10 (24) – Szczun Na Śląsku – „Dzień I – Rowerami z Zielonej Góry do Zielonej Góry”

No to jedziemy. Wyprawa rowerowa po południowych rejonach województwa lubuskiego. Osiem dni na rowerach. Noclegi w zarezerwowanych wcześniej w Internecie „agoturystykach”.

Skąd pomysł?!? Ot tak, wpadł do głowy. Najpierw chciałem w ciągu dwóch tygodni zrobić samotną, pieszą wyprawę dookoła Ziemi Lubuskiej, zwiedzając miasta i miasteczka w Polsce i w Niemczech, i śpiąc pod namiotem. Jednak w toku rozmów stanęło na tym, że może zrobimy wycieczkę rowerową. Razem. Dlaczego nie?!?

Zadanie pierwsze: kupić rower. Po tygodniu poszukiwań zostało ono wykonane. Zadanie drugie: wymyślić trasę – po jej kilkukrotnej modyfikacji mogłem w końcu powiedzieć: „zadanie wykonane”. Zadanie trzecie: załatwić noclegi – też wykonane. Zadanie czwarte: kupić sakwy i wszelki sprzęt, który może się okazać pomocny w całej wyprawie (zapasowe dętki, zestaw kluczy imbusów, klucze nasadkowe, śrubokręt, itd., itp.) – wykonane.

Nasze pojazdy tuż przed wyprawą

Nasze pojazdy tuż przed wyprawą

Start zaplanowaliśmy na pierwszego sierpnia. Dzień wcześniej zaczęliśmy pakować sakwy. Część strojów potrzebnych na naszą wyprawę jeszcze schła, dopiero więc w piątek spakowaliśmy resztę rzeczy i byliśmy w 100% gotowi na naszą eskapadę.

Trasa – dzień pierwszy: Zielona Góra – Kożuchów – Podbrzezie Dolne.

Wyjeżdżamy chwilę po południu. Kierunek Kożuchów. Wyjazd drogą drugorzędną nr 283. Wcześniej robimy jeszcze krótki postój, by kupić w markecie, tak niezbędną w czasie podróży i słonecznych dni, wodę mineralną. Tuż za osiedlem Jędrzychów kończy się ścieżka rowerowa, więc wjeżdżamy na drogę publiczną. Ruch samochodów nie jest duży, ale, co zwróciło naszą uwagę, tylko bardzo nieliczni kierowcy samochodów używają kierunkowskazów, gdy chcą nas wyprzedzić.

Pierwszą miejscowością, do której docieramy, jest Zatonie. W tej niewielkiej wsi usytuowanej wzdłuż potoku Brzeźniak znajduje się park, a w nim ruiny pałacu, na tle których chętnie się fotografujemy.

za Wikipedią (http://pl.wikipedia.org/wiki/Zatonie_%28wojew%C3%B3dztwo_lubuskie%29)

„Pałac z XVII wieku – wzniesiony w latach 1685-1689 jako piętrowy budynek nakryty dachem czterospadowym z wystawkami. To dwupiętrowa, murowana z cegły podpiwniczona budowla założona na planie prostokąta. Z frontu wejście prowadziło przez zachowany do dziś portyk z czterema kolumnami doryckimi. Przy elewacji tylnej zachował się podobny portyk. Resztki detalu architektonicznego, zdobiącego elewacje pałacu, reprezentują gzymsy i prostokątne obramienia okienne. Nad gzymsem koronującym widnieje attyka zwieńczona w środku kartuszem herbowym. Spalony przez wojska radzieckie w 1945 roku i do dziś pozostaje w stanie ruiny.

Park z połowy XVIII/XIX wieku założony jako krajobrazowy przez słynnego architekta parków i ogrodów Piotra Józefa Lenné. Obecnie stanowi własność państwową. Powiększony w latach osiemdziesiątych XX wieku o podmokłe tereny leśne zajmujące powierzchnię ponad 50 ha. Rośnie tu jeszcze dziś wiele gatunków drzew, również o charakterze pomnikowym jak starodrzew dębowy, grab, jesion, jawor i klon.”

Zatonie - ruiny pałacu

Zatonie – ruiny pałacu

Zatonie - ruiny pałacu wewnątrz

Zatonie – ruiny pałacu wewnątrz

Pałac w Zatoniu, stan z XIX w.

Pałac w Zatoniu, stan z XIX w.

Po krótkiej sesji fotograficznej jedziemy dalej. Mijamy rzekę Śląska Ochla, wieś Barcikowice, by po chwili zatrzymać się przy tablicy informującej o wjeździe do miejscowości Książ Śląski. Takie rarytasy trzeba również uwiecznić na zdjęciu. Ziemia Lubuska, phi.

Książ Śląski

Książ Śląski – wjazd do miejscowości od strony Zielonej Góry

Przejeżdżamy przez Studzieniec, a następnie wjeżdżamy do Mirocina Dolnego, gdzie zatrzymujemy się na odpoczynek przy miejscowym kościele.
Znów za Wikipedią:
„Zbudowany na wzniesieniu w zachodniej części wsi kościół gotycki powstał w końcu XIII w. nosząc wówczas wezwanie św. Andrzeja. W roku 1271 wieś jaki i zapewne kościół przekazany został przez księcia głogowskiego Konrada pod patronat zakonowi żeńskiemu z Nowogrodu Bobrzańskiego. Do połowy XV w. kościół należał do parafii w Mirocinie Górnym. Samodzielna parafia utworzona została po 1522 r. W końcu XIX w. świątynia popadła w ruinę z powodu opuszczenia. Do dziś kościół przetrwał w stanie praktycznie niezmienionym, remont generalny przeszedł w roku 1946). W 1948 świątynie poświęcono i ponownie włączono do parafii w Mirocinie Górnym. Ponownego remontu dokonano w końcu XX w.”

Mirocin Dolny, kościół

Mirocin Dolny, kościół

Jak odpoczynek, to i posiłek. Tak też robimy. Wyciągamy wcześniej przygotowane kanapki (tzw. klapsznytki) i posilamy się, by mieć energie na resztę trasy. Miłym akcentem podczas krótkiej przerwy jest sympatyczne pozdrowienie nas, rowerowych turystów, przez jednego z mieszkańców Mirocina. Od razu przyjemniej wsiada się z powrotem na rower.

Ruszamy dalej. Wjeżdżamy na wzniesienie górujące nad miejscowością i zjeżdżamy w stronę Kożuchowa, miasta położonego na niewielkiej płaszczyźnie. Kożuchów wyrósł przy ważnym szlaku handlowym prowadzącym z Wrocławia nad Morze Bałtyckie. Pierwsza wzmianka o mieście pochodzi z 1273 roku z dokumentu księcia śląskiego Henryka III Głogowczyka.

Wjazd do Kożuchowa

Wjazd do Kożuchowa

Czas na upragnioną kawę. Zatrzymujemy się więc na rynku w jednej z miejscowych restauracji. Z jej perspektywy mamy widok na, niestety tak trzeba to określić, szkaradne połączenie starego z nowym, czyli ratusz. Ale na razie więcej nie zwiedzamy. Jesteśmy trochę zmęczeni, więc stwierdzamy, że najlepszym rozwiązaniem będzie dotarcie do naszego miejsca noclegowego, do Podbrzezia Dolnego (3 km od Kożuchowa). Tam chcemy chwilę odpocząć i wrócić później z powrotem do miasta, by dokładniej mu się przyjrzeć i zjeść w końcu ciepły posiłek.

Widok na Ratusz w Kożuchowie

Widok na Ratusz w Kożuchowie

Nocujemy w gospodarstwie agroturystycznym „U Włodka i Marysi”. Prawdziwa agroturystyka: konie, osły, kozy, owce, pawie, indyki, kury. Bierzemy szybki prysznic i wracamy do Kożuchowa. Znów na Rynek i znów do tej samej restauracji. Czas na obiad. Jesteśmy o 17:30. Obiadu dnia już nie ma, gdyż jest podawany do 15:00. Ok, rozumiem. Na potykaczu przed lokalem napis informuje o zupie dnia oraz pierogach ruskich. Poproszę. Pierogów ruskich nie ma. Jest pizza… Zamawiamy zupę, gulasz oraz naleśniki z serem. Wiadomo, że pizzę najlepszą zjem wtedy, gdy wyjmę ją z  piekarnika w swojej kuchni 🙂

W końcu dokładniej zwiedzamy miasto. Kiedyś było bogate. Świadczy o tym duża ilość zabytków, wysokość murów obronnych, gęstość zabudowy staromiejskiej. Dziś straszy wieloma pustostanami.

Pod wieczór czas na chillout. Znajdujemy idealne miejsce na murach obronnych, gdzie możemy się wspiąć i obserwować co się dzieje dookoła. Odpoczynek i kojąca ciszę przerywa nam rezolutna trzynastolatka, która, wdrapując się po murze, wita nas słowami: „Widzę, że i Państwu spodobała się moja baza”. Zgadza się, urzekło nas to miejsce. Nasza nowa znajoma okazała się bardzo sympatyczną dziewczynką, która chciała się z nami zaprzyjaźnić. Stąd zaczęła dość swobodną rozmowę. Opowiedziała o swoich marzeniach, szkole, o tym, że często przychodzi do swojej bazy, że lubi siedzieć w niej sama i obserwować, że mogłaby być w przyszłości szpiegiem. Później zaczęło się zadawanie pytań i sądowanie, co to za goście pojawili się w jej bazie. Kulminacją były pytania:
– „Na ile procent kocha pan panią?”
– „Na 326 procent”. Moja odpowiedź trochę zbiła „właścicielkę bazy” z pantałyku.
– „A tak można?”
– „Oczywiście, że można”
Nasza nowa znajoma nie dała za wygraną i, drążąc dalej, zadała kolejne pytanie:
– „A czy uprawia Pani s…” – poczułem lekkie drżenie mojej partnerki – „…sport?” Ufff – jaka ulga…

W drodze powrotnej robimy zakupy kolacyjno-śniadaniowe. Nie mogło zabraknąć wśród nich butelki litrowego wina. Na zakwasy. W naszej agroturystyce siadamy na tarasie, otwieramy lekarstwo i rozkoszujemy się cudowną pogodą. Po jakimś czasie dołącza do nas kolejny gość gospodarzy. Wyszedł na papierosa, a przy okazji zaczął streszczać nam historię swej pracy. Miałem wrażenie, że słucham czyjegoś CV. Czy my wyglądamy na kogoś, kto poszukuje budowlańca?!? Uff, po wypaleniu dwóch papierosów pan wraca do swego pokoju. „Do swojej Pszczółki” – jak to określił.

My za to siedzimy dalej, rozkoszując się ciszą, Żadnych samochodów, żadnego odgłosu pijanych ludzi, nawet ptaki poszły spać. Cisza, cisza, cisza… Na jednego papierosa wyszła tym razem Pani Pszczółka, ale na szczęście ona nie chciała nam przedstawić swojego CV. Po opuszczeniu przez nią tarasu pojawił się znów nasz znajomy budowlaniec. I wtedy mam déja vu. Tym razem jednak opowieść jest trochę dłuższa, wielowątkowa i dygresyjna. Tak dygresyjna, że aż Pani Pszczółka musiała wynurzyć się ze swego pokoju. I już naszego budowlańca nie było. Cisza, spokój, cisza, cisza… My i wino… Cudownie.

Poszliśmy na zasłużony odpoczynek. Mimo, że ilość przejechanych tego dnia kilometrów nie była duża (40 km) zasypiamy natychmiast – czy to wrażenia po spotkaniach czy wypite wino to sprawiło?!? Nieważne.

O czwartej nad ranem zaczął piać kogut. Donośnie. Do niego dołączył się indor. Zaangażowanie. W pewnym momencie zrywam się na równe nogi. Co to jest? Co tak skrzeczy? Paw!

– taki głos tuż po czwartej rano. Co to ma być. Na dodatek spłuczka w toalecie co jakiś czas zaczynała syczeć. Rozwiązaniem było wstanie i spuszczenie wody. Masakra. Na chwilę ucichło. Próbujemy zasnąć. Tak, próbujemy. Na nic próby te się zdają, gdy przed piątą osłu zaczyna się coś śnić.

– coś takiego. No to pospaliśmy. Agroturystyka. Tylko konie spokojne.