25 (39) – Szczun Na Śląsku – „Korona Polski – Gołębia (2/16)”

Szczyt Gołębia (Góra Żarska)

Powiedzieliśmy „Śnieżka”, trzeba powiedzieć „B”. Dwa tygodnie wcześniej rozpoczęliśmy zdobywanie Korony Polski. Na pierwszy rzut poszła Śnieżka. Teraz postanowiliśmy zdobyć najbliżej znajdujący się od naszego miejsca zamieszkania szczyt, będący najwyższym punktem województwa lubuskiego. Z Zielonej Góry do Żar jest około 40 km.

Nasza przygoda rozpoczęła się jednak od małej niemiłej niespodzianki. Nasz „Bączek” stwierdził, że nie ma zamiaru po nocnych przymrozkach odpalać i nigdzie nie jedzie. Wystarczyło jednak krótkie wzięcie go na „pych” i się udało. Mogliśmy ruszać. Po drodze miałem czas, by zastanowić się czy to akumulator, czy też rozrusznik niedomaga. Z początku sądziłem, że akumulator, jednak im dłużej jechaliśmy, tym bardziej rozrusznik wydawał być się winowajcą. No cóż, trzeba pojechać do lekarza i będzie znów wydatek.

W końcu dotarliśmy do Żar. A następnie, przez miejscowości Olbrachtowice i Łaz, po około 40 minutach, dojechaliśmy do celu. Ba, dojechaliśmy… prawie na szczyt! Samo dojście od auta na sam szczyt zajęło nam około 10 sekund 😉

Gołębia (Góra Żarska)

Gołębia (Góra Żarska) – tutaj jest najwyższy punkt województwa

Sama Gołębia (potocznie zwana Górą Żarską) to wzniesienie o wysokości 226,9 m n.p.m. położone na Wale Trzebnickim, w pasie Wzniesień Żarskich. Znajduje się w powiecie żarskim, na terenie gminy wiejskiej Żary, ok. 2,5 km na południe od samych Żar. Jest porośnięta lasem, zaś na samym szczycie stoi przeciwpożarowa wieża obserwacyjna. Nazwa Gołębia ustawowo została nadana w 1954 roku.

Wzniesienia Żarskie to morena czołowa powstała w okresie zlodowacenia środkowopolskiego. Stanowią zachodnią część Wału Trzebnickiego. Na południu graniczą z Borami Dolnośląskimi. Wał Trzebnicki zaś to pas wzniesień morenowych ukształtowany w okresie zlodowacenia środkowopolskiego. Rozciąga się od Ostrowa Wielkopolskiego na wschodzie po Łęknicę na zachodzie. Ogranicza od północy Nizinę Śląską.

Teren, na którym się znajdowaliśmy, posiada kilka nazw: Żarski Las, Zielony Las lub Żarskie Wzgórza.

Przeciwpożarowa wieża obserwacyjna

Przeciwpożarowa wieża obserwacyjna

Wieża obserwacyjna to smukła metalowa konstrukcja, jak większość obecnie wież przeciwpożarowych. Zbudowano ją w połowie lat osiemdziesiątych XX wieku i ma 32 metry wysokości. Wcześniej w tym miejscu stała wieża drewniana.

Przyszli zdobywcy Korony Polski na wieży

Przyszli zdobywcy Korony Polski na wieży

W niedalekiej odległości od najwyższego szczytu znajdują sie dwie wieże, które są zdecydowanie bardziej atrakcyjne. Pozwolę sobie opis tej i następnej wieży zaczerpnąć ze strony www.zielony-las.pl

Widok w kierunku południowym z wieży obserwacyjnej

Widok na Zielony Las w kierunku południowym z wieży obserwacyjnej

Pierwsza z nich to Wieża Promnitza z XIX wieku, położona na wschód od Gołębiej, w odległości dziesięciominutowego spaceru.

Wieża Promnitza

Wieża Promnitza

Towarzystwo Upiększania Miasta Żary w 1865 roku podjęło inicjatywę budowy wieży widokowej, która miała służyć turystom i umożliwiać obserwację panoramy południowej części Wzniesień Żarskich oraz Borów Dolnośląskich. Można dzięki temu punktowi obserwacyjnemu przy bezchmurnej pogodzie zobaczyć Karkonosze i Góry Izerskie. Kamienna wieża zbudowana na planie kwadratu o boku 4,70 i wysokości 15 metrów, której budulcem były polodowcowe kamienie, nazwana została „Blockhaus, Aussichturm”. Dziś mówi się o niej jako o wieży myśliwskiej, ceglanej lub czerwonej. W jej bezpośredniej okolicy wyrastają stare, okazałe buczyny i podgórski krajobraz.

Druga wieża to Wieża Bismarcka z początku XX wieku.

Wieża Bismarcka

Wieża Bismarcka

Największym budowniczym tej kamiennej wieży, zwanej przed 1945 rokiem wieżą Bismarcka, jest żarska sekcja Towarzystwa Karkonoskiego, która wspólnie z wieloma sympatykami Zielonego Lasu w 1915 roku rozpoczęła budowę obiektu. Wieża nigdy jednak nie została dokończona. Powodem tego były dwie wojny światowe, a co za tym idzie, brak środków finansowych. Była ona budowana w oparciu w składki społeczne. Bryła wieży została zbudowana z cegły i słusznej wielkości bloków granitowych, będących licem wieży. Największe pomieszczenie, z przeznaczeniem pierwotnym na salę pamięci, znajduje się w dolnej części budynku. Wyżej znajdowało się pomieszczenie ochronne dla strażnika wieży oraz drugie z którego można było wejść na wieżę. Po południowej stronie znajdowały się kamienne schody prowadzące na pierwsze piętro. Ich granitowe, szerokie resztki możemy znaleźć do dziś. Wieża planowo miała mieć 42 metry wysokości (część kamienna do 39 metra posiadała 214 schodków). Końcowy jej fragment zakończony był platformą widokową z balustradą, nad którą znajdowała się jeszcze drewniana wieżyczka obserwacyjna o wys. 2,75 m. Po wojnie służyła leśnikom jako wieża obserwacyjna do oceny zagrożenia pożarowego, ale wspominano także przepiękny, malowniczy widok jaki roztaczał się z jej szczytu. Niedaleko wieży, na wschód od niej, w odległości kilkudziesięciu metrów znajduje się pomnik leśniczego Eberta z pierwszej połowy XX wieku.

Planowanie budowy za www.bismarcktuerme.de

18.11.1908 odbyło się w Żarach zebranie, na którym omawiano plan wzniesienia Wieży Bismarcka. W tym celu powołano prowizoryczny komitet budowy. W dniu 20.11.1908 zwołano jawne zgromadzenie, którego zadaniem była koordynacja w planowaniu projektu wieży. Mimo niewielkiej frekwencji, zaproponowano prezydentowi regencji patronat nad przedsięwzięciem. Powołano oficjalny komitet, składający się z przedstawicieli władzy okolicznych miejscowości oraz powiatu.

W miejscowej prasie (Sorauer Tagesblatt) opublikowano streszczenie protokołu z posiedzenia. Kilku wybranych członków nie zgadzało się z treścią publikacji i oświadczyło wystąpienie z komitetu. Wydawało się, że projekt budowy wieży spalił na panewce.

Podczas obrad rady powiatu w Żarach w dniu 28.03.1913 omawiano sprawę budowy Wieży Bismarcka w Żarskim Lesie, na grzbiecie wzniesień (niemiecka nazwa Rückenberg, 226m n.p.m.). Środki na budowę wieży pochodziły ze spadku po zmarłym fabrykancie Teodorze Frenzelu, które przekazał jego syn, fabrykant Georg Frenzel. Rada powiatu oświadczyła, że powiat Żary przejmie pieczę nad wieżą po jej wybudowaniu.

W celu budowy wieży w roku 1913 utworzono zarejestrowane stowarzyszenie pod przewodnictwem nadleśniczego R. Eberta.

Budowa wieży finansowana była głównie ze spadku w wysokości 30 000 marek. Pozostałe środki pozyskano dzięki apelowi w Sorauer Tagesblatt. Całkowity koszt budowy wynosił szacunkowo ok. 50.000 marek (wg innego źródła 140 000 marek).

Prace budowlane

Projekt wieży był dziełem mistrza murarskiego z Żar Fritza Schuberta, który wykonał prace murarskie przy wieży. Budowę Wieży Bismarcka rozpoczęto w środę, 01.04.1914 na wzniesieniu Rückenberg w Żarskim Lesie (geograficznie najwyższym wzniesieniu Marchii Brandenburskiej).

Królewski nadleśniczy Ebert z Żar w imieniu Lasów Państwowych przekazał komitetowi plac budowy. Landrat von Bredow przejął plac budowy i wykonał symboliczne wbicie łopaty w ziemię. Termin uroczystego otwarcia wieży wyznaczono na dzień 01.04.1915.

W czerwcu 1914 prace przy budowie wieży ustały z powodu strajku murarzy i cieśli. Ze względu na wybuch I wojny światowej w dniu 01.08.1914 wieża wybudowana była do wysokości 25 m (projekt przewidywał wysokość 42 m lub 48 m). Podwalina wieży na planie prostokąta wzniesiona była z czerwonej palonej cegły, olicowana polnymi kamieniami na dole.

Opis wieży (planowanej wieży widokowej)

Wysoka na 25 m budowla planowana była pierwotnie jako wieża widokowa z instalacją ogniową i nie została nigdy ukończona.

Dwubiegowe schody zewnętrzne prowadziły do wejścia położonego wyżej, przez które można było się udać do izby pamięci zwieńczonej krzyżowym sklepieniem. Do izby pamięci przylegał bufet i pomieszczenie przeznaczone dla strażnika.

Przy wejściu znajdować się miały jednobiegowe schody, prowadzące do schodów wejściowych z 214 stopniami, którymi można było wejść na platformę widokową z misą ogniową. Na wysokości 30 m planowane było główne wyjście na zewnątrz z obejściem wokoło. Tutaj miały znajdować się ośmiokątne okna widokowe. Według projektu wznosić się miały powyżej cztery masywne siedmiometrowe kamienne kolumny. Ostatnie wyjście zaplanowano na wysokości 39 m. Na nadbudówce o wysokości 2,75 m, znajdującej się na głowicy wieży, przewidziano instalację misy ogniowej.

Historia wieży

Po 01.08.1914 budowla pozostawała w stanie niedokończonym. Wieża pozostawała niezadaszona, przez co przez wiele dziesięcioleci była bezpośrednio narażona na wpływ warunków atmosferycznych. Budowla nie była wykorzystywana ani jako wieża widokowa, ani jako kolumna ogniowa.

Już w roku 1945 wyrwano granitowe kamienie ze schodów zewnętrznych.

W połowie lat 70-tych dobudowano na szczycie wieży drewniane rusztowanie w celu obserwacji przeciwpożarowych.

W lipcu 1991 budowla znajdowała się stanie ruiny (brakowało schodów wewnętrznych, schody zewnętrzne zostały całkowicie zniszczone, wieża na górze była otwarta).

W maju 2002 usunięto drewnianą nadbudówkę.

W czerwcu 2011 budowla była w stanie całkowitej ruiny.

Stara pocztówka z Sorau z widocznymi opisywanymi wieżami - zdjęcie ze strony dolny-slask.org.pl (http://dolny-slask.org.pl/3982995,foto.html?idEntity=526899)

Stara pocztówka z Sorau z widocznymi opisywanymi wieżami – zdjęcie ze strony dolny-slask.org.pl (http://dolny-slask.org.pl/3982995,foto.html?idEntity=526899)

Po godzinnym spacerze po wróciliśmy do auta i pojechaliśmy do Żar. Na kawę. Chcieliśmy odwiedzić kawiarnię, w której byliśmy półtora roku temu podczas naszej rowerowej wyprawy po południu województwa lubuskiego.

Niestety okazało się, że miejsce kawiarni zajął lokal z burgerami, który podczas naszej ostatniej bytności w Żarach znajdował się o dwa numery dalej. Nie pozostało nam nic innego, jak znaleźć inne miejsce. Padło na „Restaurację Lew”. Kawa latte, herbata orzechowa, herbata cytrusowa-korzenna oraz szarlotka na ciepło umiliły nam ostatnie chwile wizyty na Łużycach.

18 (32) – Szczun Na Śląsku – „Gwiazdor, a nie Święty Mikołaj!”

Gwiazdor, a nie Święty Mikołaj!

Popkultura zabija tradycję. Bez dwóch zdań. Prezenty w Wiglię nie przynosi Święty Mikołaj. Tym bardziej nie ten z reklamy Coca-Coli. U nas prezenty przynosił Gwiazdor. I mam nadzieję, że będzie je przynosił nadal.

Za poznańską wikią:
„Gwiazdor – występująca w tradycji wielkopolskiej (oraz na Kujawach, Kaszubach i Kociewiu) postać karząca i nagradzająca dzieci upominkami po spożyciu wieczerzy wigilijnej i wspólnym kolędowaniu.

Strój
Gwiazdor ubrany jest w kożuch przepasany rzemieniem, futrzaną czapkę, twarz zakryta maską (dawniej zamiast niej używano sadzy). Jego nieodzownymi atrybutami są dzwonek, kij lub rózga oraz worek z prezentami.

Postaci Gwiazdora nie należy mylić ze Św. Mikołajem, którego tradycja również występuje w Wielkopolsce, jest jednak związana z dniem 6 grudnia.

Etymologia
Etymologicznie nazwa Gwiazdor związana jest luźno z grupami kolędników (tzw. gwiazdorów) chodzących po wielkopolskich wsiach już na początku XIX wieku.”

gwizador_kolednicy

gwizador i kolednicy

żródło zdjęcia: http://poznan.wikia.com/wiki/Gwiazdor?file=Gwiazdor_kol%25C4%2599dnicy.jpg

Najwcześniejsze moje wspomnienie związane ze Świętami Bożego Narodzenia to te, kiedy chowałem się pod stołem. Miałem wtedy cztery lata. A stół mieliśmy w domu wielki. Bałem się rózgi, gdyż nie byłem za bardzo grzecznym dzieckiem. Później się też dowiedziałem od rodziców, że ów Gwiazdor był trochę pijany. Ale nie wiem, czy ten fakt był przyczyną mojej ucieczki pod  stół.

Więc zapamiętajcie, że w Wielkopolsce, na Kujawach, Kaszubach i Kociewiu osobą obdarzającą prezentami nie jest Mikołaj, lecz Gwiazdor. Dziad w baranicy i futrzanej czapie, który nie tylko obdarowuje, ale i karze niegrzeczne maluchy rózgą. Zaś w Polsce, w różnych regionach kraju, różne osoby przekazują prezenty.

Witold Przewoźny z poznańskiego Muzeum Etnograficznego wyjaśnia. „- W Wielkopolsce jest to właśnie Gwiazdor, na Śląsku – Józef, w Małopolsce – Gwiazdka, zaś na Łużycach – Dzieciątko – Byli to przebrani wieśniacy, odgrywający role „postaci z zaświatów”, które chodziły w czasie Bożego Narodzenia po domach, obdarowując i karząc dzieci, które ich wyczekiwały, jednocześnie się ich obawiając – wyjaśnia. Wielkopolscy Gwiazdorzy zawsze odwiedzali domy w towarzystwie innych postaci – np. z aniołem i diabłem.”

A mnie zdarzyło się, że kiedyś wraz z kolegami, pewnego dnia a raczej wieczoru, byliśmy kolędnikami i z tego co pamiętam odgrywałem postać diabła. 🙂

17 (31) – Szczun Na Śląsku – „Dzień VII – Rowerami z Zielonej Góry do Zielonej Góry”

Tak wcześnie jak dziś jeszcze nigdy, w czasie naszej wyprawy, nie wyjechaliśmy z miejsca noclegowego. Do tej pory celebrowaliśmy ten moment. Przeciągaliśmy go: najpierw śniadanie, ewentualnie kawa i ostanie zerknięcie na agroturystyczną bazę. Tym razem chcemy być już w trasie jak najszybciej.

Trasa VII: Czarnowice – Gubin – Maszewo – Marcinowice

Droga w kierunku Gubina jest dość dobrze utrzymana, ale i dość mocno uczęszczana przez kierowców. Dojeżdżamy do drogi krajowej nr 32 – liczyłem na obecność jakiejś stacji benzynowej przy skrzyżowaniu z naszą drogą numer 286. Zamiast tego znajdujemy informację o nieodkrytym przez nas wczoraj „Łowisku” w Czarnowicach.

Szczun - tym razem na Łużycach

Szczun – tym razem na Łużycach

Po kilkunastu minutach jesteśmy w centrum Gubina (w języku niemieckim Guben, po dolnołużycku Gubin). Rozsiadamy się w ogródku Restauracji Tercet i zamawiamy śniadanie. Jajecznica i herbata. Jesteśmy głodni, więc zjadamy ze smakiem. Po zakończonym posiłku reguluję rachunek i płacę 34 zł. Dopiero po pewnym czasie dochodzi do mnie, że według cennika dwie jajecznice plus dwie herbaty to cena 26 zł. Zapewne zostały także doliczone do rachunku: plasterki cytryn, skibki chleba, masło, a może i nawet cukier. Cóż, „taki mamy klimat”.

Tablica informacyjna dotycząca ratusza

Tablica informacyjna dotycząca ratusza

Opis kościoła farnego za kratami

Opis kościoła farnego za kratami

Zaczynamy zwiedzać miasto. Pierwsza wzmianka o nim pochodzi z 1211 roku z dokumentu Henryka Brodatego. Historyczne centrum Gubina znajduje się po stronie polskiej. W czasie II wojny światowej miasto zostało bardzo dotkliwie zniszczone. Walki trwały od lutego do kwietnia 1945 roku. Bardzo dobitnie o intensywności walk mogą świadczyć ruiny kościoła farnego. Konsekwencją zapisów mocarstwowych był podział miasta na część niemiecką i polską, czyli efekt granicy państwowej na Nysie Łużyckiej.

Ratusz w Gubinie

Ratusz w Gubinie

Stojak dla prasy - ach te zboczenie zawodowe

Stojak dla prasy w Guben – ach te zboczenie zawodowe

Oglądamy dokładnie ratusz, po czym postanawiamy wybrać się na niemiecką stronę miasta na kawę. Wrażenie znów mamy takie, że po przekroczeniu mostu granicznego jest ładniej, czyściej, bardziej schludnie. Idziemy deptakiem przez miasto i trafiamy do kawiarni, w której jest sporo klientów. Na moje pytanie, czy możemy płacić w złotówkach (zadane oczywiście moją bezbłędną niemczyzną 🙂 ), pada szybka odpowiedź „Nein”. Nie, to nie. ChWWD Niemiaszki. Postanawiamy spróbować w jeszcze jednym lokalu naszego kawowego szczęścia. Przy deptaku znajdujemy małą kawiarenkę ze stolikami i krzesłami wystawionymi na zewnątrz. W środku tylko para emerytów. Właściciel na pytanie o złotówki najpierw kręci trochę nosem, ale w końcu się zgadza. Zaznacza jednak przy tym, że dobrze, gdybyśmy zapłącili odliczoną kwotę, bo bedzie miał problem z wydaniem reszty. Tak przynajmniej zrozumiałem :). Całkiem smaczną kawę wypijamy z przyjemnością, delektując się jednoczesnie piękną pogodą. Koszt dwóch kaw w Guben to 4,2 Euro. Wręczam właścicielowi 20 zł i w odpowiedzi pada „To za duże”. Co tam, niech znają Niemcy nasz gest.

No to niemiecka kawusia

No to niemiecka kawusia

Ruiny Fary widoczne od strony Niemiec

Ruiny Fary widoczne od strony Niemiec

Postanawiamy wrócić do Polski. Schodzimy po schodach na bulwar, jak najbliżej rzeki, by sprawdzić czy woda jest mokra i przy okazji odczytać zaznaczone miarką na murze na odpowiednich wysokościach najwyższe stany wód podczas powodzi.

Tabliczki informujące o poziomie wody podczas powodzi

Tabliczki informujące o poziomie wody podczas powodzi

Małym mostem dostajemy się na Wyspę Teatralną. W XIX w zbudowano na niej wg projektu Oskara Titza teatr, mogący pomieścić 750 widzów i ściągający do Gubina najwybitniejszych artystów ówczesnej Europy. Teatr spłonął doszczętnie w 1946 r. Jego świetność przypominają jedynie kamienne schodki, prowadzące niegdyś do głównego wejścia oraz resztki kolumn zdobiących kiedyś fasadę budynku. Obecnie wyspa jest pięknym terenem spacerowym, chętnie odwiedzanym przez polskie i niemieckie rodziny, a usytuowana na stałe scena jest miejscem występów zespołów muzycznych, grup tanecznych i folklorystycznych.

Granica. Po prawej Polska, po lewej Niemcy.

Granica. Po prawej Polska, po lewej Niemcy.

Ruiny amfiteatru na Wyspie Teatralnej

Ruiny amfiteatru na Wyspie Teatralnej

Żużlowi kibice :)

Żużlowi kibice 🙂 – wszędzie są.

Wałęsamy się jeszcze chwilę po mieście, po czym wyjeżdżamy na północ w kierunku Kosarzyna. Trasa wiedzie cały czas nową drogą rowerową, wybudowaną z dotacji unijnych. Za miejscowością Żytowań (niem. Seitwann, łuż. Žytowań) wjeżdżamy na teren Krzesińskiego Parku Krajobrazowego. Strona Zespołu Parków Krajobrazowych Województwa Lubuskiego podaje interesujące informacje:

„Park został utworzony w 1998 r. Jego powierzchnia wynosi ponad 8,5 tys. ha i położony jest na terenie 3 gmin: Cybinka, Gubin i Maszewo. Park obejmuje tereny pradoliny Odry (25-kilometrowy fragment, w tym 10-kilometrowy odcinek graniczny) oraz ujściowy fragment koryta rzeki Nysy Łużyckiej. Oprócz Nysy Łużyckiej na terenie Parku do Odry uchodzi Łomianka. Przyległe do obu dolin rzecznych wysokie terasy, porośnięte są borami sosnowymi i wznoszą się miejscami na ponad 30 m nad poziom rzeki.
Charakterystyczną cechą Parku jest duży udział w jego powierzchni użytków zielonych, położonych na terasie zalewowej pradoliny Odry. Najcenniejszym obszarem Krzesińskiego Parku Krajobrazowego jest zalewany okresowo polder przeciwpowodziowy Krzesin-Bytomiec. Przy wezbraniu wody na rzece Odrze powyżej stanów średnich następuje stopniowe podtapianie i zalewanie polderu, poczynając od miejsc najniżej położonych (wokół Jeziora Krzesińskiego) po łąki i pastwiska leżące w dalszej, wschodniej części polderu. Duże obszary okresowo zalewanych lub podmokłych łąk stwarzają odpowiednie warunki bytowania dla wielu gatunków zwierząt.”

Bardzo ciekawa trasa, górki i dołki. Jedzie się spokojnie, bezpiecznie i przyjemnie. Przejeżdżamy przez Kosarzyn (niem. Kuschern, łuż. Kóšarnja), miejscowość położoną nad jeziorem Borek – atrakcją wypoczynkowo–turystyczną oraz wędkarską. W rejonie Kosarzyna od 1991 roku nastąpiło intensywne wiercenie i wydobycie ropy naftowej. Wydobywano tutaj codziennie około 66 000 litrów ropy.

Zatrzymujemy się na obiad i małą kawę w ośrodku wypoczynkowym „Nad Borkiem” . Tak, to był dobry pomysł. Pogoda wciąż dopisuje, nie możemy więc nie skorzystać z okazji i postanawiamy wykąpać się w jeziorze. I to znów jest dobry pomysł. Mile spędzonych kilkadziesiąt minut.

Plaża na jeziorem w Kosarzynie

Plaża nad jeziorem w Kosarzynie

Uświadamiam sobie, że właśnie jesteśmy najbliżej Ziemi Lubuskiej w czasie całej naszej wyprawy. To sto kilkadziesiąt metrów na północny-zachód, tam, gdzie Nysa Łużycka wpada do Odry. Pokrzepiony tym faktem dalszą trasę pokonuję z wielką przyjemnością 🙂 Mijamy miejscowość Łomy (niem. Lahmo, łuż. Łomy). To bardzo urokliwa stara wioska, w której większość budowli pochodzi z XIX w.

Droga znów wiedzie przez las. Zastanawiamy się, czy burza nas dopadnie, czy też uda nam się dojechać do następnej miejscowości i gdzieś skryć. Dojeżdżamy do Chlebowa (niem. Niemaschkleb, dolnołużycki Namašklěb), które w latach 1945-1953 nosiło nazwę dokładnie przetłumaczoną z łużyckiego, czyli Niemaszchleba. Do historii przeszła skarga mieszkańców wioski z 1664 r., gdy parafianie miejscowego kościoła ewangelickiego żądali od władcy Saksonii Christiana odprawiania nabożeństw w języku słowiańskim. Jedziemy starą brukowaną drogą – co wcale nie jest dla nas przyjemnością.

Przeprawa promowa

Przeprawa promowa w Połęcku

Na promie

Na promie

W drodze na przeprawę promową przez Odrę mijamy wiele kałuż. Musiało niedawno mocno padać. Potwierdzają to panowie obsługujący prom. Na szczęście więc tym razem udało nam się uniknąć burzy. Czekamy chwilę na odbicie od brzegu i tym faktem żegnamy się z Łużycami. Witaj Śląsku, Dolny Śląsku. Po chwili jesteśmy już w Połęcku. Pokonujemy ostry podjazd pod górę i tym samym opuszczamy Dolinę Odry. Po wjeździe na skarpę jesteśmy w Maszewie. Chcemy coś koniecznie zjeść. Liczę na jakiś bar, w końcu to miejscowość, która jest siedzibą gminy. Nic z tego. Po tym, jak okazuje się, że na żadną jadłodajnię nie mamy co liczyć, jedzeniowy prowiant kupujemy w miejscowym spożywczaku. Po szybkim posiłku krótki remont rowerowego bagażnika i pędzimy dalej.

Przed nami jeszcze dwie miejscowości i jesteśmy u celu. Dwie miejscowości, ale całkiem sporo kilometrów, bo około 10. Cały czas jedziemy przez las, a Osiecznica wciąż jakoś nie chce się pojawić. W końcu przed nami droga krajowa nr 29. Spory ruch na niej, ale nie mamy wyjścia, musimy tędy jechać. Na szczęście niedługo. W Osiecznicy wjeżdżamy na ścieżkę rowerową. Trochę niepokoi nas widok, jaki mamy przed sobą. Nie, to nie może być podjazd. Nie teraz. Mamy przecież przejechane 49 km. Uspokajam nas, że ta przerażająco stroma droga to tylko złudzenie optyczne. Nie było. Na sam koniec przyjdzie nam podjeżdżać pod górę. Masakra. Ale dajemy radę i w końcu jesteśmy na miejscu.

Marcinowice i agroturystyka „Jurewiczówka” , która przywitała nas małym zgrzytem. Po przedstawieniu się i poinformowaniu, że mamy właśnie w tym miejscu nocleg (zamówiony oczywiście dużo wczśniej), dowiadujemy się, że nie ma żadnych wolnych miejsc. Zonk. Właścicielka idzie jednak sprawdzić, co i jak, po czym wraca do nas po kilku minutach z informacją, że jednak nie dogadała się z mężem i czeka na nas zamówiony pokój. Najlepszy pokój, jaki udało nam się do tej pory dostać. Schludny, czysty, pachnący. Tak samo w łazience. W końcu udaje nam się trafić na świetne miejsce. I to na ostatni nasz nocleg. Świetna nagroda na koniec wyprawy, super!!!

Prysznic i idziemy coś zjeść. Właściciele polecają lokal, który znajduje się kilkaset metrów od ich agroturystyki. Restauracja Bajka okazuje się strzałem w dziesiątkę. Jedzenie pyszne, swojskie, a porcje przeogromne! Aż nie chce nam się wychodzić. Po wypiciu schłodzonego piwa, tak dobroczynnego na zakwasy, wracamy do „Jurewiczówki” na zasłużony sen. Zasłużony, gdyż w nogach 51 kilometrów.

16 (30) – Szczun Na Śląsku – „Dzień VI – Rowerami z Zielonej Góry do Zielonej Góry”

Czas opuścić miejsce naszych dwóch noclegów. Na zakończenie pobytu w Buczynach zwiedzamy skansen. W końcu. W pierwszej chacie znajduje się przeogromna kolekcja starych sprzętów z wielu różnych dziedzin życia codziennego.

Drugie okno na poddaszu po lewej to nasz pokój

Drugie okno na poddaszu po lewej to nasz pokój

Informacyjny misz-masz przed wjazdem

Informacyjny misz-masz przed wjazdem

Skansen i zebrane w nim urządzenia - kolejne zdjęcia także.

Skansen i zebrane w nim urządzenia – kolejne zdjęcia także.

Historia w języku łużyckim

Chyb a komuś coś się uroiło

Chyb a komuś coś się uroiło

SAM_1017_tonemapped

Historyjka w języku łużycki - bardzo podobny do polskiego

Historyjka w języku łużycki – bardzo podobny do polskiego

SAM_1013_tonemapped

SAM_1011_tonemapped

SAM_1010_tonemapped

W drugiej chacie przedstawione jest typowe wyposażenie łużyckiej chaty. Na terenie skansenu znajduje się także mini-zwierzyniec, który zamieszkują dziki, kucyki, bażanty, króliki, owce i kozły.

SAM_1029_tonemapped

SAM_1030_tonemapped

SAM_1031_tonemapped

SAM_1032_tonemapped

SAM_1034_tonemapped

Mam ambiwalentne odczucia co do tego terenu. Z jednej strony cieszy fakt, że takie miejsce jest, że gromadzone są przez właścicieli przedmioty związane z Łużycami i Serbołużyczanami. Z drugiej strony widać, że brakuje pieniędzy, konsekwencji, ale chyba najbardziej pomocy urzędników. Samo założenie skansenu to trochę za mało, choć zebranie pieniędzy na ten cel to już wielkie wyzwanie. O kolekcję trzeba jeszcze zadbać –  to zwykle staje się zbyt trudne dla prywatnego właściciela, jeśli ma się tylko kilka rąk z rodziny do pracy. Przez to wnętrza chat robią nieco przygnębiające wrażenie. Tyle przemyśleń.

Pogoda od rana była niezbyt ciekawa, jednak w czasie zwiedzania skansenu wypogodziło się i mamy bardzo dobre warunki do jazdy.

Przed nami trasa dnia szóstego:  Buczyny – Trzebiel – Tuplice – Brody – Czarnowice.

W końcu wyjeżdżamy. Po chwili znów znajdujemy się na trasie rowerowej (szlaku górniczo-kolejowym), która wiedzie byłą linią kolejową. Mieliśmy okazję jechać nią już wczoraj. Nadal jesteśmy mile zaskoczeni infrastrukturą turystyczną: wiatami, planami, nawet znakami informacyjnymi. Na drogowych przejazdach pozostawiono szyny, zapewne ze względu na oszczędności przy projekcie, jednak widok jest bardzo przyjemny i przypomina o pierwotnym znaczeniu trasy, którą jedziemy.

Trasa rowerowa po byłej linii kolejowej

Trasa rowerowa po byłej linii kolejowej

Mijamy Trzebiel (tuż po wojnie Trebuła, nazwa niemiecka Triebel, dolnołużycka Trjebule lub Trjebul, w latach 1945-46 Trąby), czyli miejsce naszej zbawiennej kolacji sprzed dwóch dni, i przejeżdżamy pod autostradą. Chwilę później zjeżdżamy z byłej linii kolejowej i skracamy dojazd do kolejnej miejscowości – Tuplic. Wieś licząca 1500 mieszkańców, stanowiąca siedzibę gminy (3300 mieszkańców). Zatrzymujemy się, aby chwilę odpocząć. Szukamy miejsca, gdzie moglibyśmy napić się kawy. W okolicach urzędu gminy pustki. Miejscowa pizzeria jeszcze zamknięta. Cóż, pozostaje nam posilić się kanapkami i kontynuować trasę.

Wiata turystyczna

Wiata turystyczna

Opis trasy kolejowo-górniczej

Opis trasy kolejowo-górniczej

Ruszamy dalej w kierunku miejscowości Brody, do której prowadzi nas dalej szlak kolejowo-górniczy. Biegnie on po nowo powstałej drodze leśnej na długości około 16 km. Szeroki i wysypany tłuczniem. Jechało się nim świetnie przez całą długość. Mały wyjątek stanowił podjazd przed Brodami. Kamienie były zbyt duże nawet dla opon w moim rowerze. Rozwiązaniem było podprowadzenie naszych „pożeraczy przestrzeni” kilkadziesiąt metrów pod górkę. Następnie zjazd po kocich łbach i jesteśmy w Brodach (niem. Pförten).

Brama Zasiecka w Brodach

Brama Zasiecka w Brodach

Barokowy układ urbanistyczny z XVIII wieku, który zachował się do dziś, składa się z pałacu, oficyny, kościoła, Bramy Zasieckiej i kilkunastu domów. Wart uwagi jest także przypałacowy park pełen niezwykle rzadkich okazów drzew i krzewów rosnących nad jeziorem.

Zniszczony pałac w Brodach

Zniszczony pałac w Brodach

Do byłego miasta prowadziła od zachodu Brama Zasiecka, którą przejeżdżamy. Widok bardzo ciekawy, ale sama wieś wygląda opłakanie. Opłakanie wyglądają ruiny pałacu, który jest obecnie remontowany. Najwspanialszy okres rozwoju Brody przeżywały w XVIII wieku, gdy właścicielem miasta został hrabia Henryk von Brühl – Minister Skarbu Dworu Saskiego. W roku 1790 ówczesny pan na Brodach i Forście, wieloletni starosta Warszawy, generał artylerii koronnej Alojzy Fryderyk von Brühl, odznaczony przez króla polskiego Stanisława Augusta Poniatowskiego orderem „Orła Białego”, wyreżyserował w parku w Brodach plenerową sztukę Szekspira pt. „Sen nocy letniej”. Wydarzenie odbiło się echem w Europie. Bajkowych scen dostarczył brodzki park.

Oficyna przypałacowa

Oficyna przypałacowa

W restauracji, mieszczącej się w jednej z dwóch przypałacowych oficyn, zamawiamy kawę, której brak w naszych żyłach coraz bardziej dawał się we znaki. Przeglądamy menu: ceny niemieckie, błędy językowe i ortograficzne, po prostu słabo. Po kawie postanawiamy pospacerować trochę po parku.

Dalszą część trasy pokonujemy drogami asfaltowymi, na których na szczęście ruch samochodowy jest niewielki. Znów zaopatrujemy się w zapas kukurydzy. Mijamy Datyń, Koło i Jasienice. Wjeżdżamy na drogę drugorzędną nr 286. Ta trasa prowadząca do Gubina jest już dość mocno uczęszczana przez auta. W Stargardzie Gubińskim dokonujemy zakupów obiadowo-kolacyjnych i w końcu docieramy do miejsca naszego kolejnego noclegu, do Czarnowic.

Jak się później okazało, wieś powinna się nazywać „Czarnowidzę”. Dlaczego? Już piszę.

Trafiamy do miejsca naszego noclegu. Już rzucenie okiem na podwórze daje nam do myślenia. Stare sprzęty, artykuły AGD i inne. Czy to jest punkt skupu złomu? Nie, to tylko noclegi w Czarnowicach. Z pokoju, na drzwiach którego znajduje się tabliczka „Ojciec Dyrektor”, wyłania się najpierw kłęb dymu papierosowego, a później jegomość, który reklamuje przed nami swoją posiadłość. Otrzymujemy pokój czteroosobowy. Równie dobrze moglibyśmy dostać każdy inny, bo oprócz nas nie ma tam żywej duszy. Rowery wstawiam do pokoju, bo obawiam się, że w innym miejscu nie byłyby bezpieczne. Jesteśmy skonsternowani, nie mamy ochoty tutaj zostać, bo warunki pozostawiają wiele do życzenia. Z drugiej jednak strony przejechaliśmy prawie 44 km, jesteśmy zmęczeni i brudni i jak zawsze w takiej sytuacji mamy wielką ochotę się odświeżyć. Zmuszamy się więc do tego, aby wziąć prysznic i ruszamy na spacer po wiosce, by jak najmniej czasu spędzić w tym obskurnym budynku.

Nasze miejsce noclegowe mieści się w południowej części wsi, kierujemy się wzdłuż drogi na północ. „Zwiedzamy” miejscowość i po krótkiej wędrówce jesteśmy przy najbardziej wysuniętej na północ posesji. Hmmm…. wracamy. W połowie drogi znajdujemy znak informacyjny „Łowisko” i strzałkę w lewo. Nie mamy nic ciekawszego do robienia, więc postanawiamy iść w tym kierunku. Po kilkuset metrach znów strzałka „Łowisko” i kierunek w prawo. Nie mamy zielonego pojęcia jak daleko owe łowisko się znajduje, więc zawracamy, by zdążyć jeszcze przed osiemnastą odwiedzić sklep spożywczy i zaopatrzyć się w alkoholowe co nieco. Chcemy jak najszybciej zasnąć.

Możemy tylko żałować, że nie dotarliśmy do „łowiska”. Na drugi dzień przy wjeździe do Gubina natrafiliśmy bowiem na reklamę „Folwarku Czarnowice” – łowisko, noclegi, biesiady itd. 😦

Wieczorem udaję się do gospodarza, aby uregulować należne za nocleg. Kwota ustalona na 80 zł za dwie osoby. Otrzymuje fakturę na 90 zł, a ostatecznie płacę 70 zł. Ten bałagan mnie wcale nie dziwi.

Zasypiamy w ubraniach, pod naszym małym kocem. Nie mamy najmniejszej ochoty korzystać z pościeli przygotowanej dla gości.

14 (28) – Szczun Na Śląsku – „Dzień V – Rowerami z Zielonej Góry do Zielonej Góry”

Dzień bez gonienia. Taki mamy właśnie plan. Cały dzień na Park Mużakowski. Nie zmieniamy miejsca noclegu, więc nigdzie nie musimy się spieszyć. Jedyne, co wygania nas z łóżka, to poranny głód. Śniadania nie zjemy w miejscowej Karczmie Łużyckiej, jest jeszcze zamknięta. Postanawiamy więc posilić się w Łęknicy, mieście przy granicy z Niemcami, w okolicach którego i tak chcemy spędzić najbliższych kilka godzin.

Do Łęknicy prowadzi droga krajowa nr 12, a mamy do przejechania nią 7 km. Ruch jest spory. Jedziemy kilka minut i znajdujemy ścieżkę rowerową, więc proponuję, byśmy to właśnie nią dotarli do Łęknicy. Okazuje się, że droga ta prowadzi po nasypie kolejowym po zlikwidowanej linii. Świetne rozwiązanie! Jedynym mankamentem (nieprzewidzianym niestety przez mnie) jest to, że droga do pokonania wydłuża się z 7 do 13 km. Taki urok kolei, że nie zawsze ich trasa była wyznaczana po najkrótszej linii.

Od wczoraj znajdujemy się na terenie Parku Krajobrazowego „Łuk Mużakowa”. Park powstał przede wszystkim po to, by chronić wschodnią część pięknie ukształtowanej moreny czołowej (zwanej także Łużyckim Wałem Granicznym), która zachowała się w całości, stanowiąc unikat na skalę światową. Morena w kształcie łuku, którego ramiona otwarte są w kierunku północnym rozciąga się na granicy Polski i Niemiec. Jej długość to 40 km, odległość między ramionami to 20 km, natomiast szerokość pasma wzniesień, które ją tworzą wynosi od 3 do 5 km. Niemal przez środek moreny przełamuje się graniczna rzeka – Nysa Łużycka. Opisany twór geologiczny powstał ok. 450 tys. lat temu podczas zlodowacenia skandynawskiego.

Na terenie parku występują deniwelacje (różnice wysokości) rzędu ok. 100 m. Najwyższym punktem po stronie polskiej jest bezimienne wzgórze na północny-wschód od Żarek Wielkich, 178,8 m n.p.m., i drugie w obszarze na północ od Nowych Czapli – 182,8 m n.p.m. W południowej części Łuku Mużakowa znajduje się ścieżka geoturystyczna „Dawna Kopalnia Babina”. Jej start to mijana przez nas miejscowość Nowe Czaple. Kusi nas, by na jej terenie zwiedzić eksploatację węgli brunatnych oraz iłów ceramicznych, która na skalę przemysłową prowadzona była tutaj w latach 1920-1973. Jednak coraz większa ochota na ciepłą jajecznicę zniechęca nas, by zrobić dodatkowe 5 km. Szkoda…

W końcu wjeżdżamy do Łęknicy (niem. Lugknitz, łuż. Wjeska, 1945-46 Lubanica). Miasto, a wygląda jak wieś. Zabudowy miejskiej trudno uświadczyć. Znajdujemy pierwszy lokal gastronomiczny – Bar Dana przy ulicy Dworcowej. Jajecznica na boczku smakuje wyśmienicie, do tego przeogromna bułka i herbata. Po 6 nadplanowych kilometrach jedynie dosyć długie oczekiwanie na zamówione śniadanie trochę nas irytuje.

Ruszamy dalej. W planach zwiedzanie Parku Mużakowskiego. Opis ze strony: „Park Mużakowski, inaczej Park Muskau, która to nazwa jest jego nazwą historyczną, został założony w 1. połowie XIX w. Twórcą parku – pomysłodawcą i autorem koncepcji – był pruski arystokrata, właściciel lokalnych dóbr, książę Hermann von Pückler-Muskau. To jedno z najrozleglejszych historycznych założeń parkowych w Europie, w którym zrealizowany został program kompozycyjny krajobrazowego parku angielskiego, należy do najwybitniejszych osiągnięć europejskiej sztuki ogrodowej.

Dzisiaj przez Park Mużakowski przebiega korytem Nysy Łużyckiej polsko-niemiecka granica. Jego obszar, obejmujący łącznie przeszło 700 ha, podzielony jest asymetrycznie rzeką pomiędzy niemiecki Bad Muskau i polską Łęknicę. Po niemieckiej stronie znajduje się centralna część założenia z głównymi budynkami, ogrodami i pleasuregroundem (ok. 1/3 historycznej kompozycji), po polskiej zaś rozległy naturalistyczny park (ok. 500 ha). Obie części łączą dwa mosty parkowe, Most Podwójny oraz Most Angielski.

Park Mużakowski, wpisany w malowniczą scenerię doliny Nysy Łużyckiej, to swoiste połączenie natury oraz sztuki ogrodniczej. To precyzyjnie przemyślana kompozycja, łącząca elementy naturalne i kulturowe. Dziś intryguje tych, którzy jeszcze go nie znają i zachwyca tych, którzy go już odkryli – bowiem podziwiane parkowe obiekty i miejsca to precyzyjnie dobrane składniki wyimaginowanego świata, to opowieść o pięknie, którą chce nam przekazać jej twórca. W 2004 r. Park Mużakowski został uznany za dobro Światowego Dziedzictwa UNESCO.”

Bad Muskau - tuż za polską granicą

Bad Muskau – tuż za polską granicą

Tyle opis. My przekraczamy granicę starym przejściem i mamy wrażenie, że trafiamy do innego świata. Bad Muskau (Mużaków; górnołużyckie Mužakow lub Kupjel Mužakow) jest zadbane, nie ma żadnych billboardów, ani też natrętnych reklam. Architektura jest kolorystycznie stonowana i schludna. Wjazd do Niemiec w Bad Muskau jest przyjemnością. Co innego wjazd do Polski w Łęknicy. Wita nas bazar miejski „Manhattan”. Wrażenie mamy takie, jak byśmy wjeżdżali do Azji.

Łęknica - tuż za niemiecką granicą

Łęknica – tuż za niemiecką granicą

"Manhattan" Łęknica - foto ze strony Urzędu Miasta Łęknica

„Manhattan” Łęknica – foto ze strony Urzędu Miasta Łęknica

Rozpoczynamy zwiedzanie parku. Podjeżdżamy do byłego folwarku zamkowego. Parkujemy rowery przy kawiarni i udajemy się na pieszą wędrówkę. Zabudowania folwarku mieszczą w sobie wypożyczalnię rowerów, miejsca w czterech apartamentach Hotelu Kristall (116 € za osobę), kawiarnię Café Fürst Pückler oraz garncarnię. Mużakowska kamionka przez wieki była wysoce cenioną specjalnością lokalnych rzemieślników.

Kawiarnia w zabudowaniach folwarcznych

Kawiarnia w zabudowaniach folwarcznych

Budynek z pokojami hotelowymi

Budynek z pokojami hotelowymi

Zabudowania gospodarcze folwarku

Zabudowania gospodarcze folwarku

Stamtąd udajemy się do serca Parku Mużakowskiego – Nowego Zamku, wzniesionego w XVI w. Pückler planował przebudować go w stylu klasycystycznym wspólnie z architektem Karlem Friedrichem Schinkelem. Jednak z braku pieniędzy nic z tego nie wyszło. Zamiast tego następcy Pücklera nadali budowli wygląd w stylu neorenesansu. Wspaniały. W 1945 roku zamek został spalony przez wojska sowieckie, a w 1995 roku został rozpoczęty jego remont. Efekt prac jest oszałamiający.

Miejsca wypoczynkowe obok Nowego Zamku

Miejsca wypoczynkowe obok Nowego Zamku

Widok na wejście do Nowego Zamku

Widok na wejście do Nowego Zamku

Otwarta przestrzeń przed zmkiem

Otwarta przestrzeń przed zamkiem

Estetyczny sposób przekazania informacji turysycznej

Estetyczny sposób przekazania informacji turysycznej

Schloss Cafe czyli Kawiarnia Zamkowa zauroczyła nas. Możliwość płatności w złotówkach, obsługa w języku polskim, czysto, pachnąco, świeże kwiaty na każdym stoliku, a do tego wystrój zrobiony ze smakiem. I wcale niedrogo: Latte Macchiato z dodatkiem bezalkoholowego syropu Amaretto 3,40 €, podwójne Espresso 3,90 €, szarlotka na ciepło z lodami waniliowymi i bitą śmietaną 3,70 €, makowiec 3,00 €. Zdecydowanie polecamy.

Nasze niemieckie śniadanie - szarlotka i late

Nasze niemieckie śniadanie – szarlotka i latte

Makowiec i espresso

Makowiec i espresso

Po kawiarnianych słodkościach udajemy się na zwiedzanie parku. Wygląda zachwycająco. Można by spacerować po nim godzinami. Tak też czynimy, bo to dla nas sama przyjemność. W końcu jednak, po dłuższej przechadzce, postanawiamy odpocząć i na północnej rubieży parku znajdujemy ławkę. Rozciąga się  z niej widok na przepływającą w dole rzekę oraz na polską część parku. Tak odpoczywamy około godziny. To czas spędzony na rozmyślaniu: „skąd przybyliśmy, po co jesteśmy i dokąd zmierzamy”.

Miejsce dumania nad Nysą Łużycką - w tle Most Angielski

Miejsce dumania nad Nysą Łużycką – w tle Most Angielski

Kolejny punkt naszej wycieczki to Rynek w Bad Muskau. Jest niewielki, ale bardzo zadbany. Pozytywnie zaskakują mnie nazwy ulic, które zapisane są w dwóch językach: niemieckim i łużyckim. Zastanawiam się przez chwilę, czy w Mużakowie mieszkają Łużyczanie, którzy używają swojego narodowego języka. Zwiedzamy też Stary Zamek, a następnie odbieramy rowery i jedziemy na polską stronę, aby obejrzeć wiadukt w tej części parku.

Dwujęzyczne tabliczki

Dwujęzyczne tabliczki

Jeść. Tak trzeba coś zjeść. Wczoraj nie udało nam się posmakować wytworów tutejszej pizzerii (była zamknięta), więc zamierzamy zrobić to dziś. Przy zamówieniu prosimy o wymianę składnika na jednej z pizz. Pani przy kasie ochoczo notuje i przyjmuje zamówienie. Druga pani (zapewne ważniejsza) stwierdza, że wymiana jednego składnika na drugi kosztuje dodatkowo 2,5 zł. Hmmm… ręce opadają, nawet nie chce nam się kłócić. Dzicz, jakieś bezcywilizacyjne tereny, barbarzyńcy, Azja… nie to tylko Pizzeria Miro w Łęknicy. Zamawiamy jedzenie. Niczego nie urywa, na szczęście. Pizzeria mieści się w budynku Ośrodka Kultury, Sportu i Rekreacji. Na terenie przyległym do OKSiRu zostały ustawione tablice informacyjne dotyczące Parku Krajobrazowego, a także różnego rodzaju bogactwa naturalne, jakie były eksploatowane na jego terenie.

Tablice informacyjne - nie obyło się bez błędów

Tablice informacyjne – nie obyło się bez błędów

Jeden z opisów dotyczących Parku Krajobrazowego "Łuk Mużakowa"

Jeden z opisów dotyczących Parku Krajobrazowego „Łuk Mużakowa”

Przed odjazdem zatrzymujemy się jeszcze na popołudniową kawę w „Restauracji Mużakowskiej”  mieszczącej się w Hotelu Mużakowskim. Mam szczególną ochotę na kawę po turecku. Nie ma jej w menu, ale pytam kelnerkę czy jest możliwość jej przyrządzenia. Za chwilę upragniona kawa jes już na moim stoliku. I bardzo pozytywne zaskoczenie: tak pysznej dawno nie piłem.

Przy kawie, pod restauracyjnymi parasolami, przeczekujemy drobny deszcz i decydujemy się na powrót. Podczas odpinania rowerów zaczepia nas turystyczna rodzina z Niemiec, którą intryguje kolorystyka mojego roweru. Bardzo im się podoba i są ciekawi czy to malowanie to mój pomysł. Niestety muszę ich rozczarować informując, że rower jest w spadku po ojcu i nie wiem czy malunek jest oryginalny.

W końcu wyruszamy w drogę powrotną do Buczyn. Jedziemy przez park wzdłuż Nysy Łużyckiej. Szlak prowadzi nas do Żarek Wielkich, które do 1945 nazywały się z niemiecka Groß-Särchen. W Żarkach Wielkich urodził się Gustaw Teodor Fechner (1801-1887) – znany filozof i twórca psychologii doświadczalnej. Również z Żarkami związany był Krabat, legendarny obrońca Łużyczan, który miał tutaj swój folwark.

Dziś przejechane 26,6 km.

13 (27) – Szczun Na Śląsku – „Dzień IV – Rowerami z Zielonej Góry do Zielonej Góry”

Po wczorajszym deszczu nie ma ani śladu. Nie ma oszałamiającej letniej pogody, ale czuć, że już za chwilę, już za momencik będzie upalnie. Z drugiej strony, jak o wpół do ósmej ma być upalnie. Dziwny ten urlop, gdy mam możliwość pospania bardzo długo, a zrywam się wcześnie. Podobno starzy ludzie wcześnie wstają – może coś w tym jest 😉

Rankiem wypoczywamy: śniadanie, kawa, relaks na dworze. Dziś przed nami trasa trochę inna, niż wyznaczona wcześniej. Zmiana ta dotyczy przejazdu nad autostradą. Pierwotnie mieliśmy przejechać nad nią w drodze do Czyżówka w okolicach Iłowy. Jednak nasza trasa uległa skróceniu i mapa „podpowiada” teraz, że najlepszym miejscem na pokonanie autostrady będzie odcinek pomiędzy Drozdowem a Bogumiłowem. Dziś trasa wiejska, żadnego miasta po drodze.

Agroturystyka w Jankowej Żagańskiej

Agroturystyka w Jankowej Żagańskiej

Trasa czwarta (pełna): Jankowa Żagańska – Mirostowice Dolne – Stawik – Mirostowice Górne – Drozdów – Bogumiłów – Janików – Łuków – Niwica – Gniewoszyce – Buczyny.

Po porannym leniuchowaniu w końcu podejmujemy decyzję, którą podjąć musimy: ruszamy w drogę. Przez chwilę wracamy wczorajszą trasą do Mirostowic Dolnych. Skręcamy na zachód i w tym kierunku będziemy podążać dziś cały czas. W przeważającej większości będzie to rowerowy czerwony szlak o nazwie „Pętla Łużycka”, wytyczony w ramach programu „Przygoda z Nysą”. Trasa wiedzie drogami o różnej nawierzchni. Pojawiają się drogi boczne asfaltowe, ale są również i polne oraz leśne. Momentami jedziemy nawet wąskimi ścieżynami. Ale to na szczęście tylko kilkaset metrów niezbyt wygodnej drogi, częściowo podmokłej. W Mirostowicach Górnych tradycyjnie uzupełniamy zapas śliwek, oczywiście z drzew rosnących przy drodze, w żadnym wypadku z tych rosnących na czyjejś działce.

Darmowe zapasy śliwek

Darmowe zapasy śliwek

Zatrzymujemy się na kawę. Tym razem wybieramy zabytkowy „Dworek Bogumiłów”, malownicze gospodarstwo agroturystyczne (oddalone o 11 km na południowy-zachód od Żar) z restauracją urządzona w stylu myśliwskim, serwująca m.in. potrawy z dziczyzny. Skąd akurat taki rodzaj menu? A to wszystko przez pasję myśliwską właściciela. Dzięki niemu organizowane są tutaj Hubertusy. Zabytkowy Dworek znajduje się na Szlaku Konnym Borów Dolnośląskich. Znajduje się tu okazała stadnina koni, odbywają się zawody jeździeckie, można także pojeździć konno i przejechać się bryczką. Bardzo sympatyczne miejsce. Dla nas idealne na chwilę odpoczynku.

Dworek Bogumiłów

Dworek Bogumiłów

Uwaga, podobno pluje

Uwaga, podobno pluje

Lubisz to ośle

Lubisz to ośle

Trasa prowadzi nas dalej na zachód do miejscowości Janików. Specyficzny klimat – mało zabudowań, a jeśli już się jakieś pojawiają, to sprawiają wrażenie opuszczonych. Niektóre z nich mają w sobie, przynajmniej na pierwszy rzut oka, duży potencjał. Przez krótką chwilę w głowie kiełkuje mi myśl, że to idealne miejsce, aby kiedyś założyć tam gospodarstwo agroturystyczne. Gospodarstwo ukierunkowane na hodowlę… konopi indyjskich. Pyszny pomysł 😀

Im dalej na zachód, tym bardziej uwidacznia się jak na dłoni nazwa dzień wcześniej odwiedzonego muzeum w Żarach. Pogranicze śląsko-łużyckie otacza nas zewsząd. Jedziemy drogą, która jest granicą pomiędzy dwoma gminami – Lipinkami Łużyckimi (na północy) i Przewozem (na południu). Tereny te były przez setki lat pograniczem miedzy Wolnym Państwem Stanowym Żary – Trzebiel  (Łużyce) i Księstwem Żagańskim (Śląsk). Nasza trasa usłana jest dziesiątkami kałuż, które powstały po wczorajszych intensywnych opadach deszczu. Nie ryzykujemy ich przejeżdżania i omijamy je. Mamy już małe błotne doświadczenie z wczoraj 😉

Gdy jesteśmy w Łukowie zaczyna grzmieć. Nie zrażamy się jednak burzowymi odgłosami i jedziemy dalej. Ale niezbyt długo. Docierając do kolejnej miejscowości, Niwicy (do 1945 niem. Zibelle, łużycka nazwa Cybalin), nie pozostaje nam nic innego, jak skryć się w miejscowym sklepie. Znów pada niemiłosiernie. Ale na szczęście nie mokniemy. Uzupełniamy cukier czekoladowymi batonikami i czekamy, aż pogoda się poprawi, by pokonać kolejne kilometry. Ekspedientka naszego „schronu” nie jest zbyt chętna, byśmy przechowali rowery w przejściu prowadzącym do sklepu. Kręci nosem, ale ostatecznie zgadza się, byśmy wprowadzili. Ale tylko jeden. Więc mój moknie. Na szczęście sakwa jest wodoodporna, uff.

Gdy przestaje mocno padać wyruszamy dalej. Mijamy tablicę upamiętniającą żyjącego w Zibelle, i tam również zmarłego, Waltera Hermanna Nernsta – niemieckiego fizyka i chemika, laureata Nagrody Nobla z chemii w 1920 roku.

W rowerowym planie na dziś pozostają nam jeszcze dwa punkty: Gniewoszyce i Buczyny. Do tych pierwszych znów jedziemy czerwonym szlakiem rowerowym – tym razem jego północną częścią. Trasa wiedzie brukowaną drogą. Zaskakujące jest to, że większość domów w tej małej miejscowości jest na sprzedaż. Zaczyna siąpić coraz mocniej, a my mamy przed sobą ostatnie kilka kilometrów. Znów lasem i znów przez kałuże.

W końcu Buczyny. Zmęczeni, ale zadowoleni trafiamy do miejsca naszych dwóch kolejnych noclegów. To Ośrodek Kultury Łużyckiej. Na miejscu jest Muzeum Etnograficzne oraz Karczma Łużycka. Rezerwację robiłem trzy tygodnie wcześniej, wczoraj ją potwierdziłem, czyli nie powinno być żadnego problemu. Ale okazuje się, że jednak jest. Pani obsługująca karczmę musi zadzwonić do szefa, aby się dowiedzieć, co i jak, bo sama nie bardzo orientuje się, gdzie dokładnie mamy spać. Tak, jest dla nas pokój, płatny z góry, 40 zł za osobę za noc. Cena podana na stronie internetowej wynosi 25 zł, ale to przy większej ilości noclegów. Jak zawsze, ale to już wiedziałem wcześniej. Odpinam sakwy, zanoszę je do pokoiku na poddaszu, najważniejsze że jest on z łazienką.

Ale z zimną wodą. Nie pozostaje nic innego, jak znów iść zasięgnąć języka do Pani z karczmy. No i już wiem, ciepła woda będzie za chwilę. Owa chwila wydłuża się do 20 minut. Czyli jakieś 40 od naszego przyjazdu. A przecież wczoraj potwierdzałem nasz przyjazd, eh… No cóż, brudni po podróży czekamy na ciepłą wodę, podziwiając nasz pokój. Wzrok przyciągają sztuczne kwiaty, odbiornik radiowy bez pokrętła umożliwiającego wybór stacji i niezbyt ciekawe wyposażenie. Estetyka powalająca. Lubię etnografię, skanseny i całą otoczkę związaną z tym tematem, ale na razie nie jest przekonująco.

W końcu schodzimy zjeść ciepły posiłek. Kierujemy się do wspomnianej wcześniej Karczmy Łużyckiej, bo będąc w takim miejscu, grzechem byłoby tu nie zajrzeć i nie zjeść jakiegoś specjału kuchni. Wystrój wnętrza jest ciekawy, trochę rustykalny, klimat jest wiejski i swojski. Ciepła temu miejscu nadają drewniane ściany i sufit.

W środku Karczmy Łużyckiej w Buczynach

W środku Karczmy Łużyckiej w Buczynach

Otrzymujemy menu ze zdjęciami potraw i z naklejkami informującymi o cenach (w złotówkach i euro). Pojawia się właściciel całego obiektu, który pełni również rolę gospodarza. Zagaduję go o potrawy, o to, co najlepsze w kuchni, w końcu o to, co typowo łużyckiego poleca z menu. Właściciel informuje nas, że kuchnia łużycka była biedna, mało urozmaicona, ale poleca nam „Schab po łużycku”, który okazuje się niczym innym, jak porcją mięsa z grzybami w panierce. W czasie oczekiwania na obiad gospodarz proponuje nam degustację domowego, robionego przez siebie, destylatu z winogron. Bardzo smaczny i aromatyczny.

Domowy destylat - to co tygrysy lubią najbardziej

Domowy destylat – to co tygrysy lubią najbardziej

Zamówiony specjał okazuje się porażką. Użyte w nim grzyby to zielonki, niestety bardzo słabo wypłukane. Ziarna piasku rysując nam szkliwo zębów, wydają piskliwe dźwięki. Zjadamy tylko sałatki i frytki. Zawstydzony tym kulinarnym faux pas, gospodarz proponuje, abyśmy za danie nie płacili. Gest miły, ale mimo wszystko mały niesmak pozostaje.

Lubimy wino domowej roboty

Lubimy wino domowej roboty

Nienajedzeni do syta wracamy do pokoju. Pod wieczór robimy się coraz bardziej głodni, wyruszamy więc znaleźć we wsi sklep spożywczy. Nie ma żadnego. Szukamy więc innego sposobu, by w końcu napełnić nasze żołądki. Na szczęście zasięg w tym miejscu jest całkiem dobry, więc wyszukujemy w internecie najbliższe pizzerie z dowozem do klienta. Jedna (w Łęknicy) w poniedziałki zamknięta, druga (w Trzebielu) nie dysponuje dziś samochodem dostawczym. Masakra. Ale nie poddajemy się. Po krótkim namyśle postanawiamy wsiąść na rowery i podjechać do najbliższego miejsca, gdzie na pewno będzie coś do jedzenia późnym wieczorem. Wybieramy odległy o 4,5 km Trzebiel, bo dedukujemy, że miejscowość, ze względu na przebiegającą przez nią drogę krajową nr 12 oraz, na północ od wsi, autostradę, musi mieć jakąś stację benzynową. Bingo! Jest nawet lepiej niż zakładaliśmy, bo bok stacji benzynowej wciąż czynny jest bar/restauracja. Tortilla jest pyszna i okazuje się wybawieniem. Najedzeni i zadowoleni wracamy do skansenu.

Razem przejeżdżamy tego dnia 45 km.