg klasa!!!

Po tych radosnych uniesieniach opuszczamy basen i pedałujemy dalej w stronę domu, który jest już prawie na wyciągnięcie ręki. Jeszcze tylko Płoty, Przylep i jesteśmy w Zielonej Górze. Huuurraaa, udało się!!! Na koniec, ze względu na burczenie w żołądku i pustą lodówkę w mieszkaniu, postanawiamy zatrzymać się jeszcze na obiad, który ma być dodatkowo uroczystym podsumowaniem naszego tripu. Zatrzymujemy się w Gallo Nero Pizza & Pasta  i zamawiamy makarony. Jedzenie dobre, mamy więc potwierdzenie pozytywnych ludowych opinii o tym miejscu.

Ostatnie trzy kilometry śmigamy już po znanych nam ulicach. I nareszcie w domu. Bardzo zmęczeni, ale niesamowicie zadowoleni. W nogach dziś 55 km. A w głowach pełno wspomnień, ciekawych i nieciekawych noclegów, dobrych i słabych restauracji. Bardzo udany, choć krótki urlop. Taki inny, w najbliższej okolicy. Fajny. Polecam 🙂

Reklamy

17 (31) – Szczun Na Śląsku – „Dzień VII – Rowerami z Zielonej Góry do Zielonej Góry”

Tak wcześnie jak dziś jeszcze nigdy, w czasie naszej wyprawy, nie wyjechaliśmy z miejsca noclegowego. Do tej pory celebrowaliśmy ten moment. Przeciągaliśmy go: najpierw śniadanie, ewentualnie kawa i ostanie zerknięcie na agroturystyczną bazę. Tym razem chcemy być już w trasie jak najszybciej.

Trasa VII: Czarnowice – Gubin – Maszewo – Marcinowice

Droga w kierunku Gubina jest dość dobrze utrzymana, ale i dość mocno uczęszczana przez kierowców. Dojeżdżamy do drogi krajowej nr 32 – liczyłem na obecność jakiejś stacji benzynowej przy skrzyżowaniu z naszą drogą numer 286. Zamiast tego znajdujemy informację o nieodkrytym przez nas wczoraj „Łowisku” w Czarnowicach.

Szczun - tym razem na Łużycach

Szczun – tym razem na Łużycach

Po kilkunastu minutach jesteśmy w centrum Gubina (w języku niemieckim Guben, po dolnołużycku Gubin). Rozsiadamy się w ogródku Restauracji Tercet i zamawiamy śniadanie. Jajecznica i herbata. Jesteśmy głodni, więc zjadamy ze smakiem. Po zakończonym posiłku reguluję rachunek i płacę 34 zł. Dopiero po pewnym czasie dochodzi do mnie, że według cennika dwie jajecznice plus dwie herbaty to cena 26 zł. Zapewne zostały także doliczone do rachunku: plasterki cytryn, skibki chleba, masło, a może i nawet cukier. Cóż, „taki mamy klimat”.

Tablica informacyjna dotycząca ratusza

Tablica informacyjna dotycząca ratusza

Opis kościoła farnego za kratami

Opis kościoła farnego za kratami

Zaczynamy zwiedzać miasto. Pierwsza wzmianka o nim pochodzi z 1211 roku z dokumentu Henryka Brodatego. Historyczne centrum Gubina znajduje się po stronie polskiej. W czasie II wojny światowej miasto zostało bardzo dotkliwie zniszczone. Walki trwały od lutego do kwietnia 1945 roku. Bardzo dobitnie o intensywności walk mogą świadczyć ruiny kościoła farnego. Konsekwencją zapisów mocarstwowych był podział miasta na część niemiecką i polską, czyli efekt granicy państwowej na Nysie Łużyckiej.

Ratusz w Gubinie

Ratusz w Gubinie

Stojak dla prasy - ach te zboczenie zawodowe

Stojak dla prasy w Guben – ach te zboczenie zawodowe

Oglądamy dokładnie ratusz, po czym postanawiamy wybrać się na niemiecką stronę miasta na kawę. Wrażenie znów mamy takie, że po przekroczeniu mostu granicznego jest ładniej, czyściej, bardziej schludnie. Idziemy deptakiem przez miasto i trafiamy do kawiarni, w której jest sporo klientów. Na moje pytanie, czy możemy płacić w złotówkach (zadane oczywiście moją bezbłędną niemczyzną 🙂 ), pada szybka odpowiedź „Nein”. Nie, to nie. ChWWD Niemiaszki. Postanawiamy spróbować w jeszcze jednym lokalu naszego kawowego szczęścia. Przy deptaku znajdujemy małą kawiarenkę ze stolikami i krzesłami wystawionymi na zewnątrz. W środku tylko para emerytów. Właściciel na pytanie o złotówki najpierw kręci trochę nosem, ale w końcu się zgadza. Zaznacza jednak przy tym, że dobrze, gdybyśmy zapłącili odliczoną kwotę, bo bedzie miał problem z wydaniem reszty. Tak przynajmniej zrozumiałem :). Całkiem smaczną kawę wypijamy z przyjemnością, delektując się jednoczesnie piękną pogodą. Koszt dwóch kaw w Guben to 4,2 Euro. Wręczam właścicielowi 20 zł i w odpowiedzi pada „To za duże”. Co tam, niech znają Niemcy nasz gest.

No to niemiecka kawusia

No to niemiecka kawusia

Ruiny Fary widoczne od strony Niemiec

Ruiny Fary widoczne od strony Niemiec

Postanawiamy wrócić do Polski. Schodzimy po schodach na bulwar, jak najbliżej rzeki, by sprawdzić czy woda jest mokra i przy okazji odczytać zaznaczone miarką na murze na odpowiednich wysokościach najwyższe stany wód podczas powodzi.

Tabliczki informujące o poziomie wody podczas powodzi

Tabliczki informujące o poziomie wody podczas powodzi

Małym mostem dostajemy się na Wyspę Teatralną. W XIX w zbudowano na niej wg projektu Oskara Titza teatr, mogący pomieścić 750 widzów i ściągający do Gubina najwybitniejszych artystów ówczesnej Europy. Teatr spłonął doszczętnie w 1946 r. Jego świetność przypominają jedynie kamienne schodki, prowadzące niegdyś do głównego wejścia oraz resztki kolumn zdobiących kiedyś fasadę budynku. Obecnie wyspa jest pięknym terenem spacerowym, chętnie odwiedzanym przez polskie i niemieckie rodziny, a usytuowana na stałe scena jest miejscem występów zespołów muzycznych, grup tanecznych i folklorystycznych.

Granica. Po prawej Polska, po lewej Niemcy.

Granica. Po prawej Polska, po lewej Niemcy.

Ruiny amfiteatru na Wyspie Teatralnej

Ruiny amfiteatru na Wyspie Teatralnej

Żużlowi kibice :)

Żużlowi kibice 🙂 – wszędzie są.

Wałęsamy się jeszcze chwilę po mieście, po czym wyjeżdżamy na północ w kierunku Kosarzyna. Trasa wiedzie cały czas nową drogą rowerową, wybudowaną z dotacji unijnych. Za miejscowością Żytowań (niem. Seitwann, łuż. Žytowań) wjeżdżamy na teren Krzesińskiego Parku Krajobrazowego. Strona Zespołu Parków Krajobrazowych Województwa Lubuskiego podaje interesujące informacje:

„Park został utworzony w 1998 r. Jego powierzchnia wynosi ponad 8,5 tys. ha i położony jest na terenie 3 gmin: Cybinka, Gubin i Maszewo. Park obejmuje tereny pradoliny Odry (25-kilometrowy fragment, w tym 10-kilometrowy odcinek graniczny) oraz ujściowy fragment koryta rzeki Nysy Łużyckiej. Oprócz Nysy Łużyckiej na terenie Parku do Odry uchodzi Łomianka. Przyległe do obu dolin rzecznych wysokie terasy, porośnięte są borami sosnowymi i wznoszą się miejscami na ponad 30 m nad poziom rzeki.
Charakterystyczną cechą Parku jest duży udział w jego powierzchni użytków zielonych, położonych na terasie zalewowej pradoliny Odry. Najcenniejszym obszarem Krzesińskiego Parku Krajobrazowego jest zalewany okresowo polder przeciwpowodziowy Krzesin-Bytomiec. Przy wezbraniu wody na rzece Odrze powyżej stanów średnich następuje stopniowe podtapianie i zalewanie polderu, poczynając od miejsc najniżej położonych (wokół Jeziora Krzesińskiego) po łąki i pastwiska leżące w dalszej, wschodniej części polderu. Duże obszary okresowo zalewanych lub podmokłych łąk stwarzają odpowiednie warunki bytowania dla wielu gatunków zwierząt.”

Bardzo ciekawa trasa, górki i dołki. Jedzie się spokojnie, bezpiecznie i przyjemnie. Przejeżdżamy przez Kosarzyn (niem. Kuschern, łuż. Kóšarnja), miejscowość położoną nad jeziorem Borek – atrakcją wypoczynkowo–turystyczną oraz wędkarską. W rejonie Kosarzyna od 1991 roku nastąpiło intensywne wiercenie i wydobycie ropy naftowej. Wydobywano tutaj codziennie około 66 000 litrów ropy.

Zatrzymujemy się na obiad i małą kawę w ośrodku wypoczynkowym „Nad Borkiem” . Tak, to był dobry pomysł. Pogoda wciąż dopisuje, nie możemy więc nie skorzystać z okazji i postanawiamy wykąpać się w jeziorze. I to znów jest dobry pomysł. Mile spędzonych kilkadziesiąt minut.

Plaża na jeziorem w Kosarzynie

Plaża nad jeziorem w Kosarzynie

Uświadamiam sobie, że właśnie jesteśmy najbliżej Ziemi Lubuskiej w czasie całej naszej wyprawy. To sto kilkadziesiąt metrów na północny-zachód, tam, gdzie Nysa Łużycka wpada do Odry. Pokrzepiony tym faktem dalszą trasę pokonuję z wielką przyjemnością 🙂 Mijamy miejscowość Łomy (niem. Lahmo, łuż. Łomy). To bardzo urokliwa stara wioska, w której większość budowli pochodzi z XIX w.

Droga znów wiedzie przez las. Zastanawiamy się, czy burza nas dopadnie, czy też uda nam się dojechać do następnej miejscowości i gdzieś skryć. Dojeżdżamy do Chlebowa (niem. Niemaschkleb, dolnołużycki Namašklěb), które w latach 1945-1953 nosiło nazwę dokładnie przetłumaczoną z łużyckiego, czyli Niemaszchleba. Do historii przeszła skarga mieszkańców wioski z 1664 r., gdy parafianie miejscowego kościoła ewangelickiego żądali od władcy Saksonii Christiana odprawiania nabożeństw w języku słowiańskim. Jedziemy starą brukowaną drogą – co wcale nie jest dla nas przyjemnością.

Przeprawa promowa

Przeprawa promowa w Połęcku

Na promie

Na promie

W drodze na przeprawę promową przez Odrę mijamy wiele kałuż. Musiało niedawno mocno padać. Potwierdzają to panowie obsługujący prom. Na szczęście więc tym razem udało nam się uniknąć burzy. Czekamy chwilę na odbicie od brzegu i tym faktem żegnamy się z Łużycami. Witaj Śląsku, Dolny Śląsku. Po chwili jesteśmy już w Połęcku. Pokonujemy ostry podjazd pod górę i tym samym opuszczamy Dolinę Odry. Po wjeździe na skarpę jesteśmy w Maszewie. Chcemy coś koniecznie zjeść. Liczę na jakiś bar, w końcu to miejscowość, która jest siedzibą gminy. Nic z tego. Po tym, jak okazuje się, że na żadną jadłodajnię nie mamy co liczyć, jedzeniowy prowiant kupujemy w miejscowym spożywczaku. Po szybkim posiłku krótki remont rowerowego bagażnika i pędzimy dalej.

Przed nami jeszcze dwie miejscowości i jesteśmy u celu. Dwie miejscowości, ale całkiem sporo kilometrów, bo około 10. Cały czas jedziemy przez las, a Osiecznica wciąż jakoś nie chce się pojawić. W końcu przed nami droga krajowa nr 29. Spory ruch na niej, ale nie mamy wyjścia, musimy tędy jechać. Na szczęście niedługo. W Osiecznicy wjeżdżamy na ścieżkę rowerową. Trochę niepokoi nas widok, jaki mamy przed sobą. Nie, to nie może być podjazd. Nie teraz. Mamy przecież przejechane 49 km. Uspokajam nas, że ta przerażająco stroma droga to tylko złudzenie optyczne. Nie było. Na sam koniec przyjdzie nam podjeżdżać pod górę. Masakra. Ale dajemy radę i w końcu jesteśmy na miejscu.

Marcinowice i agroturystyka „Jurewiczówka” , która przywitała nas małym zgrzytem. Po przedstawieniu się i poinformowaniu, że mamy właśnie w tym miejscu nocleg (zamówiony oczywiście dużo wczśniej), dowiadujemy się, że nie ma żadnych wolnych miejsc. Zonk. Właścicielka idzie jednak sprawdzić, co i jak, po czym wraca do nas po kilku minutach z informacją, że jednak nie dogadała się z mężem i czeka na nas zamówiony pokój. Najlepszy pokój, jaki udało nam się do tej pory dostać. Schludny, czysty, pachnący. Tak samo w łazience. W końcu udaje nam się trafić na świetne miejsce. I to na ostatni nasz nocleg. Świetna nagroda na koniec wyprawy, super!!!

Prysznic i idziemy coś zjeść. Właściciele polecają lokal, który znajduje się kilkaset metrów od ich agroturystyki. Restauracja Bajka okazuje się strzałem w dziesiątkę. Jedzenie pyszne, swojskie, a porcje przeogromne! Aż nie chce nam się wychodzić. Po wypiciu schłodzonego piwa, tak dobroczynnego na zakwasy, wracamy do „Jurewiczówki” na zasłużony sen. Zasłużony, gdyż w nogach 51 kilometrów.

16 (30) – Szczun Na Śląsku – „Dzień VI – Rowerami z Zielonej Góry do Zielonej Góry”

Czas opuścić miejsce naszych dwóch noclegów. Na zakończenie pobytu w Buczynach zwiedzamy skansen. W końcu. W pierwszej chacie znajduje się przeogromna kolekcja starych sprzętów z wielu różnych dziedzin życia codziennego.

Drugie okno na poddaszu po lewej to nasz pokój

Drugie okno na poddaszu po lewej to nasz pokój

Informacyjny misz-masz przed wjazdem

Informacyjny misz-masz przed wjazdem

Skansen i zebrane w nim urządzenia - kolejne zdjęcia także.

Skansen i zebrane w nim urządzenia – kolejne zdjęcia także.

Historia w języku łużyckim

Chyb a komuś coś się uroiło

Chyb a komuś coś się uroiło

SAM_1017_tonemapped

Historyjka w języku łużycki - bardzo podobny do polskiego

Historyjka w języku łużycki – bardzo podobny do polskiego

SAM_1013_tonemapped

SAM_1011_tonemapped

SAM_1010_tonemapped

W drugiej chacie przedstawione jest typowe wyposażenie łużyckiej chaty. Na terenie skansenu znajduje się także mini-zwierzyniec, który zamieszkują dziki, kucyki, bażanty, króliki, owce i kozły.

SAM_1029_tonemapped

SAM_1030_tonemapped

SAM_1031_tonemapped

SAM_1032_tonemapped

SAM_1034_tonemapped

Mam ambiwalentne odczucia co do tego terenu. Z jednej strony cieszy fakt, że takie miejsce jest, że gromadzone są przez właścicieli przedmioty związane z Łużycami i Serbołużyczanami. Z drugiej strony widać, że brakuje pieniędzy, konsekwencji, ale chyba najbardziej pomocy urzędników. Samo założenie skansenu to trochę za mało, choć zebranie pieniędzy na ten cel to już wielkie wyzwanie. O kolekcję trzeba jeszcze zadbać –  to zwykle staje się zbyt trudne dla prywatnego właściciela, jeśli ma się tylko kilka rąk z rodziny do pracy. Przez to wnętrza chat robią nieco przygnębiające wrażenie. Tyle przemyśleń.

Pogoda od rana była niezbyt ciekawa, jednak w czasie zwiedzania skansenu wypogodziło się i mamy bardzo dobre warunki do jazdy.

Przed nami trasa dnia szóstego:  Buczyny – Trzebiel – Tuplice – Brody – Czarnowice.

W końcu wyjeżdżamy. Po chwili znów znajdujemy się na trasie rowerowej (szlaku górniczo-kolejowym), która wiedzie byłą linią kolejową. Mieliśmy okazję jechać nią już wczoraj. Nadal jesteśmy mile zaskoczeni infrastrukturą turystyczną: wiatami, planami, nawet znakami informacyjnymi. Na drogowych przejazdach pozostawiono szyny, zapewne ze względu na oszczędności przy projekcie, jednak widok jest bardzo przyjemny i przypomina o pierwotnym znaczeniu trasy, którą jedziemy.

Trasa rowerowa po byłej linii kolejowej

Trasa rowerowa po byłej linii kolejowej

Mijamy Trzebiel (tuż po wojnie Trebuła, nazwa niemiecka Triebel, dolnołużycka Trjebule lub Trjebul, w latach 1945-46 Trąby), czyli miejsce naszej zbawiennej kolacji sprzed dwóch dni, i przejeżdżamy pod autostradą. Chwilę później zjeżdżamy z byłej linii kolejowej i skracamy dojazd do kolejnej miejscowości – Tuplic. Wieś licząca 1500 mieszkańców, stanowiąca siedzibę gminy (3300 mieszkańców). Zatrzymujemy się, aby chwilę odpocząć. Szukamy miejsca, gdzie moglibyśmy napić się kawy. W okolicach urzędu gminy pustki. Miejscowa pizzeria jeszcze zamknięta. Cóż, pozostaje nam posilić się kanapkami i kontynuować trasę.

Wiata turystyczna

Wiata turystyczna

Opis trasy kolejowo-górniczej

Opis trasy kolejowo-górniczej

Ruszamy dalej w kierunku miejscowości Brody, do której prowadzi nas dalej szlak kolejowo-górniczy. Biegnie on po nowo powstałej drodze leśnej na długości około 16 km. Szeroki i wysypany tłuczniem. Jechało się nim świetnie przez całą długość. Mały wyjątek stanowił podjazd przed Brodami. Kamienie były zbyt duże nawet dla opon w moim rowerze. Rozwiązaniem było podprowadzenie naszych „pożeraczy przestrzeni” kilkadziesiąt metrów pod górkę. Następnie zjazd po kocich łbach i jesteśmy w Brodach (niem. Pförten).

Brama Zasiecka w Brodach

Brama Zasiecka w Brodach

Barokowy układ urbanistyczny z XVIII wieku, który zachował się do dziś, składa się z pałacu, oficyny, kościoła, Bramy Zasieckiej i kilkunastu domów. Wart uwagi jest także przypałacowy park pełen niezwykle rzadkich okazów drzew i krzewów rosnących nad jeziorem.

Zniszczony pałac w Brodach

Zniszczony pałac w Brodach

Do byłego miasta prowadziła od zachodu Brama Zasiecka, którą przejeżdżamy. Widok bardzo ciekawy, ale sama wieś wygląda opłakanie. Opłakanie wyglądają ruiny pałacu, który jest obecnie remontowany. Najwspanialszy okres rozwoju Brody przeżywały w XVIII wieku, gdy właścicielem miasta został hrabia Henryk von Brühl – Minister Skarbu Dworu Saskiego. W roku 1790 ówczesny pan na Brodach i Forście, wieloletni starosta Warszawy, generał artylerii koronnej Alojzy Fryderyk von Brühl, odznaczony przez króla polskiego Stanisława Augusta Poniatowskiego orderem „Orła Białego”, wyreżyserował w parku w Brodach plenerową sztukę Szekspira pt. „Sen nocy letniej”. Wydarzenie odbiło się echem w Europie. Bajkowych scen dostarczył brodzki park.

Oficyna przypałacowa

Oficyna przypałacowa

W restauracji, mieszczącej się w jednej z dwóch przypałacowych oficyn, zamawiamy kawę, której brak w naszych żyłach coraz bardziej dawał się we znaki. Przeglądamy menu: ceny niemieckie, błędy językowe i ortograficzne, po prostu słabo. Po kawie postanawiamy pospacerować trochę po parku.

Dalszą część trasy pokonujemy drogami asfaltowymi, na których na szczęście ruch samochodowy jest niewielki. Znów zaopatrujemy się w zapas kukurydzy. Mijamy Datyń, Koło i Jasienice. Wjeżdżamy na drogę drugorzędną nr 286. Ta trasa prowadząca do Gubina jest już dość mocno uczęszczana przez auta. W Stargardzie Gubińskim dokonujemy zakupów obiadowo-kolacyjnych i w końcu docieramy do miejsca naszego kolejnego noclegu, do Czarnowic.

Jak się później okazało, wieś powinna się nazywać „Czarnowidzę”. Dlaczego? Już piszę.

Trafiamy do miejsca naszego noclegu. Już rzucenie okiem na podwórze daje nam do myślenia. Stare sprzęty, artykuły AGD i inne. Czy to jest punkt skupu złomu? Nie, to tylko noclegi w Czarnowicach. Z pokoju, na drzwiach którego znajduje się tabliczka „Ojciec Dyrektor”, wyłania się najpierw kłęb dymu papierosowego, a później jegomość, który reklamuje przed nami swoją posiadłość. Otrzymujemy pokój czteroosobowy. Równie dobrze moglibyśmy dostać każdy inny, bo oprócz nas nie ma tam żywej duszy. Rowery wstawiam do pokoju, bo obawiam się, że w innym miejscu nie byłyby bezpieczne. Jesteśmy skonsternowani, nie mamy ochoty tutaj zostać, bo warunki pozostawiają wiele do życzenia. Z drugiej jednak strony przejechaliśmy prawie 44 km, jesteśmy zmęczeni i brudni i jak zawsze w takiej sytuacji mamy wielką ochotę się odświeżyć. Zmuszamy się więc do tego, aby wziąć prysznic i ruszamy na spacer po wiosce, by jak najmniej czasu spędzić w tym obskurnym budynku.

Nasze miejsce noclegowe mieści się w południowej części wsi, kierujemy się wzdłuż drogi na północ. „Zwiedzamy” miejscowość i po krótkiej wędrówce jesteśmy przy najbardziej wysuniętej na północ posesji. Hmmm…. wracamy. W połowie drogi znajdujemy znak informacyjny „Łowisko” i strzałkę w lewo. Nie mamy nic ciekawszego do robienia, więc postanawiamy iść w tym kierunku. Po kilkuset metrach znów strzałka „Łowisko” i kierunek w prawo. Nie mamy zielonego pojęcia jak daleko owe łowisko się znajduje, więc zawracamy, by zdążyć jeszcze przed osiemnastą odwiedzić sklep spożywczy i zaopatrzyć się w alkoholowe co nieco. Chcemy jak najszybciej zasnąć.

Możemy tylko żałować, że nie dotarliśmy do „łowiska”. Na drugi dzień przy wjeździe do Gubina natrafiliśmy bowiem na reklamę „Folwarku Czarnowice” – łowisko, noclegi, biesiady itd. 😦

Wieczorem udaję się do gospodarza, aby uregulować należne za nocleg. Kwota ustalona na 80 zł za dwie osoby. Otrzymuje fakturę na 90 zł, a ostatecznie płacę 70 zł. Ten bałagan mnie wcale nie dziwi.

Zasypiamy w ubraniach, pod naszym małym kocem. Nie mamy najmniejszej ochoty korzystać z pościeli przygotowanej dla gości.

14 (28) – Szczun Na Śląsku – „Dzień V – Rowerami z Zielonej Góry do Zielonej Góry”

Dzień bez gonienia. Taki mamy właśnie plan. Cały dzień na Park Mużakowski. Nie zmieniamy miejsca noclegu, więc nigdzie nie musimy się spieszyć. Jedyne, co wygania nas z łóżka, to poranny głód. Śniadania nie zjemy w miejscowej Karczmie Łużyckiej, jest jeszcze zamknięta. Postanawiamy więc posilić się w Łęknicy, mieście przy granicy z Niemcami, w okolicach którego i tak chcemy spędzić najbliższych kilka godzin.

Do Łęknicy prowadzi droga krajowa nr 12, a mamy do przejechania nią 7 km. Ruch jest spory. Jedziemy kilka minut i znajdujemy ścieżkę rowerową, więc proponuję, byśmy to właśnie nią dotarli do Łęknicy. Okazuje się, że droga ta prowadzi po nasypie kolejowym po zlikwidowanej linii. Świetne rozwiązanie! Jedynym mankamentem (nieprzewidzianym niestety przez mnie) jest to, że droga do pokonania wydłuża się z 7 do 13 km. Taki urok kolei, że nie zawsze ich trasa była wyznaczana po najkrótszej linii.

Od wczoraj znajdujemy się na terenie Parku Krajobrazowego „Łuk Mużakowa”. Park powstał przede wszystkim po to, by chronić wschodnią część pięknie ukształtowanej moreny czołowej (zwanej także Łużyckim Wałem Granicznym), która zachowała się w całości, stanowiąc unikat na skalę światową. Morena w kształcie łuku, którego ramiona otwarte są w kierunku północnym rozciąga się na granicy Polski i Niemiec. Jej długość to 40 km, odległość między ramionami to 20 km, natomiast szerokość pasma wzniesień, które ją tworzą wynosi od 3 do 5 km. Niemal przez środek moreny przełamuje się graniczna rzeka – Nysa Łużycka. Opisany twór geologiczny powstał ok. 450 tys. lat temu podczas zlodowacenia skandynawskiego.

Na terenie parku występują deniwelacje (różnice wysokości) rzędu ok. 100 m. Najwyższym punktem po stronie polskiej jest bezimienne wzgórze na północny-wschód od Żarek Wielkich, 178,8 m n.p.m., i drugie w obszarze na północ od Nowych Czapli – 182,8 m n.p.m. W południowej części Łuku Mużakowa znajduje się ścieżka geoturystyczna „Dawna Kopalnia Babina”. Jej start to mijana przez nas miejscowość Nowe Czaple. Kusi nas, by na jej terenie zwiedzić eksploatację węgli brunatnych oraz iłów ceramicznych, która na skalę przemysłową prowadzona była tutaj w latach 1920-1973. Jednak coraz większa ochota na ciepłą jajecznicę zniechęca nas, by zrobić dodatkowe 5 km. Szkoda…

W końcu wjeżdżamy do Łęknicy (niem. Lugknitz, łuż. Wjeska, 1945-46 Lubanica). Miasto, a wygląda jak wieś. Zabudowy miejskiej trudno uświadczyć. Znajdujemy pierwszy lokal gastronomiczny – Bar Dana przy ulicy Dworcowej. Jajecznica na boczku smakuje wyśmienicie, do tego przeogromna bułka i herbata. Po 6 nadplanowych kilometrach jedynie dosyć długie oczekiwanie na zamówione śniadanie trochę nas irytuje.

Ruszamy dalej. W planach zwiedzanie Parku Mużakowskiego. Opis ze strony: „Park Mużakowski, inaczej Park Muskau, która to nazwa jest jego nazwą historyczną, został założony w 1. połowie XIX w. Twórcą parku – pomysłodawcą i autorem koncepcji – był pruski arystokrata, właściciel lokalnych dóbr, książę Hermann von Pückler-Muskau. To jedno z najrozleglejszych historycznych założeń parkowych w Europie, w którym zrealizowany został program kompozycyjny krajobrazowego parku angielskiego, należy do najwybitniejszych osiągnięć europejskiej sztuki ogrodowej.

Dzisiaj przez Park Mużakowski przebiega korytem Nysy Łużyckiej polsko-niemiecka granica. Jego obszar, obejmujący łącznie przeszło 700 ha, podzielony jest asymetrycznie rzeką pomiędzy niemiecki Bad Muskau i polską Łęknicę. Po niemieckiej stronie znajduje się centralna część założenia z głównymi budynkami, ogrodami i pleasuregroundem (ok. 1/3 historycznej kompozycji), po polskiej zaś rozległy naturalistyczny park (ok. 500 ha). Obie części łączą dwa mosty parkowe, Most Podwójny oraz Most Angielski.

Park Mużakowski, wpisany w malowniczą scenerię doliny Nysy Łużyckiej, to swoiste połączenie natury oraz sztuki ogrodniczej. To precyzyjnie przemyślana kompozycja, łącząca elementy naturalne i kulturowe. Dziś intryguje tych, którzy jeszcze go nie znają i zachwyca tych, którzy go już odkryli – bowiem podziwiane parkowe obiekty i miejsca to precyzyjnie dobrane składniki wyimaginowanego świata, to opowieść o pięknie, którą chce nam przekazać jej twórca. W 2004 r. Park Mużakowski został uznany za dobro Światowego Dziedzictwa UNESCO.”

Bad Muskau - tuż za polską granicą

Bad Muskau – tuż za polską granicą

Tyle opis. My przekraczamy granicę starym przejściem i mamy wrażenie, że trafiamy do innego świata. Bad Muskau (Mużaków; górnołużyckie Mužakow lub Kupjel Mužakow) jest zadbane, nie ma żadnych billboardów, ani też natrętnych reklam. Architektura jest kolorystycznie stonowana i schludna. Wjazd do Niemiec w Bad Muskau jest przyjemnością. Co innego wjazd do Polski w Łęknicy. Wita nas bazar miejski „Manhattan”. Wrażenie mamy takie, jak byśmy wjeżdżali do Azji.

Łęknica - tuż za niemiecką granicą

Łęknica – tuż za niemiecką granicą

"Manhattan" Łęknica - foto ze strony Urzędu Miasta Łęknica

„Manhattan” Łęknica – foto ze strony Urzędu Miasta Łęknica

Rozpoczynamy zwiedzanie parku. Podjeżdżamy do byłego folwarku zamkowego. Parkujemy rowery przy kawiarni i udajemy się na pieszą wędrówkę. Zabudowania folwarku mieszczą w sobie wypożyczalnię rowerów, miejsca w czterech apartamentach Hotelu Kristall (116 € za osobę), kawiarnię Café Fürst Pückler oraz garncarnię. Mużakowska kamionka przez wieki była wysoce cenioną specjalnością lokalnych rzemieślników.

Kawiarnia w zabudowaniach folwarcznych

Kawiarnia w zabudowaniach folwarcznych

Budynek z pokojami hotelowymi

Budynek z pokojami hotelowymi

Zabudowania gospodarcze folwarku

Zabudowania gospodarcze folwarku

Stamtąd udajemy się do serca Parku Mużakowskiego – Nowego Zamku, wzniesionego w XVI w. Pückler planował przebudować go w stylu klasycystycznym wspólnie z architektem Karlem Friedrichem Schinkelem. Jednak z braku pieniędzy nic z tego nie wyszło. Zamiast tego następcy Pücklera nadali budowli wygląd w stylu neorenesansu. Wspaniały. W 1945 roku zamek został spalony przez wojska sowieckie, a w 1995 roku został rozpoczęty jego remont. Efekt prac jest oszałamiający.

Miejsca wypoczynkowe obok Nowego Zamku

Miejsca wypoczynkowe obok Nowego Zamku

Widok na wejście do Nowego Zamku

Widok na wejście do Nowego Zamku

Otwarta przestrzeń przed zmkiem

Otwarta przestrzeń przed zamkiem

Estetyczny sposób przekazania informacji turysycznej

Estetyczny sposób przekazania informacji turysycznej

Schloss Cafe czyli Kawiarnia Zamkowa zauroczyła nas. Możliwość płatności w złotówkach, obsługa w języku polskim, czysto, pachnąco, świeże kwiaty na każdym stoliku, a do tego wystrój zrobiony ze smakiem. I wcale niedrogo: Latte Macchiato z dodatkiem bezalkoholowego syropu Amaretto 3,40 €, podwójne Espresso 3,90 €, szarlotka na ciepło z lodami waniliowymi i bitą śmietaną 3,70 €, makowiec 3,00 €. Zdecydowanie polecamy.

Nasze niemieckie śniadanie - szarlotka i late

Nasze niemieckie śniadanie – szarlotka i latte

Makowiec i espresso

Makowiec i espresso

Po kawiarnianych słodkościach udajemy się na zwiedzanie parku. Wygląda zachwycająco. Można by spacerować po nim godzinami. Tak też czynimy, bo to dla nas sama przyjemność. W końcu jednak, po dłuższej przechadzce, postanawiamy odpocząć i na północnej rubieży parku znajdujemy ławkę. Rozciąga się  z niej widok na przepływającą w dole rzekę oraz na polską część parku. Tak odpoczywamy około godziny. To czas spędzony na rozmyślaniu: „skąd przybyliśmy, po co jesteśmy i dokąd zmierzamy”.

Miejsce dumania nad Nysą Łużycką - w tle Most Angielski

Miejsce dumania nad Nysą Łużycką – w tle Most Angielski

Kolejny punkt naszej wycieczki to Rynek w Bad Muskau. Jest niewielki, ale bardzo zadbany. Pozytywnie zaskakują mnie nazwy ulic, które zapisane są w dwóch językach: niemieckim i łużyckim. Zastanawiam się przez chwilę, czy w Mużakowie mieszkają Łużyczanie, którzy używają swojego narodowego języka. Zwiedzamy też Stary Zamek, a następnie odbieramy rowery i jedziemy na polską stronę, aby obejrzeć wiadukt w tej części parku.

Dwujęzyczne tabliczki

Dwujęzyczne tabliczki

Jeść. Tak trzeba coś zjeść. Wczoraj nie udało nam się posmakować wytworów tutejszej pizzerii (była zamknięta), więc zamierzamy zrobić to dziś. Przy zamówieniu prosimy o wymianę składnika na jednej z pizz. Pani przy kasie ochoczo notuje i przyjmuje zamówienie. Druga pani (zapewne ważniejsza) stwierdza, że wymiana jednego składnika na drugi kosztuje dodatkowo 2,5 zł. Hmmm… ręce opadają, nawet nie chce nam się kłócić. Dzicz, jakieś bezcywilizacyjne tereny, barbarzyńcy, Azja… nie to tylko Pizzeria Miro w Łęknicy. Zamawiamy jedzenie. Niczego nie urywa, na szczęście. Pizzeria mieści się w budynku Ośrodka Kultury, Sportu i Rekreacji. Na terenie przyległym do OKSiRu zostały ustawione tablice informacyjne dotyczące Parku Krajobrazowego, a także różnego rodzaju bogactwa naturalne, jakie były eksploatowane na jego terenie.

Tablice informacyjne - nie obyło się bez błędów

Tablice informacyjne – nie obyło się bez błędów

Jeden z opisów dotyczących Parku Krajobrazowego "Łuk Mużakowa"

Jeden z opisów dotyczących Parku Krajobrazowego „Łuk Mużakowa”

Przed odjazdem zatrzymujemy się jeszcze na popołudniową kawę w „Restauracji Mużakowskiej”  mieszczącej się w Hotelu Mużakowskim. Mam szczególną ochotę na kawę po turecku. Nie ma jej w menu, ale pytam kelnerkę czy jest możliwość jej przyrządzenia. Za chwilę upragniona kawa jes już na moim stoliku. I bardzo pozytywne zaskoczenie: tak pysznej dawno nie piłem.

Przy kawie, pod restauracyjnymi parasolami, przeczekujemy drobny deszcz i decydujemy się na powrót. Podczas odpinania rowerów zaczepia nas turystyczna rodzina z Niemiec, którą intryguje kolorystyka mojego roweru. Bardzo im się podoba i są ciekawi czy to malowanie to mój pomysł. Niestety muszę ich rozczarować informując, że rower jest w spadku po ojcu i nie wiem czy malunek jest oryginalny.

W końcu wyruszamy w drogę powrotną do Buczyn. Jedziemy przez park wzdłuż Nysy Łużyckiej. Szlak prowadzi nas do Żarek Wielkich, które do 1945 nazywały się z niemiecka Groß-Särchen. W Żarkach Wielkich urodził się Gustaw Teodor Fechner (1801-1887) – znany filozof i twórca psychologii doświadczalnej. Również z Żarkami związany był Krabat, legendarny obrońca Łużyczan, który miał tutaj swój folwark.

Dziś przejechane 26,6 km.

13 (27) – Szczun Na Śląsku – „Dzień IV – Rowerami z Zielonej Góry do Zielonej Góry”

Po wczorajszym deszczu nie ma ani śladu. Nie ma oszałamiającej letniej pogody, ale czuć, że już za chwilę, już za momencik będzie upalnie. Z drugiej strony, jak o wpół do ósmej ma być upalnie. Dziwny ten urlop, gdy mam możliwość pospania bardzo długo, a zrywam się wcześnie. Podobno starzy ludzie wcześnie wstają – może coś w tym jest 😉

Rankiem wypoczywamy: śniadanie, kawa, relaks na dworze. Dziś przed nami trasa trochę inna, niż wyznaczona wcześniej. Zmiana ta dotyczy przejazdu nad autostradą. Pierwotnie mieliśmy przejechać nad nią w drodze do Czyżówka w okolicach Iłowy. Jednak nasza trasa uległa skróceniu i mapa „podpowiada” teraz, że najlepszym miejscem na pokonanie autostrady będzie odcinek pomiędzy Drozdowem a Bogumiłowem. Dziś trasa wiejska, żadnego miasta po drodze.

Agroturystyka w Jankowej Żagańskiej

Agroturystyka w Jankowej Żagańskiej

Trasa czwarta (pełna): Jankowa Żagańska – Mirostowice Dolne – Stawik – Mirostowice Górne – Drozdów – Bogumiłów – Janików – Łuków – Niwica – Gniewoszyce – Buczyny.

Po porannym leniuchowaniu w końcu podejmujemy decyzję, którą podjąć musimy: ruszamy w drogę. Przez chwilę wracamy wczorajszą trasą do Mirostowic Dolnych. Skręcamy na zachód i w tym kierunku będziemy podążać dziś cały czas. W przeważającej większości będzie to rowerowy czerwony szlak o nazwie „Pętla Łużycka”, wytyczony w ramach programu „Przygoda z Nysą”. Trasa wiedzie drogami o różnej nawierzchni. Pojawiają się drogi boczne asfaltowe, ale są również i polne oraz leśne. Momentami jedziemy nawet wąskimi ścieżynami. Ale to na szczęście tylko kilkaset metrów niezbyt wygodnej drogi, częściowo podmokłej. W Mirostowicach Górnych tradycyjnie uzupełniamy zapas śliwek, oczywiście z drzew rosnących przy drodze, w żadnym wypadku z tych rosnących na czyjejś działce.

Darmowe zapasy śliwek

Darmowe zapasy śliwek

Zatrzymujemy się na kawę. Tym razem wybieramy zabytkowy „Dworek Bogumiłów”, malownicze gospodarstwo agroturystyczne (oddalone o 11 km na południowy-zachód od Żar) z restauracją urządzona w stylu myśliwskim, serwująca m.in. potrawy z dziczyzny. Skąd akurat taki rodzaj menu? A to wszystko przez pasję myśliwską właściciela. Dzięki niemu organizowane są tutaj Hubertusy. Zabytkowy Dworek znajduje się na Szlaku Konnym Borów Dolnośląskich. Znajduje się tu okazała stadnina koni, odbywają się zawody jeździeckie, można także pojeździć konno i przejechać się bryczką. Bardzo sympatyczne miejsce. Dla nas idealne na chwilę odpoczynku.

Dworek Bogumiłów

Dworek Bogumiłów

Uwaga, podobno pluje

Uwaga, podobno pluje

Lubisz to ośle

Lubisz to ośle

Trasa prowadzi nas dalej na zachód do miejscowości Janików. Specyficzny klimat – mało zabudowań, a jeśli już się jakieś pojawiają, to sprawiają wrażenie opuszczonych. Niektóre z nich mają w sobie, przynajmniej na pierwszy rzut oka, duży potencjał. Przez krótką chwilę w głowie kiełkuje mi myśl, że to idealne miejsce, aby kiedyś założyć tam gospodarstwo agroturystyczne. Gospodarstwo ukierunkowane na hodowlę… konopi indyjskich. Pyszny pomysł 😀

Im dalej na zachód, tym bardziej uwidacznia się jak na dłoni nazwa dzień wcześniej odwiedzonego muzeum w Żarach. Pogranicze śląsko-łużyckie otacza nas zewsząd. Jedziemy drogą, która jest granicą pomiędzy dwoma gminami – Lipinkami Łużyckimi (na północy) i Przewozem (na południu). Tereny te były przez setki lat pograniczem miedzy Wolnym Państwem Stanowym Żary – Trzebiel  (Łużyce) i Księstwem Żagańskim (Śląsk). Nasza trasa usłana jest dziesiątkami kałuż, które powstały po wczorajszych intensywnych opadach deszczu. Nie ryzykujemy ich przejeżdżania i omijamy je. Mamy już małe błotne doświadczenie z wczoraj 😉

Gdy jesteśmy w Łukowie zaczyna grzmieć. Nie zrażamy się jednak burzowymi odgłosami i jedziemy dalej. Ale niezbyt długo. Docierając do kolejnej miejscowości, Niwicy (do 1945 niem. Zibelle, łużycka nazwa Cybalin), nie pozostaje nam nic innego, jak skryć się w miejscowym sklepie. Znów pada niemiłosiernie. Ale na szczęście nie mokniemy. Uzupełniamy cukier czekoladowymi batonikami i czekamy, aż pogoda się poprawi, by pokonać kolejne kilometry. Ekspedientka naszego „schronu” nie jest zbyt chętna, byśmy przechowali rowery w przejściu prowadzącym do sklepu. Kręci nosem, ale ostatecznie zgadza się, byśmy wprowadzili. Ale tylko jeden. Więc mój moknie. Na szczęście sakwa jest wodoodporna, uff.

Gdy przestaje mocno padać wyruszamy dalej. Mijamy tablicę upamiętniającą żyjącego w Zibelle, i tam również zmarłego, Waltera Hermanna Nernsta – niemieckiego fizyka i chemika, laureata Nagrody Nobla z chemii w 1920 roku.

W rowerowym planie na dziś pozostają nam jeszcze dwa punkty: Gniewoszyce i Buczyny. Do tych pierwszych znów jedziemy czerwonym szlakiem rowerowym – tym razem jego północną częścią. Trasa wiedzie brukowaną drogą. Zaskakujące jest to, że większość domów w tej małej miejscowości jest na sprzedaż. Zaczyna siąpić coraz mocniej, a my mamy przed sobą ostatnie kilka kilometrów. Znów lasem i znów przez kałuże.

W końcu Buczyny. Zmęczeni, ale zadowoleni trafiamy do miejsca naszych dwóch kolejnych noclegów. To Ośrodek Kultury Łużyckiej. Na miejscu jest Muzeum Etnograficzne oraz Karczma Łużycka. Rezerwację robiłem trzy tygodnie wcześniej, wczoraj ją potwierdziłem, czyli nie powinno być żadnego problemu. Ale okazuje się, że jednak jest. Pani obsługująca karczmę musi zadzwonić do szefa, aby się dowiedzieć, co i jak, bo sama nie bardzo orientuje się, gdzie dokładnie mamy spać. Tak, jest dla nas pokój, płatny z góry, 40 zł za osobę za noc. Cena podana na stronie internetowej wynosi 25 zł, ale to przy większej ilości noclegów. Jak zawsze, ale to już wiedziałem wcześniej. Odpinam sakwy, zanoszę je do pokoiku na poddaszu, najważniejsze że jest on z łazienką.

Ale z zimną wodą. Nie pozostaje nic innego, jak znów iść zasięgnąć języka do Pani z karczmy. No i już wiem, ciepła woda będzie za chwilę. Owa chwila wydłuża się do 20 minut. Czyli jakieś 40 od naszego przyjazdu. A przecież wczoraj potwierdzałem nasz przyjazd, eh… No cóż, brudni po podróży czekamy na ciepłą wodę, podziwiając nasz pokój. Wzrok przyciągają sztuczne kwiaty, odbiornik radiowy bez pokrętła umożliwiającego wybór stacji i niezbyt ciekawe wyposażenie. Estetyka powalająca. Lubię etnografię, skanseny i całą otoczkę związaną z tym tematem, ale na razie nie jest przekonująco.

W końcu schodzimy zjeść ciepły posiłek. Kierujemy się do wspomnianej wcześniej Karczmy Łużyckiej, bo będąc w takim miejscu, grzechem byłoby tu nie zajrzeć i nie zjeść jakiegoś specjału kuchni. Wystrój wnętrza jest ciekawy, trochę rustykalny, klimat jest wiejski i swojski. Ciepła temu miejscu nadają drewniane ściany i sufit.

W środku Karczmy Łużyckiej w Buczynach

W środku Karczmy Łużyckiej w Buczynach

Otrzymujemy menu ze zdjęciami potraw i z naklejkami informującymi o cenach (w złotówkach i euro). Pojawia się właściciel całego obiektu, który pełni również rolę gospodarza. Zagaduję go o potrawy, o to, co najlepsze w kuchni, w końcu o to, co typowo łużyckiego poleca z menu. Właściciel informuje nas, że kuchnia łużycka była biedna, mało urozmaicona, ale poleca nam „Schab po łużycku”, który okazuje się niczym innym, jak porcją mięsa z grzybami w panierce. W czasie oczekiwania na obiad gospodarz proponuje nam degustację domowego, robionego przez siebie, destylatu z winogron. Bardzo smaczny i aromatyczny.

Domowy destylat - to co tygrysy lubią najbardziej

Domowy destylat – to co tygrysy lubią najbardziej

Zamówiony specjał okazuje się porażką. Użyte w nim grzyby to zielonki, niestety bardzo słabo wypłukane. Ziarna piasku rysując nam szkliwo zębów, wydają piskliwe dźwięki. Zjadamy tylko sałatki i frytki. Zawstydzony tym kulinarnym faux pas, gospodarz proponuje, abyśmy za danie nie płacili. Gest miły, ale mimo wszystko mały niesmak pozostaje.

Lubimy wino domowej roboty

Lubimy wino domowej roboty

Nienajedzeni do syta wracamy do pokoju. Pod wieczór robimy się coraz bardziej głodni, wyruszamy więc znaleźć we wsi sklep spożywczy. Nie ma żadnego. Szukamy więc innego sposobu, by w końcu napełnić nasze żołądki. Na szczęście zasięg w tym miejscu jest całkiem dobry, więc wyszukujemy w internecie najbliższe pizzerie z dowozem do klienta. Jedna (w Łęknicy) w poniedziałki zamknięta, druga (w Trzebielu) nie dysponuje dziś samochodem dostawczym. Masakra. Ale nie poddajemy się. Po krótkim namyśle postanawiamy wsiąść na rowery i podjechać do najbliższego miejsca, gdzie na pewno będzie coś do jedzenia późnym wieczorem. Wybieramy odległy o 4,5 km Trzebiel, bo dedukujemy, że miejscowość, ze względu na przebiegającą przez nią drogę krajową nr 12 oraz, na północ od wsi, autostradę, musi mieć jakąś stację benzynową. Bingo! Jest nawet lepiej niż zakładaliśmy, bo bok stacji benzynowej wciąż czynny jest bar/restauracja. Tortilla jest pyszna i okazuje się wybawieniem. Najedzeni i zadowoleni wracamy do skansenu.

Razem przejeżdżamy tego dnia 45 km.

12 (26) – Szczun Na Śląsku – „Dzień III – Rowerami z Zielonej Góry do Zielonej Góry”

Nie ma czajnika, ani elektryczngo, ani też zwykłego tradycyjnego, a bufet w „Młynówce” zamknięty, ze względu na to, że jakaś firma wynajęła go na dziś na szkolenie. Nie możemy sobie zaparzyć porannej kawy. Jak żyć?

Śniadanie powstałe z wczorajszych zakupów smakuje nam wyśmienicie. Ale coś jest nie tak. Gdzie jest kawa? No nie ma. Pakujemy nasze sakwy na rowery i ruszamy w trasę.

Pakowanie sakw przed "Młynówką"

Pakowanie sakw przed „Młynówką”

Trasa III: Żagań – Żary – Czyżówek.

Takie mamy założenia. Do przejechania około 40 km. Znająć życie (to jest dwa dni na rowerze) i tak trzeba będzie dołożyć co najmniej 15%. Po godzinie jedenatej ruszamy przed siebie. Parkiem Pałacowym docieramy na Rynek. Hmmm, to może w końcu ta upragniona kawa? O tak! Po kilku minutach pedałowania zatrzymujemy się, aby wypić nasz ulubiony napój (a może to piwo, a może wino jest ulubionym?!? – nieważne).

Jest niedzielne południe drugiego sierpnia. Żar z nieba leje się niesaowity (w końcu jedziemy do Żar), jest jeszcze bardziej duszno niż wczoraj. Siadamy na zewnątrz „Cali Cafe” i rozkoszujemy się kawą. Jeszcze na dobre nie rozpoczęliśmy dzisiejszej podróży, a już się rozpieszczamy. Ale należy nam się. Po niecałej godzinie postanawiamy opuścić Żagań, a zarazem na chwilę Dolny Śląsk.

Szeroka leśna droga do wsi Siodło

Szeroka leśna droga do wsi Siodło

Udajemy się w stronę Żar, czyli na historyczne Łużyce. Najpierw przejeżdżamy nad Bobrem, później nad Czarną i po chwili wjeżdżamy w las. Obieramy odpowiedni azymut i szeroką leśną drogą kierujemy się na zachód. Granica pomiędzy dwoma regionami znajduje się  tuż za Żaganiem. Po drodze znów udaje nam się zaopatrzyć w odpowiedni kukurydziany prowiant.

Kukurydziany prowiant

Kukurydziany prowiant

Nie niepokojeni przez żadne samochody, po pewnym czasie docieramy do wsi Siodło. Za Wikipedią to „Stara wieś łużycka, wzmiankowana w 1260 roku. W rozplanowaniu jest mała, zwarta, wielodrożnica, z zabudową z przełomu XIX-XX wieku (dwa domy z XVIII-XIX wieku) oraz ruinami cegielni. Nadal czyny jest tu XIX-wieczny cmentarz. W XV wieku wieś należała do Ragewitzów, później była wsią domenalną.” Opis encyklopedyczny opisem encyklopedycznym, nam wioska bardzo się podoba. Ładnie położona w obniżeniu, czysta, cicha i bardzo urokliwa.

We wsi Siodło

We wsi Siodło

Starą brukowaną drogą udajemy się w kierunku Kunic. Dawniej były to Kunice Żarskie, a jeszcze wcześniej Kunzendorf. Ale to przed wojną. Obecnie jest to dzielnica Żar, kiedyś miasto (od 1969 do 1973), a wcześniej wieś.

Od Kunic do centrum Żar biegnie droga rowerowa (oddana do użytku 3 lipca tego roku) z bardzo przyjemnymi i praktycznymi miejscami do postoju. Jak się później okaże, takich miejsc w całym powiecie żarskim jest zdecydowanie więcej. Samorządowcy postawili tu na turystykę, a wszytko to w ramch projektu „Przygoda z Nysą – zagospodarowanie turystyczne pogranicza polsko-niemieckiego” (http://www.przygodaznysa.eu). Brawo!

Miejsce odpoczynku przy trasie rowerowej

Miejsce odpoczynku przy trasie rowerowej

W końcu docieramy do centrum miasta, którego nazwa (Zara) pojawia się pierwszy raz w roku 1007 w kronice Thietmara . Jest i rynek. Ho ho!… całkiem ładny, duży i zadbany. Naszą uwagę przykuwa ciekawa forma fontanny oraz kolorowe i bardzo zadbane kwiaty wokół. Postanawiamy więc skusić się na pstryknięcie kilku fotek na tym tle. W centralnym punkcie umiejscowiony jest ratusz, który wraz z odrestaurowanymi, niezbyt wysokimi kamienicami tworzy ciekawą i spójna całość. Napawając się tym obrazem, przysiadamy w rynkowej kawiarni na kolejną kawę. Tym razem mrożoną w „Passion Cafe” (9,50 zł za sztukę).

Rynek w Żarach

Rynek w Żarach

Ratusz w Żarach

Ratusz w Żarach

Kompleks pałacowo-zamkowy

Kompleks pałacowo-zamkowy

Rozleniwiamy się, a pogoda coraz bardziej męcząca, W powietrzu czuć nadchodzącą burzę. Jednak nie przeszkadza to nam, aby się rozlokować w parku. Prawdziwy piknik: koc, książka, coś do przegryzenia, mapy, by sprawdzić dalszą trasę i lenistwo. W końcu musimy się ruszyć. Ja nie odpuszczam tego, aby wstąpić choć na chwilę do Muzeum Pogranicza Śląsko-Łużyckiego (Ziemia Lubuska – phi, A CO TO?). Wstęp za darmo, nieczynne w poniedziałki, ekspozycja mała, ale ciekawa. Świetna makieta średniowiecznego miasta oraz bardzo ciekawe zbiory map (http://www.muzeumzary.pl).

Bez zakłamania   :)

Bez zakłamania 🙂

Przed burzą udaje się nam skryć na przystanku autobusowym, a raczej w jego wiacie. Gdybyśmy dojechali chwilę później, bylibyśmy przemoczeni do suchej nitki. Laje niemiłosiernie. Tak spędzamy kolejne pół godziny. Ale będzie przynajmniej co wspominać 😉

Burza w Żarach

Burza w Żarach

Ulewa powoli mija, więc w końcu jedziemy dalej. Tym razem leśnymi drogami, które po oberwaniu chmury naszpikowane sa licznymi, momentami dosyć głębokimi, kałużami. Musimy więc byc czujni, by nie wylądować w którejs z nich. Udaje nam sie to prawie idealnie. Prawie, bo okazuje się później, że nasze sakwy, łydki i tylne części ubrań „ozdobione” są błotnistymi kropkami. Ale znów będzie przynajmniej co wspominać.

Ponownie wjeżdżamy do Kunic, by za chwilę dotrzeć do kolejnej miejscowości na trasie – Mirostowic Dolnych. I znów delikatny deszcz. Mijammy granicę powiatu żarskiego i po raz kolejny znajdujemy się na Dolnym Śląsku. Gdy Wjeżdżamy do miejscowości Jankowa Żagańska pada juz coraz bardziej. Dochodzimy do wniosku, że przy tych niezbyt sprzyjających warunkach pogodowych, nie ma sensu się męczyć na rowerach. Upatrujemy więc z oddali pierwszy budynek we wsi. To niedokończony jeszcze dom, który na nasze szczęście ma już połóżony dach. Chronimy się w nim przed deszczem i zjadamy pozostałe jeszcze zapasy kukurydzy.

Z naszej kryjówki dzwonimy do właścicela kolejnego gospodarstwa agroturystycznego z Czyżówka z informacją, że zostało nam już tylko 10 kilometrów do celu i z pewnością już niedługo dotrzemy na miejsce. Wydaje nam się, że deszcz powoli ustaje, więc najedzeni ruszamy dalej. Jednak odczucie deszczu podczas jazdy na rowerze jest zgoła inne niż podczas stania. Skręcamy w lewo i nagle, niczym cud, wyłania się szyld „Agroturystyka Krystyna”. Dochodzimy do wniosku, że dalsza podróż tego dnia może być uciążliwa, więc natychmiast decydujemy się zmienić plany i zadzwonić pod wskazany na reklamie numer. Bingo! Mamy duże szczęście. Miły, żeński głos w słuchawce oznajmia, że jeśli chcemy zostać na jedną noc, to nie ma żadnego problemu. Gorzej byłoby, gdybyśmy decydowali się na dłuższy pobyt – wtedy nie byłoby dla nas miejsc – zajęliby je pracownicy pobliskiego zakładu. Uff…Wprowadzam więc nasze „rumaki” do środka budynku. Gdy już zdejmuje sakwy z rowerów, okazuje się, że  zaopatrzenie nas w prowiant w jedynym sklepie we wsi, zostało już dokonane. Cud kobieta :* . W agroturystyce czysto, schludnie, a co  najważniejsze sucho i ciepło. Cena 50 zł od osoby za nocleg. I wino po całym dniu w nagrodę. Trochę czuję się niezręcznie, że odwołuję nasz przyjazd do Czyżówka. Ale kiedyś na pewno tam jeszcze pojedziemy.

Łącznie znów przejechane 32 km. Zasypaimy zadowoleni.