16 (30) – Szczun Na Śląsku – „Dzień VI – Rowerami z Zielonej Góry do Zielonej Góry”

Czas opuścić miejsce naszych dwóch noclegów. Na zakończenie pobytu w Buczynach zwiedzamy skansen. W końcu. W pierwszej chacie znajduje się przeogromna kolekcja starych sprzętów z wielu różnych dziedzin życia codziennego.

Drugie okno na poddaszu po lewej to nasz pokój

Drugie okno na poddaszu po lewej to nasz pokój

Informacyjny misz-masz przed wjazdem

Informacyjny misz-masz przed wjazdem

Skansen i zebrane w nim urządzenia - kolejne zdjęcia także.

Skansen i zebrane w nim urządzenia – kolejne zdjęcia także.

Historia w języku łużyckim

Chyb a komuś coś się uroiło

Chyb a komuś coś się uroiło

SAM_1017_tonemapped

Historyjka w języku łużycki - bardzo podobny do polskiego

Historyjka w języku łużycki – bardzo podobny do polskiego

SAM_1013_tonemapped

SAM_1011_tonemapped

SAM_1010_tonemapped

W drugiej chacie przedstawione jest typowe wyposażenie łużyckiej chaty. Na terenie skansenu znajduje się także mini-zwierzyniec, który zamieszkują dziki, kucyki, bażanty, króliki, owce i kozły.

SAM_1029_tonemapped

SAM_1030_tonemapped

SAM_1031_tonemapped

SAM_1032_tonemapped

SAM_1034_tonemapped

Mam ambiwalentne odczucia co do tego terenu. Z jednej strony cieszy fakt, że takie miejsce jest, że gromadzone są przez właścicieli przedmioty związane z Łużycami i Serbołużyczanami. Z drugiej strony widać, że brakuje pieniędzy, konsekwencji, ale chyba najbardziej pomocy urzędników. Samo założenie skansenu to trochę za mało, choć zebranie pieniędzy na ten cel to już wielkie wyzwanie. O kolekcję trzeba jeszcze zadbać –  to zwykle staje się zbyt trudne dla prywatnego właściciela, jeśli ma się tylko kilka rąk z rodziny do pracy. Przez to wnętrza chat robią nieco przygnębiające wrażenie. Tyle przemyśleń.

Pogoda od rana była niezbyt ciekawa, jednak w czasie zwiedzania skansenu wypogodziło się i mamy bardzo dobre warunki do jazdy.

Przed nami trasa dnia szóstego:  Buczyny – Trzebiel – Tuplice – Brody – Czarnowice.

W końcu wyjeżdżamy. Po chwili znów znajdujemy się na trasie rowerowej (szlaku górniczo-kolejowym), która wiedzie byłą linią kolejową. Mieliśmy okazję jechać nią już wczoraj. Nadal jesteśmy mile zaskoczeni infrastrukturą turystyczną: wiatami, planami, nawet znakami informacyjnymi. Na drogowych przejazdach pozostawiono szyny, zapewne ze względu na oszczędności przy projekcie, jednak widok jest bardzo przyjemny i przypomina o pierwotnym znaczeniu trasy, którą jedziemy.

Trasa rowerowa po byłej linii kolejowej

Trasa rowerowa po byłej linii kolejowej

Mijamy Trzebiel (tuż po wojnie Trebuła, nazwa niemiecka Triebel, dolnołużycka Trjebule lub Trjebul, w latach 1945-46 Trąby), czyli miejsce naszej zbawiennej kolacji sprzed dwóch dni, i przejeżdżamy pod autostradą. Chwilę później zjeżdżamy z byłej linii kolejowej i skracamy dojazd do kolejnej miejscowości – Tuplic. Wieś licząca 1500 mieszkańców, stanowiąca siedzibę gminy (3300 mieszkańców). Zatrzymujemy się, aby chwilę odpocząć. Szukamy miejsca, gdzie moglibyśmy napić się kawy. W okolicach urzędu gminy pustki. Miejscowa pizzeria jeszcze zamknięta. Cóż, pozostaje nam posilić się kanapkami i kontynuować trasę.

Wiata turystyczna

Wiata turystyczna

Opis trasy kolejowo-górniczej

Opis trasy kolejowo-górniczej

Ruszamy dalej w kierunku miejscowości Brody, do której prowadzi nas dalej szlak kolejowo-górniczy. Biegnie on po nowo powstałej drodze leśnej na długości około 16 km. Szeroki i wysypany tłuczniem. Jechało się nim świetnie przez całą długość. Mały wyjątek stanowił podjazd przed Brodami. Kamienie były zbyt duże nawet dla opon w moim rowerze. Rozwiązaniem było podprowadzenie naszych „pożeraczy przestrzeni” kilkadziesiąt metrów pod górkę. Następnie zjazd po kocich łbach i jesteśmy w Brodach (niem. Pförten).

Brama Zasiecka w Brodach

Brama Zasiecka w Brodach

Barokowy układ urbanistyczny z XVIII wieku, który zachował się do dziś, składa się z pałacu, oficyny, kościoła, Bramy Zasieckiej i kilkunastu domów. Wart uwagi jest także przypałacowy park pełen niezwykle rzadkich okazów drzew i krzewów rosnących nad jeziorem.

Zniszczony pałac w Brodach

Zniszczony pałac w Brodach

Do byłego miasta prowadziła od zachodu Brama Zasiecka, którą przejeżdżamy. Widok bardzo ciekawy, ale sama wieś wygląda opłakanie. Opłakanie wyglądają ruiny pałacu, który jest obecnie remontowany. Najwspanialszy okres rozwoju Brody przeżywały w XVIII wieku, gdy właścicielem miasta został hrabia Henryk von Brühl – Minister Skarbu Dworu Saskiego. W roku 1790 ówczesny pan na Brodach i Forście, wieloletni starosta Warszawy, generał artylerii koronnej Alojzy Fryderyk von Brühl, odznaczony przez króla polskiego Stanisława Augusta Poniatowskiego orderem „Orła Białego”, wyreżyserował w parku w Brodach plenerową sztukę Szekspira pt. „Sen nocy letniej”. Wydarzenie odbiło się echem w Europie. Bajkowych scen dostarczył brodzki park.

Oficyna przypałacowa

Oficyna przypałacowa

W restauracji, mieszczącej się w jednej z dwóch przypałacowych oficyn, zamawiamy kawę, której brak w naszych żyłach coraz bardziej dawał się we znaki. Przeglądamy menu: ceny niemieckie, błędy językowe i ortograficzne, po prostu słabo. Po kawie postanawiamy pospacerować trochę po parku.

Dalszą część trasy pokonujemy drogami asfaltowymi, na których na szczęście ruch samochodowy jest niewielki. Znów zaopatrujemy się w zapas kukurydzy. Mijamy Datyń, Koło i Jasienice. Wjeżdżamy na drogę drugorzędną nr 286. Ta trasa prowadząca do Gubina jest już dość mocno uczęszczana przez auta. W Stargardzie Gubińskim dokonujemy zakupów obiadowo-kolacyjnych i w końcu docieramy do miejsca naszego kolejnego noclegu, do Czarnowic.

Jak się później okazało, wieś powinna się nazywać „Czarnowidzę”. Dlaczego? Już piszę.

Trafiamy do miejsca naszego noclegu. Już rzucenie okiem na podwórze daje nam do myślenia. Stare sprzęty, artykuły AGD i inne. Czy to jest punkt skupu złomu? Nie, to tylko noclegi w Czarnowicach. Z pokoju, na drzwiach którego znajduje się tabliczka „Ojciec Dyrektor”, wyłania się najpierw kłęb dymu papierosowego, a później jegomość, który reklamuje przed nami swoją posiadłość. Otrzymujemy pokój czteroosobowy. Równie dobrze moglibyśmy dostać każdy inny, bo oprócz nas nie ma tam żywej duszy. Rowery wstawiam do pokoju, bo obawiam się, że w innym miejscu nie byłyby bezpieczne. Jesteśmy skonsternowani, nie mamy ochoty tutaj zostać, bo warunki pozostawiają wiele do życzenia. Z drugiej jednak strony przejechaliśmy prawie 44 km, jesteśmy zmęczeni i brudni i jak zawsze w takiej sytuacji mamy wielką ochotę się odświeżyć. Zmuszamy się więc do tego, aby wziąć prysznic i ruszamy na spacer po wiosce, by jak najmniej czasu spędzić w tym obskurnym budynku.

Nasze miejsce noclegowe mieści się w południowej części wsi, kierujemy się wzdłuż drogi na północ. „Zwiedzamy” miejscowość i po krótkiej wędrówce jesteśmy przy najbardziej wysuniętej na północ posesji. Hmmm…. wracamy. W połowie drogi znajdujemy znak informacyjny „Łowisko” i strzałkę w lewo. Nie mamy nic ciekawszego do robienia, więc postanawiamy iść w tym kierunku. Po kilkuset metrach znów strzałka „Łowisko” i kierunek w prawo. Nie mamy zielonego pojęcia jak daleko owe łowisko się znajduje, więc zawracamy, by zdążyć jeszcze przed osiemnastą odwiedzić sklep spożywczy i zaopatrzyć się w alkoholowe co nieco. Chcemy jak najszybciej zasnąć.

Możemy tylko żałować, że nie dotarliśmy do „łowiska”. Na drugi dzień przy wjeździe do Gubina natrafiliśmy bowiem na reklamę „Folwarku Czarnowice” – łowisko, noclegi, biesiady itd. 😦

Wieczorem udaję się do gospodarza, aby uregulować należne za nocleg. Kwota ustalona na 80 zł za dwie osoby. Otrzymuje fakturę na 90 zł, a ostatecznie płacę 70 zł. Ten bałagan mnie wcale nie dziwi.

Zasypiamy w ubraniach, pod naszym małym kocem. Nie mamy najmniejszej ochoty korzystać z pościeli przygotowanej dla gości.

Reklamy