32 (46) – Szczun Na Śląsku – „Korona Polski – Biskupia Kopa (4/16)”

W Zielonej Górze były ostatnie dni Winobrania, a my, chcąc się wyrwać z wszechogarniającego tłumu i zapachu bigosów, ruszyliśmy na zdobycie najwyższego szczytu województwa opolskiego. Biskupia Kopa (po czesku Biskupská kupa) to szczyt w Górach Opawskich (które w Czechach noszą nazwę Zlatohorská vrchovina) o wysokości 890 metrów. Pod koniec XIX wieku wyznaczono pierwsze szlaki prowadzące na szczyt oraz wybudowano czynną do dziś wieżę widokową. Swą nazwę Kopa Biskupia zawdzięcza dawnym właścicielom, biskupom wrocławskim, którzy w 1474 r. otrzymali te ziemie od króla węgierskiego, Macieja Korwina.

Jak podaje niezawodna w sprawach geograficznych Wikipedia, Biskupia Kopa jest od wieków górą graniczną – od 1229 rozdzielała biskupstwa wrocławskie i ołomunieckie, po wojnach śląskich tereny pod panowaniem Habsburgów i Hohenzollernów, następnie Czechosłowacji i Niemiec, a obecnie przez szczyt przebiega granica polsko-czeska. Polska nazwa Biskupia Kopa została ustalona urzędowo w 1949 roku.

Ale po kolei. My tradycyjnie bez żadnego ciśnienia wybraliśmy się na szczyt. Bez ciśnienia, bo najpierw spacer po okolicy i kawa w Głuchołazach. Trafiliśmy do „Parzona CAFÉ” przy ulicy Korfantego 4 na deptaku. Najpierw wypatrzyliśmy ogródek, który jednak należał do lokalu pod nazwą o zaskakującym połaczeniu – Kawiarnia/Oryginalny Turecki Kebab. Mimo że podstawowe przyprawy do kebabu, takie jak kurkuma, gałka muszkatołowa, czy kardamon są wspaniałe same w sobie i często ich używam, to jednak mam wrażenie, że sernik pachnący kebabem nie wzbudziłby żadnych pozytywnych uczuć. Zrezygnowaliśmy z lokalu. Na szczęście trzy numery dalej mieściła się wspomniana wcześniej „Parzona CAFÉ”. Świetnie trafiliśmy. Klimatyczny wystrój w stylu prowansalskim, miłe kelnerki, które podały nam aromatyczną kawa i smaczną zieloną herbatę. Do kawy zamówiłem jeszcze tartę czekoladową z masą z czarnych porzeczek. Całośc wyniosła nas 20 zł. Bardzo dobra cena.

Parzona CAFÉ Głuchołazy

Parzona CAFÉ Głuchołazy

Po obowiązkowym nicnierobieniu, ruszyliśmy zwiedzić rynek Głuchołaz. Samo miasto kiedyś nazywane było Kozią Szyją. Pod linkiem można znaleźć bardzo ciekawy opis dotyczący tej nazwy.
Polską nazwę miejscowości w formie Koziascyja w książce „Krótki rys jeografii Szląska dla nauki początkowej” wydanej w Głogówku w 1847 wymienił śląski pisarz Józef Lompa.

Lipa na Rynku w Głuchołazach

Lipa na Rynku w Głuchołazach

Na rynku rośnie lipa, która została zasadzona w 1648 na pamiątkę zakończenia wojny trzydziestoletniej. Niestety, w październiku 1992 lipa została rozsadzona przez betonową plombę, która spowodowała zagrzybienie drzewa od wewnątrz. Ostało się tylko kilka konarów, które jednak nadal żyją; lipy są drzewami o dużych zdolnościach regeneracyjnych. Drzewo miało obwód 6,4 m i wysokość 23 m.

Widok na późnoromański kościół św. Stanisława w Głuchołazach

Widok na późnoromański kościół św. Stanisława w Głuchołazach

Obok rynku znajduje się kościół Św. Wawrzyńca z XIII wieku. Ze średniowiecznej budowli pozostało niewiele: fasada zachodnia (dolna jej część) z dwiema parami wąziutkich, obronnych okien i późnoromańskim portalem.

Nasz cel: Biskupia Kopa

Nasz cel: Biskupia Kopa

Po zwiedzeniu Głuchołaz ruszamy w kierunku miejscowości Zlaté Hory, które leżą tuż za polsko-czeską granicą. Przed granicą zatrzymujemy się na chwilę, by, z odległej, ciekawej perspektywy, zrobić zdjęcie czekającego nas szczytu. Po chwili mijamy miasteczko i ruszamy w kierunku przełęczy Petrovy boudy (706 m n.p.m.). Czeka nas 5,1 km podjazdu, różnica wysokości wynosi 296 m, średnie nachylenie wynosi 5,8 % i mamy 4 ostre zakręty. W końcu jesteśmy na miejscu i parkujemy auto.

Zmieniamy obuwie na górskie i ruszamy na trasę. Czeka nas tylko 40 minut podejścia. Droga na szczyt nie sprawia nam żadnych trudności. Zresztą nie tylko nam. Po drodze mijamy sporo rodzin z dziećmi, które bez większych problemów podążaja do celu. Na szczycie jest już sporo osób. Większość odpoczywa i robi sobie mały piknik. Spora część decyduje się wejść na wieżę widokową, bo niestety tylko z niej (na szczycie jest sporo drzew i krzewów zasłaniających krajobraz) można zobaczyć w pełni rozpościerający się widok na okoliczne tereny. My również decydujemy się na wejście. Obecną wieżę otwarto 26 sierpnia 1898. Postawiono ją w miejscu drewnianej wieży, którą oddano do użytku 9 lipca 1890.

Wieża widokowa na Biskupiej Kopie

Wieża widokowa na Biskupiej Kopie

Taka ciekawostka na szczycie Biskupiej Kopy

Taka ciekawostka na szczycie Biskupiej Kopy

Na wieży widokowej atakowały tysiące muszek

Na wieży widokowej atakowały tysiące muszek

Schodzimy ze szczytu, robimy kilka fotek z widokiem na czeskią część Gór Opawskich. Po chwili jesteśmy w Zlatéch Horach i udajemy się do lokalu „U Modreho Zvonku” na zasłużony posiłek. Jest to restauracja, która oferuje także noclegi w pensjonacie pod tą sama nazwą. Zamawiamy dwie zupy czosnkowe oraz oczywiście chyba najbardziej znany przysmak czeskiej kuchni: smażone sery. Do tego jedno małe piwo (w Czechach limit wydychanego alkoholu wynosi 0,0‰). Za całość płacimy 56 zł. I co ważne, mogliśmy zapłacić w złotówkach.

Czeskie jedzonko

Czeskie jedzonko

Zlaté Hory - ulica Polska

Zlaté Hory – ulica Polska

Posileni udaliśmy się na dalszą część wyprawy. Naszym miejscem docelowym była agroturystyka „Dom na końcu świata” w Górach Bystrzyckich, około 85 km jazdy. Jedziemy w pasie nadgranicznym przez Mikulovice, Vidnavę, Javornik po czeskiej stronie oraz Lądek-Zdrój po polskiej.

Pozwolę sobie w tym miejscu na małą dygresję. Zawsze zastanawia mnie fenomen granic. Skąd się wzięły. Dlaczego teren po jednej stronie należy do państwa A, a po drugiej do państwa B. Przeważnie niczym one się nie różnią. Czy to ma sens, że droga po której jedziemy najważniejsze władze ma w Pradze, a ta 5 metrów w prawo w Warszawie? Jak w czeskiej miejscowości Velké Kunětice. Krok dalej już były polskie Sławniowice.

Sławinowice granica - foto Pajë22

Slawniowice – Schengen v praxi: křižovatka na české straně, ale „dej přednost” v Polsku – foto Pajë22 (https://goo.gl/maps/TgBUA2FbHPM2)

Czy naprawdę ktoś nie umiał zasnąć, nim nie wymyślił granic? – jak śpiewał nieodżałowany Marek Grechuta do słów Leszka Aleksandra Moczulskiego.

Za Javornikiem (w którym znajduje się dawna letnia rezydencja biskupów wrocławskich) wspinamy się w stronę Przełęczy Lądeckiej i dotarłszy do niej, opuszczamy w końcu Śląsk. Wjeżdżamy na teren Ziemi Kłodzkiej, do której po II wojnie światowej pretensje rościła ówczesna Czechosłowacja. Zatrzymujemy się w Lądku-Zdroju, zwiedzamy rynek i robimy małe zakupy. Rynek wygląda biednie, ale co najważniejsze jest zadbany.

Rynek w Lądku-Zdroju

Rynek w Lądku-Zdroju

Pomnik Trójcy Świętej w Lądku-Zdroju

Pomnik Trójcy Świętej w Lądku-Zdroju

Gdy już się ściemniało, dojechaliśmy do miejscowości Paszków, gdzie mieliśmy zapewniony nocleg. Znaleziony przez przypadek, ale okazał się miejscem fenomenalnym. „Dom na końcu świata” to miejsce wspaniałe. Cisza, spokój, azyl, o jakim marzyliśmy – ale o tym w kolejnym wpisie…

Dom na końcu świata

Dom na końcu świata

30 (44) – Szczun Na Śląsku – „Korona Polski – Kobyla Góra (3/16)”

Kobyla Góra

Długo kazał czekać na siebie kolejny szczyt. Prawie trzy miesiące minęło od momentu naszej próby zdobycia Pilska, najwyższego wzniesienia województwa śląskiego. Wtedy niestety się nie udało. Po długiej wędrówce, niedaleko celu wyprawy, złapała nas burza z piorunami, która nie pozwoliła maszerować dalej. Wtedy zrezygnowaliśmy, nie chcąc ryzykować zdrowia, a nawet życia. Wiemy jednak, że kiedyś tam wrócimy i żadne przeciwności losu tym razem nam nie przeszkodzą wspiąć się na szczyt.

Widok z Hali Miziowej

Widok z Hali Miziowej

Tuż przed burzą na Hali Miziowej

Tuż przed burzą na Hali Miziowej

W ostatnią sobotę, tj. 28 sierpnia, przyszedł nam do głowy pomysł, by podjąć próbę zdobycia kolejnego szczytu w kolejnym województwie. Tym razem traf padł na wielkopolskie i jego najwyższą Kobylą Górę. Na wycieczkę wyruszaliśmy z Konina.

Pogodę na podróż mieliśmy cudowną. Gorąco, 30 stopni Celsjusza, bezchmurne niebo. Klimatyzacja w aucie zdziałała cuda. Po niecałych dwóch godzinach dojechaliśmy na miejsce – na parking pod wzniesieniem. Kobyla Góra znajduje się w paśmie Wzgórz Ostrzeszowskich, które są częścią Wału Trzebnickiego. W tym samym wale znajduje się nasz poprzedni szczyt – Góra Żarska – najwyższe wzniesienie województwa lubuskiego, które zdobyliśmy na początku tego roku.

Z parkingu wejście na szczyt zajmuje około 5 minut. Jeśli komuś się spieszy to nawet trzy minuty. Od 1999 roku na szczycie znajduje się tzw. „Krzyż Wielkopolski”, pamiątkowe kamienie i dzwon. Na wzgórzu pod szczytem ciągnie się dwanaście stacji drogi krzyżowej. Dookoła lasy, cisz i spokój. Fajne miejsce na mały reset.

Brama przy parkingu pod szczytem Kobylej Góry

Brama przy parkingu pod szczytem Kobylej Góry

Na Kobylej Górze

Na Kobylej Górze

Tak zwany "Krzyż Wielkopolski"

Tak zwany „Krzyż Wielkopolski”

Aby nie kopiować informacji z innych stron, polecam zerknięcie pod poniższy link. Tam znajdziecie wiele ciekawych zdjęć i informacji o okolicach szczytu Kobyla Góra.

Widok tuż przed podejściem

Widok tuż przed podejściem

Po „ciężkiej” wspinaczce przyszedł czas na posiłek. Znaleziona w internecie restauracja znajdowała się niedaleko, ok. 7 km od szczytu w miejscowości o tej samej nazwie co zdobyty szczyt. „Drewniana Chałupa” znajduje się tuż nad Zalewem Blewązka w większości otoczonym piaszczystymi plażami. Budynek wykonany z bali  wygląda jak typowy polski dworek.

Zamówiliśmy:
– krem z borowików podawany z grzankami – 12 zł
– koryto pierogów z kapustą i grzybami polane okrasą (8 sztuk) – 15 zł
– filet drobiowy grillowany w sosie kurkowym z frytkami i bukietem surówek – 23 zł
– filet z dorsza smażony na patelni – 100 g za 8 zł plus bukiet surówek i ziemniaki – łącznie 37 zł.

Krem z borowikó w "Drewnianej Chałupie" w Kobylej Górze

Krem z borowików w „Drewnianej Chałupie” w Kobylej Górze

Pierogi i filet z piersi kurczaka w "Drewnianej Chałupie" w Kobylej Górze

Pierogi i filet z piersi kurczaka w „Drewnianej Chałupie” w Kobylej Górze

Porcje bardzo duże i smaczne. Na danie czekaliśmy około 20 minut. Obsługa miła, co w każdym lokalu powinno być podstawą. Nasze ogólne wrażenia są bardzo pozytywne. Jedyny mankament to biesiadnicy obok w strojach kąpielowych.

Trzeci szczyt z listy zdobyty.

25 (39) – Szczun Na Śląsku – „Korona Polski – Gołębia (2/16)”

Szczyt Gołębia (Góra Żarska)

Powiedzieliśmy „Śnieżka”, trzeba powiedzieć „B”. Dwa tygodnie wcześniej rozpoczęliśmy zdobywanie Korony Polski. Na pierwszy rzut poszła Śnieżka. Teraz postanowiliśmy zdobyć najbliżej znajdujący się od naszego miejsca zamieszkania szczyt, będący najwyższym punktem województwa lubuskiego. Z Zielonej Góry do Żar jest około 40 km.

Nasza przygoda rozpoczęła się jednak od małej niemiłej niespodzianki. Nasz „Bączek” stwierdził, że nie ma zamiaru po nocnych przymrozkach odpalać i nigdzie nie jedzie. Wystarczyło jednak krótkie wzięcie go na „pych” i się udało. Mogliśmy ruszać. Po drodze miałem czas, by zastanowić się czy to akumulator, czy też rozrusznik niedomaga. Z początku sądziłem, że akumulator, jednak im dłużej jechaliśmy, tym bardziej rozrusznik wydawał być się winowajcą. No cóż, trzeba pojechać do lekarza i będzie znów wydatek.

W końcu dotarliśmy do Żar. A następnie, przez miejscowości Olbrachtowice i Łaz, po około 40 minutach, dojechaliśmy do celu. Ba, dojechaliśmy… prawie na szczyt! Samo dojście od auta na sam szczyt zajęło nam około 10 sekund 😉

Gołębia (Góra Żarska)

Gołębia (Góra Żarska) – tutaj jest najwyższy punkt województwa

Sama Gołębia (potocznie zwana Górą Żarską) to wzniesienie o wysokości 226,9 m n.p.m. położone na Wale Trzebnickim, w pasie Wzniesień Żarskich. Znajduje się w powiecie żarskim, na terenie gminy wiejskiej Żary, ok. 2,5 km na południe od samych Żar. Jest porośnięta lasem, zaś na samym szczycie stoi przeciwpożarowa wieża obserwacyjna. Nazwa Gołębia ustawowo została nadana w 1954 roku.

Wzniesienia Żarskie to morena czołowa powstała w okresie zlodowacenia środkowopolskiego. Stanowią zachodnią część Wału Trzebnickiego. Na południu graniczą z Borami Dolnośląskimi. Wał Trzebnicki zaś to pas wzniesień morenowych ukształtowany w okresie zlodowacenia środkowopolskiego. Rozciąga się od Ostrowa Wielkopolskiego na wschodzie po Łęknicę na zachodzie. Ogranicza od północy Nizinę Śląską.

Teren, na którym się znajdowaliśmy, posiada kilka nazw: Żarski Las, Zielony Las lub Żarskie Wzgórza.

Przeciwpożarowa wieża obserwacyjna

Przeciwpożarowa wieża obserwacyjna

Wieża obserwacyjna to smukła metalowa konstrukcja, jak większość obecnie wież przeciwpożarowych. Zbudowano ją w połowie lat osiemdziesiątych XX wieku i ma 32 metry wysokości. Wcześniej w tym miejscu stała wieża drewniana.

Przyszli zdobywcy Korony Polski na wieży

Przyszli zdobywcy Korony Polski na wieży

W niedalekiej odległości od najwyższego szczytu znajdują sie dwie wieże, które są zdecydowanie bardziej atrakcyjne. Pozwolę sobie opis tej i następnej wieży zaczerpnąć ze strony www.zielony-las.pl

Widok w kierunku południowym z wieży obserwacyjnej

Widok na Zielony Las w kierunku południowym z wieży obserwacyjnej

Pierwsza z nich to Wieża Promnitza z XIX wieku, położona na wschód od Gołębiej, w odległości dziesięciominutowego spaceru.

Wieża Promnitza

Wieża Promnitza

Towarzystwo Upiększania Miasta Żary w 1865 roku podjęło inicjatywę budowy wieży widokowej, która miała służyć turystom i umożliwiać obserwację panoramy południowej części Wzniesień Żarskich oraz Borów Dolnośląskich. Można dzięki temu punktowi obserwacyjnemu przy bezchmurnej pogodzie zobaczyć Karkonosze i Góry Izerskie. Kamienna wieża zbudowana na planie kwadratu o boku 4,70 i wysokości 15 metrów, której budulcem były polodowcowe kamienie, nazwana została „Blockhaus, Aussichturm”. Dziś mówi się o niej jako o wieży myśliwskiej, ceglanej lub czerwonej. W jej bezpośredniej okolicy wyrastają stare, okazałe buczyny i podgórski krajobraz.

Druga wieża to Wieża Bismarcka z początku XX wieku.

Wieża Bismarcka

Wieża Bismarcka

Największym budowniczym tej kamiennej wieży, zwanej przed 1945 rokiem wieżą Bismarcka, jest żarska sekcja Towarzystwa Karkonoskiego, która wspólnie z wieloma sympatykami Zielonego Lasu w 1915 roku rozpoczęła budowę obiektu. Wieża nigdy jednak nie została dokończona. Powodem tego były dwie wojny światowe, a co za tym idzie, brak środków finansowych. Była ona budowana w oparciu w składki społeczne. Bryła wieży została zbudowana z cegły i słusznej wielkości bloków granitowych, będących licem wieży. Największe pomieszczenie, z przeznaczeniem pierwotnym na salę pamięci, znajduje się w dolnej części budynku. Wyżej znajdowało się pomieszczenie ochronne dla strażnika wieży oraz drugie z którego można było wejść na wieżę. Po południowej stronie znajdowały się kamienne schody prowadzące na pierwsze piętro. Ich granitowe, szerokie resztki możemy znaleźć do dziś. Wieża planowo miała mieć 42 metry wysokości (część kamienna do 39 metra posiadała 214 schodków). Końcowy jej fragment zakończony był platformą widokową z balustradą, nad którą znajdowała się jeszcze drewniana wieżyczka obserwacyjna o wys. 2,75 m. Po wojnie służyła leśnikom jako wieża obserwacyjna do oceny zagrożenia pożarowego, ale wspominano także przepiękny, malowniczy widok jaki roztaczał się z jej szczytu. Niedaleko wieży, na wschód od niej, w odległości kilkudziesięciu metrów znajduje się pomnik leśniczego Eberta z pierwszej połowy XX wieku.

Planowanie budowy za www.bismarcktuerme.de

18.11.1908 odbyło się w Żarach zebranie, na którym omawiano plan wzniesienia Wieży Bismarcka. W tym celu powołano prowizoryczny komitet budowy. W dniu 20.11.1908 zwołano jawne zgromadzenie, którego zadaniem była koordynacja w planowaniu projektu wieży. Mimo niewielkiej frekwencji, zaproponowano prezydentowi regencji patronat nad przedsięwzięciem. Powołano oficjalny komitet, składający się z przedstawicieli władzy okolicznych miejscowości oraz powiatu.

W miejscowej prasie (Sorauer Tagesblatt) opublikowano streszczenie protokołu z posiedzenia. Kilku wybranych członków nie zgadzało się z treścią publikacji i oświadczyło wystąpienie z komitetu. Wydawało się, że projekt budowy wieży spalił na panewce.

Podczas obrad rady powiatu w Żarach w dniu 28.03.1913 omawiano sprawę budowy Wieży Bismarcka w Żarskim Lesie, na grzbiecie wzniesień (niemiecka nazwa Rückenberg, 226m n.p.m.). Środki na budowę wieży pochodziły ze spadku po zmarłym fabrykancie Teodorze Frenzelu, które przekazał jego syn, fabrykant Georg Frenzel. Rada powiatu oświadczyła, że powiat Żary przejmie pieczę nad wieżą po jej wybudowaniu.

W celu budowy wieży w roku 1913 utworzono zarejestrowane stowarzyszenie pod przewodnictwem nadleśniczego R. Eberta.

Budowa wieży finansowana była głównie ze spadku w wysokości 30 000 marek. Pozostałe środki pozyskano dzięki apelowi w Sorauer Tagesblatt. Całkowity koszt budowy wynosił szacunkowo ok. 50.000 marek (wg innego źródła 140 000 marek).

Prace budowlane

Projekt wieży był dziełem mistrza murarskiego z Żar Fritza Schuberta, który wykonał prace murarskie przy wieży. Budowę Wieży Bismarcka rozpoczęto w środę, 01.04.1914 na wzniesieniu Rückenberg w Żarskim Lesie (geograficznie najwyższym wzniesieniu Marchii Brandenburskiej).

Królewski nadleśniczy Ebert z Żar w imieniu Lasów Państwowych przekazał komitetowi plac budowy. Landrat von Bredow przejął plac budowy i wykonał symboliczne wbicie łopaty w ziemię. Termin uroczystego otwarcia wieży wyznaczono na dzień 01.04.1915.

W czerwcu 1914 prace przy budowie wieży ustały z powodu strajku murarzy i cieśli. Ze względu na wybuch I wojny światowej w dniu 01.08.1914 wieża wybudowana była do wysokości 25 m (projekt przewidywał wysokość 42 m lub 48 m). Podwalina wieży na planie prostokąta wzniesiona była z czerwonej palonej cegły, olicowana polnymi kamieniami na dole.

Opis wieży (planowanej wieży widokowej)

Wysoka na 25 m budowla planowana była pierwotnie jako wieża widokowa z instalacją ogniową i nie została nigdy ukończona.

Dwubiegowe schody zewnętrzne prowadziły do wejścia położonego wyżej, przez które można było się udać do izby pamięci zwieńczonej krzyżowym sklepieniem. Do izby pamięci przylegał bufet i pomieszczenie przeznaczone dla strażnika.

Przy wejściu znajdować się miały jednobiegowe schody, prowadzące do schodów wejściowych z 214 stopniami, którymi można było wejść na platformę widokową z misą ogniową. Na wysokości 30 m planowane było główne wyjście na zewnątrz z obejściem wokoło. Tutaj miały znajdować się ośmiokątne okna widokowe. Według projektu wznosić się miały powyżej cztery masywne siedmiometrowe kamienne kolumny. Ostatnie wyjście zaplanowano na wysokości 39 m. Na nadbudówce o wysokości 2,75 m, znajdującej się na głowicy wieży, przewidziano instalację misy ogniowej.

Historia wieży

Po 01.08.1914 budowla pozostawała w stanie niedokończonym. Wieża pozostawała niezadaszona, przez co przez wiele dziesięcioleci była bezpośrednio narażona na wpływ warunków atmosferycznych. Budowla nie była wykorzystywana ani jako wieża widokowa, ani jako kolumna ogniowa.

Już w roku 1945 wyrwano granitowe kamienie ze schodów zewnętrznych.

W połowie lat 70-tych dobudowano na szczycie wieży drewniane rusztowanie w celu obserwacji przeciwpożarowych.

W lipcu 1991 budowla znajdowała się stanie ruiny (brakowało schodów wewnętrznych, schody zewnętrzne zostały całkowicie zniszczone, wieża na górze była otwarta).

W maju 2002 usunięto drewnianą nadbudówkę.

W czerwcu 2011 budowla była w stanie całkowitej ruiny.

Stara pocztówka z Sorau z widocznymi opisywanymi wieżami - zdjęcie ze strony dolny-slask.org.pl (http://dolny-slask.org.pl/3982995,foto.html?idEntity=526899)

Stara pocztówka z Sorau z widocznymi opisywanymi wieżami – zdjęcie ze strony dolny-slask.org.pl (http://dolny-slask.org.pl/3982995,foto.html?idEntity=526899)

Po godzinnym spacerze po wróciliśmy do auta i pojechaliśmy do Żar. Na kawę. Chcieliśmy odwiedzić kawiarnię, w której byliśmy półtora roku temu podczas naszej rowerowej wyprawy po południu województwa lubuskiego.

Niestety okazało się, że miejsce kawiarni zajął lokal z burgerami, który podczas naszej ostatniej bytności w Żarach znajdował się o dwa numery dalej. Nie pozostało nam nic innego, jak znaleźć inne miejsce. Padło na „Restaurację Lew”. Kawa latte, herbata orzechowa, herbata cytrusowa-korzenna oraz szarlotka na ciepło umiliły nam ostatnie chwile wizyty na Łużycach.

24 (38) – Szczun Na Śląsku – „Korona Polski – Śnieżka (1/16)”

Pomysł padł jakiś czas temu.

– Może zdobylibyśmy „Koronę Polski”?

– Możemy. Ale o co chodzi?

Już wyjaśniam. Korona Polski  to lista najwyższych szczytów województw. Nie należy mylić jej z popularną „Koroną Gór Polski”, którą tworzą najwyższe szczyty poszczególnych pasm górskich w Polsce. Niektóre szczyty znajdują się oczywiście w obu zestawieniach.

W Polsce jest szesnaście województw i tyle szczytów znajduje się w „Koronie Polski”.

Korona Polski

Korona Polski

Szczyt Śnieżka

Temat na jakiś czas przycichł, ale nadarzyła się noworoczna okazja i kilka dni wolnego, więc wybraliśmy się w Sudety. Po to, aby na chwilę wyrwać się z Zielonej Góry i spod domowego koca.

Ruszyliśmy naszym pożeraczem przestrzeni o pojemności silnika 995 cm³ rankiem, w sobotę, 2 stycznia. Wujek Google przewidywał dwie i pół godziny jazdy. Nie uwzględnił jednak pogody i warunków na drodze. Z początku było trochę ślisko, a im bliżej byliśmy celu, tym częściej pojawiała się mgła, co wydłużało czas naszej podróży, gdyż w takich warunkach wyprzedzanie maruderów jest utrudnione.

Po trzech godzinach dotarliśmy do Karpacza. Zaparkowaliśmy i ruszyliśmy w góry – to znaczy w kierunku dolnej stacji wyciągu krzesełkowego „Zbyszek”. Wcześniej braliśmy pod uwagę opcję wejścia na Śnieżkę, jednak w zaistniałych warunkach pogodowych zajęłoby nam to co najmniej trzy godziny, do tego zejście około dwóch plus chwila pobytu na szczycie – dawałoby to powrót około godziny 17. Zbyt późno. Zbyt ciemno. Zbyt niebezpiecznie.

Dziki Wodospad w Karpaczu

Dziki Wodospad w Karpaczu

Miejską Koleją Linową  można wjechać na Kopę na wysokość 1375 metrów n.p.m. Długość kolei wynosi 2229 metrów, zaś różnica wzniesień 530 metrów.  Dolna stacja wyciągu krzesełkowego na Kopę znajduje się na terenie Białego Jaru, na wysokości  820 m n.p.m. Sam wjazd kolejką na Kopę trwa 15 minut. I te 15 minut było zwiastunem tego, co nas czekało później. W Karpaczu temperatura wynosiła -4 stopnie Celsjusza. Na Kopie kilka stopni mniej. Do tego prawie stuprocentowa  wilgotność powietrza powodowała, że temperatura odczuwalna na tej wysokości była zdecydowanie niższa. Dlatego też, gdy tylko dojechaliśmy na Kopę, biegiem ruszyliśmy do baru, by jak najszybciej ogrzać się gorącą herbatą.

Herbata na Kopie

Herbata na Kopie

W końcu przyszedł czas, by wyruszyć na szczyt. Czarnym szlakiem, czyli Śląską Drogą, kierowaliśmy się w stronę Śnieżki.  Początkowa trasa nie była ciężka. Mimo dosyć sporej ilości śniegu i śliskich kamieni, maszerowanie nie sprawiało nam większych trudności. Po kilkunastominutowej wędrówce doszliśmy do schroniska „Śląska Chata”. I tutaj niespodzianka. Tuż za schroniskiem zauważyliśmy szlaban i informację przyczepioną do niego, iż niebieski szlak, który pozwala dojść na szczyt od strony wschodniej, jest zamknięty z uwagi na zagrożenie lawinowe. Nie pozostało nam więc nic innego, jak wejść na szczyt szlakiem czerwonym, który jest szlakiem trudniejszym i prowadzi stromymi zakosami. Trasa w tej części była bardzo śliska i, gdyby nie znajdujące się po bokach łańcuchy, byłaby praktycznie niemożliwa tego dnia do przejścia.

Drogowskazy na Kopie

Drogowskazy na Kopie

Udało się. Po około trzydziestu minutach dotarliśmy do celu. Widoczność ograniczona do kilkunastu metrów. Temperatura  – 8 stopni Celsjusza, przy wilgotności powietrza 99% odczuwalna -15 stopni Celsjusza. Byliśmy bardzo dumni i zadowoleni z siebie, gdyż, w tych niełatwych warunkach, pierwszy szczyt Korony Polski został przez nas wspólnie zdobyty.

Drogowskaz na Śnieżce

Drogowskaz na Śnieżce

Widok ze Śnieżki - 2 stycznia 2016

Widok ze Śnieżki – 2 stycznia 2016

Widok ze Śnieżki - 3 stycznia 2016 - foto Emilia Klimkowicz

Dla odmiany widok ze Śnieżki następnego dnia – 3 stycznia 2016 – foto Emilia Klimkowicz

Chwilę odpoczynku, kilka zdjęć na pamiątkę i ruszyliśmy w drogę powrotną. Większość zejścia ze Śnieżki ślizgaliśmy się. Ale, dzięki wspomnianym wcześniej łańcuchom, udało nam się zachować równowagę (prawie cały czas). Było coraz zimniej, a zjazd kolejką dawał nam się we znaki . Mimo tego, że ubraliśmy się naprawdę ciepło, piętnastominutowy bezruch powodował, że zmarzliśmy.

Szadź na słupkach obok Drogi Śląskiej

Szadź na słupkach obok Drogi Śląskiej

Z czerwonymi od mrozu nosami dotarliśmy na dół, na parking, skąd wyruszyliśmy naszym niebieskim „Bączkiem” do Jeleniej Góry, do hotelu Fenix, położonego naprzeciwko dworca kolejowego. Dzień wcześniej zarezerwowaliśmy tam nocleg. Pokój duży, czysty, z dużym oknem  i przestronną łazienką. Jedynym minusem było to, że któryś z pracowników hotelu otworzył na całą szerokość okno, by  wywietrzyć  go przed naszym przybyciem. Przy normalnych warunkach pogodowych byłoby to wręcz wskazane, ale przy poniżej -10 st.? Do tego skręcony na „jedynkę” kaloryfer. Brr… Na szczęście w łazience było zdecydowanie cieplej. Nie wychodziliśmy z niej przez pierwszych kilka minut 😉

Przyszedł czas na posiłek. Ten postanowiliśmy zjeść w  „Mazurkowej Chacie”, ok. 4 km od naszego hotelu w stronę Karpacza. Rosół, barszcz czerwony z krokietami, placek po węgiersku i naleśniki szpinakowe – pycha. Obsługa bardzo przyjemna. W końcu 111 komentarzy na serwisie TripAdvisor, w zdecydowanej większości bardzo przychylnych, nie wzięło się znikąd. Najedliśmy się do syta. Nawet nie mieliśmy siły na kawę i deser.

Barszczyk w Mazurkowej Chacie

Barszczyk w Mazurkowej Chacie

Mieliśmy za to czas i ochotę na wypoczynek. Nie tracąc czasu, udaliśmy się do miejscowości Wojcieszyce, gdzie, w hotelu Jan, skorzystaliśmy z basenu i sauny. Na stronie internetowej aquapark wyglądał bardzo zachęcająco. Spory, rekreacyjny basen z kilkoma atrakcjami wodnymi, jacuzzi, kilka saun, a wszystko to w przyjemnych dla oka barwach i nowoczesnym, ciekawym stylu. Nie do końca miało to jednak odzwierciedlenie w rzeczywistości. Już po samym wejściu na teren aquaparku odpychał zapach stęchlizny i wilgoci. Szatnie zimne i brudne. Prysznice również nie były długo sprzątane. Basen okazał się być najbardziej odpowiadający obrazowi ze strony, jednak wyłączone atrakcje wodne… Zdecydowanie natomiast obroniły się sauny. Parowa, infrared i spora fińska. Do tego bania z lodowatą wodą. Wnioski? Niestety, chyba po wybudowaniu aquaparku w pobliskich Cieplicach, obiekt wojcieszycki podupadł „na zdrowiu”.

Basen główny w Hotelu Jan - piękne zdjęcie to nie wszystko

Basen główny w Hotelu Jan – piękne zdjęcie to nie wszystko (foto ze strony hotelu)

Niedzielny poranek powitał nas piękną, mroźną i jednocześnie słoneczną pogodą. W hotelowej restauracji czekało na nas śniadaniem w formie szwedzkiego stołu. Wybór duży, świeże, różnorodne pieczywo, jajecznica, warzywa, sery, tosty, do tego kawa, herbata, ciasto. Standard, ale smaczny. Naszym bardzo analitycznym umysłom podpadają jednak nietypowe, raczej nie podawane w hotelach dania śniadaniowe: ryba po grecku, sałatka warzywna, rolada z łososia z serem, jajka w majonezie i galaretki mięsna. Bingo! – przecież to pozostałości po imprezie sylwestrowej. 🙂

Widok z okna restauracji w Hotelu Fenix

Widok z okna restauracji w Hotelu Fenix

I na zakończenie naszego wypadu punkt konieczny. Spacer po starej części Jeleniej Góry.

Cerkiew Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Jeleniej Górze

Cerkiew Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Jeleniej Górze

 

Mural na płytach OSB przy ul. 1 Maja

Mural na płytach OSB przy ul. 1 Maja

 

A za muralem perełka

A za muralem perełka

 

Zeus porywający Europę

Zeus porywający Europę – zaiste samiec

 

W Zielonej Górze prezydent miasta nie omieszkałby dodać swojego imienia i nazwiska - jednak gdzie indziej można być przyzwoitym

W Zielonej Górze prezydent miasta raczej nie omieszkałby dodać swojego imienia i nazwiska – jednak gdzie indziej można być przyzwoitym

 

Zabytkowy wagon oraz symboliczny odcinek dawnej trasy tramwajowej istniejącej w Jeleniej Górze w latach 1897-1969

Zabytkowy wagon oraz symboliczny odcinek dawnej trasy tramwajowej istniejącej w Jeleniej Górze w latach 1897-1969 (na zdjęciu ostatnia pasażerka na gapę)

Najwyższy szczyt Śląska zaliczony.

20 (34) – Szczun Na Śląsku – „Dzień VIII (ostatni) – Rowerami z Zielonej Góry do Zielonej Góry”

„Wstałem skoro świt, zmyłem śnienie”

– lubię sobie nucić tę piosenkę, gdy rano wcześnie wstaję i nigdzie nie muszę pędzić. A tak właśnie jest dziś. Ostatni dzień naszej podróży z Zielonej Góry do Zielonej Góry. Podobno wczesne poranne wstawanie to domena ludzi starszych, ale co tam, niech tak już zostanie! Starzy ludzie wcześnie wstają. Szkoda dnia. Zwłaszcza, że dziś jest przepiękna pogoda.

Rano kolejne miłe zaskoczenie naszym miejscem noclegowym. Dzień wcześniej w Maszewie zakupiliśmy, na wszelki wypadek, mały prowiant w postaci… szybkiej zupki pomidorowej z załączonym sprasowanym makaronem. Jeszcze więc przed właściwym śniadaniem, które planujemy zjeść już poza agroturystyką, gdyż w miejscu tym nie ma możliwości wykupienia posiłku, decyduje się wrzucić na żołądek to niezbyt zdrowe co nieco. W ogólnodostępnej kuchni znajduję duży kubek, wkruszam co trzeba i po chwili poranna zupka gotowa. Rozsiadam się nad mapami i planuję trasę na dziś. Oczywiście mam ją już dawno obmyśloną, ale przesiadywanie nad mapami sprawia mi tak dużą frajdę, że nie mogę się temu oprzeć. Zjadam swoje „przedśniadanie” i wtedy owe miłe zaskoczenie. Pojawia się właścicielka i bierze mój kubek. Mówię, żeby go zostawiła, że za chwile go umyję. Na co gospodyni stwierdza, że nie ma problemu, że zrobi to sama. Szok. Agroturystyka? Bardzo lubię to miejsce 🙂

Jurewiczówka

Jurewiczówka

Jurewiczówka - ogród

Jurewiczówka – ogród

Jurewiczówka - ogród od frontu budynku

Jurewiczówka – ogród od frontu budynku

Tradycyjnie nie chce nam się wyjeżdżać. Miejsce fajne to i nacieszyć oczy chcemy jak najdłużej. A że i zadbane, wypielęgnowane i wychuchane, to tym bardziej przeciągamy wyjazd. Ucinamy sobie jeszcze pogawędkę z gospodarzem i w końcu, po podziękowaniu za gościnę, jedziemy zjeść śniadanie. Znów chcemy udać się do pobliskiej Restauracji Bajka, ale niestety jesteśmy za wcześnie. Nie w smak nam czekanie 45 minut na otwarcie lokalu, więc jedziemy dalej. Dojeżdżamy do Krosna Odrzańskiego(niem. Crossen an der Oder). Jak sama nazwa wskazuje jest to miasto położone nad Odrą, u Ujścia Bobru. Od 1945 do 1948 nosiło nazwę Krosno nad Odrą. Szukamy lokalu. Pierwszy, jaki mijamy, to bar mleczny, ale nie zyskuje on naszej obopólnej aprobaty, więc podążamy dalej. Zjeżdżamy stromym deptakiem nad Odrę. Parafrazując Maksa Paradysa z Seksmisji: „Tam musi być jakaś cywilizacja”. Trafiamy w końcu do dwugwiazdkowego Hotelu Odra. Restauracja – ogródek na zewnątrz – robi na nas pozytywne wrażenie, więc decydujemy się tu zostać. Tradycyjnie: jajecznica, herbata i pieczywo. Smacznie. Zadowoleni jedziemy zwiedzić pobliski zamek.

Krośnieńskie śniadanie

Krośnieńskie śniadanie

Zamek został wybudowany najprawdopodobniej na początku XIII w. w czasach księcia Henryka Brodatego (relikty muru w części północnej) w miejscu strategicznej przeprawy przez Odrę. Już za jego panowania zamek stał się ważną pograniczną warownią w systemie obronnym Dolnego Śląska, był również ulubioną siedzibą księcia. Zamek stał się także miejscem śmierci Henryka Brodatego (w 1238 r.), miejscem schronienia jego żony Jadwigi i synowej Anny podczas najazdu tatarskiego w 1241 r. W XIX wieku budowlę przekształcono na koszary, zaś na początku XX wieku umieszczono tutaj Śląską Kasę Oszczędności.

Jakaś uwaga zwróciła moją uwagę

Jakieś niepoprawne zdanie zwróciło moją uwagę 😉

Na południe od miasta rozpoczyna się łańcuch średniowiecznych, legendarnych budowli ziemnych, o historycznym, prawdopodobnym znaczeniu graniczno-obronnym – tzw. Wały Śląskie, określane również jako Wały Chrobrego, ciągnące się od Krosna w kierunku południowo-wschodnim, aż po mokradła w okolicy wsi Wierzbowa w Borach Dolnośląskich (zachował się tam, w relatywnie dobrym stanie, 7,5 kilometrowy ich fragment). Ta łańcuchowa budowla jest uznawana za najdłuższy zabytek archeologiczny w Europie Środkowej.

Zakuty w dyby za krytyczne uwagi  w stosunku do "Ziemi Lubuskiej"

Zakuty w dyby za krytyczne uwagi w stosunku do „Ziemi Lubuskiej”

Przy okazji zwiedzania zamku chcemy wypić kawę na jego dziedzińcu, w małej kawiarence. Ale mamy niestety pecha. Z wywieszonej kartki dowiadujemy się, że od dziś, przez najbliższych 7 dni miejsce to będzie zamknięte. Pewnie wakacyjna przerwa właścicieli. Szkoda, bo byłaby to na pewno miła chwila w miłych okolicznościach przyrody. Ale absolutnie nie tracimy humoru.  Zwiedzamy zamek, zakuwamy się w dyby i pstrykam na pamiątkę kilka zdjęć.

Tutaj kawy nie było :(

Tutaj kawy nie było 😦

Krosno Odrzańskie - dziedziniec zamkowy

Krosno Odrzańskie – dziedziniec zamkowy

Krosno Odrzańskie - dziedziniec zamkowy

Krosno Odrzańskie – dziedziniec zamkowy

Z kawy nie rezygnujemy. Na deptaku nic, w miejscu gdzie wskazuje reklama cukierni – nic, przy głównej drodze – nic. Dziwne. W końcu to nie jest maleńka miejscowość, więc miejsc takich powinno być w centrum przynajmniej kilka. Czyżby mieszkańcy nie mieli potrzeby spotykać się na małą czarną? Ostatecznie kupujemy dwie kawy w sklepie sieci Fresh Market. Z braku laku dobra taka. Wypijamy i w drogę. Na naszej trasie jeszcze jedno miasto, a potem już Zielona Góra. Wyjeżdżamy ulicą 17-stu Pionierów, a później Szosą Poznańską. Mijamy po prawej Cmentarz Żołnierzy Armii Radzieckiej i opuszczamy granice miasta. Przed nami 12 kilometrów dość mocno uczęszczaną drogą DW 276 Krosno Odrzańskie – Świebodzin.

Przez tydzień naszej podróży kilkaset razy wymijani byliśmy przez auta osobowe, dostawcze, ciężarowe czy też motocykle. Do tego dnia nie mieliśmy żadnych złych wspomnień dotyczących tego manewru. Liczyliśmy tylko, ilu kierowców włącza kierunkowskaz sygnalizujący zmianę pasa ruchu po wyprzedzeniu. Aż do dziś. Pomiędzy miejscowościami Rudnica a Szklarka Rudnicka kierowca ciężarówki przy wyprzedzaniu prawie nas zepchnął z drogi. Odległość pomiędzy naczepą a nami nie była większa niż kilkadziesiąt centymetrów. Kierowca musiał się jakoś zmieścić na pas, gdyż zapewne źle wyliczył odległość nadjeżdżającej z naprzeciw innej ciężarówki. A rowerzyści?!? – co tam rowerzyści. Pyłki na wietrze. Niestety nie zapamiętaliśmy nazwy firmy, do której należała naczepa. Nasza strata 🙂

W Szklarce Rudnickiej zjeżdżamy z mocno uczęszczanej DW 276 na DW 278. Spokój, cisza, znikomy ruch samochodowy. To lubimy. Znajdujemy się na terenie otuliny Gryżyńskiego Parku Krajobrazowego, który został utworzony w celu ochrony i zachowania walorów przyrodniczych, krajobrazowych i kulturowych rynny rzeki Gryżyny. To trzeci park krajobrazowy w czasie naszej wyprawy. Mijamy miejscowość Będów (gdzie jeden z miejscowych młodzieńców chce zakupić jeden z naszych rowerów), następnie jedziemy drogą, wzdłuż której rośnie wiele grusz ulęgałek. Już wiem, gdzie będę się zaopatrywał w dzikie gruszki z przeznaczeniem na nalewki. Kolejna miejscowość, którą mijamy to Nietkowice. Potem Brody (to już druga miejscowość o tej nazwie, którą odwiedzamy  czasie naszej wyprawy), gdzie czeka nas przeprawa promem na drugą stronę Odry.

Przeprawa promowa w Brodach

Przeprawa promowa w Brodach

Po zejściu na ląd znów znajdujemy pole kukurydzy i znów nie możemy odmówić sobie zaopatrzenia się w ten wspaniały rarytas. Kiedy go zjemy, nie wiem, ale w podróży zawsze warto mieć trochę zapasów pożywienia, szczególnie, gdy jest ono tak dobre. Szczegół, że kukurydza zapewne wysiana z modyfikowanych genetycznie nasion (choć w Polsce wszyscy zarzekają się, że nie stosują takich produktów). Po kilku kilometrach wjeżdżamy do Czerwieńska – to ostatnie miasto na trasie (nie licząc końcowej Zielonej Góry).

Czerwieńsk - widok z tarasu lokalu "Feniks" na ratusz

Czerwieńsk – widok z tarasu lokalu „Feniks” na ratusz

Czerwieńsk - Kościół parafialny pw. św. Wojciecha, neogotycki, wybudowany na miejscu świątyni z 1707 roku, oddany do użytku 13 grudnia 1877 roku.

Czerwieńsk – Kościół parafialny pw. św. Wojciecha, neogotycki, wybudowany na miejscu świątyni z 1707 roku, oddany do użytku 13 grudnia 1877 roku.

Nie jest to nasza pierwsza wizyta rowerowa w Czerwieńsku. Tradycyjnie wstępujemy do „Feniksa”. Pizzeria -restauracja-sala bankietowa. Chyba jedyny lokal gastronomiczny w tym miasteczku. Tym razem planujemy trochę dłuższy odpoczynek, więc na spokojnie zamawiamy najpierw pierwsze danie, potem drugie, kawę i piwo. Jest duszno, gorąco, wręcz parno. Ruszamy dalej, kierując się ulicą Zielonogórską. Ale nie pokonujemy zbyt długiego odcinka, bo przejeżdżamy  obok odkrytego miejskiego basenu, który kusi, by się w nim wykąpać. Długo się nie zastanawiamy czy skorzystać z tej orzeźwiającej okazji. „Basen u Leona” – bilet normalny 5 zł, ulgowy 3 zł. Jako stara poznańska pyra nie mogłem sobie nie pozwolić na pytanie: „A we dwójkę za ósemkę?” – pani kasjerka uśmiechnęła się i przystała na moją wytargowana propozycję cenową.

 

Relaks tuż przed metą rajdu

Relaks tuż przed metą rajdu

Miejsce nas trochę zaskoczyło. Wokół działki, na której znajduje się basen, osiedle domów mieszkalnych, a  z „basenowych” głośników hity stacji radiowej VOX na full. I tak pewnie od otwarcia do zamknięcia obiektu. Szczerze współczuję mieszkańcom osiedla.  Ciągła impreza bez wychodzenia z domu! Hit za hitem. Jeden z nich chyba rozpoznaję: „Czy ja dobrze słyszę? Ona jest ruda?” – Aha. Jest basen, jest impreza!

Piosenka wkręca się w mózg, zapuszcza korzenie w neuronach, spawa synapsy niczym pan Zdzisiek z huty aluminium w Koninie, a grzecznie proszona  o opuszczenie zwojów odpowiada poetycko: „chyba Ciebie pop****ło”. Dodatkową atrakcją basenu jest ratownik o bardzo wyraźnie zaznaczonym mięśniu piwnym i zapewne jeszcze pokaźniejszej wadze. Po zakończonej pracy postanawia wskoczyć do wody na główkę, a my mamy niezmierną przyjemność oglądania tego wyczynu. Rozbryzg klasa!!!

Po tych radosnych uniesieniach opuszczamy basen i pedałujemy dalej w stronę domu, który jest już prawie na wyciągnięcie ręki. Jeszcze tylko Płoty, Przylep i jesteśmy w Zielonej Górze. Huuurraaa, udało się!!! Na koniec, ze względu na burczenie w żołądku i pustą lodówkę w mieszkaniu, postanawiamy zatrzymać się jeszcze na obiad, który ma być dodatkowo uroczystym podsumowaniem naszego tripu. Zatrzymujemy się w Gallo Nero Pizza & Pasta  i zamawiamy makarony. Jedzenie dobre, mamy więc potwierdzenie pozytywnych ludowych opinii o tym miejscu.

Ostatnie trzy kilometry śmigamy już po znanych nam ulicach. I nareszcie w domu. Bardzo zmęczeni, ale niesamowicie zadowoleni. W nogach dziś 55 km. A w głowach pełno wspomnień, ciekawych i nieciekawych noclegów, dobrych i słabych restauracji. Bardzo udany, choć krótki urlop. Taki inny, w najbliższej okolicy. Fajny. Polecam 🙂

17 (31) – Szczun Na Śląsku – „Dzień VII – Rowerami z Zielonej Góry do Zielonej Góry”

Tak wcześnie jak dziś jeszcze nigdy, w czasie naszej wyprawy, nie wyjechaliśmy z miejsca noclegowego. Do tej pory celebrowaliśmy ten moment. Przeciągaliśmy go: najpierw śniadanie, ewentualnie kawa i ostanie zerknięcie na agroturystyczną bazę. Tym razem chcemy być już w trasie jak najszybciej.

Trasa VII: Czarnowice – Gubin – Maszewo – Marcinowice

Droga w kierunku Gubina jest dość dobrze utrzymana, ale i dość mocno uczęszczana przez kierowców. Dojeżdżamy do drogi krajowej nr 32 – liczyłem na obecność jakiejś stacji benzynowej przy skrzyżowaniu z naszą drogą numer 286. Zamiast tego znajdujemy informację o nieodkrytym przez nas wczoraj „Łowisku” w Czarnowicach.

Szczun - tym razem na Łużycach

Szczun – tym razem na Łużycach

Po kilkunastu minutach jesteśmy w centrum Gubina (w języku niemieckim Guben, po dolnołużycku Gubin). Rozsiadamy się w ogródku Restauracji Tercet i zamawiamy śniadanie. Jajecznica i herbata. Jesteśmy głodni, więc zjadamy ze smakiem. Po zakończonym posiłku reguluję rachunek i płacę 34 zł. Dopiero po pewnym czasie dochodzi do mnie, że według cennika dwie jajecznice plus dwie herbaty to cena 26 zł. Zapewne zostały także doliczone do rachunku: plasterki cytryn, skibki chleba, masło, a może i nawet cukier. Cóż, „taki mamy klimat”.

Tablica informacyjna dotycząca ratusza

Tablica informacyjna dotycząca ratusza

Opis kościoła farnego za kratami

Opis kościoła farnego za kratami

Zaczynamy zwiedzać miasto. Pierwsza wzmianka o nim pochodzi z 1211 roku z dokumentu Henryka Brodatego. Historyczne centrum Gubina znajduje się po stronie polskiej. W czasie II wojny światowej miasto zostało bardzo dotkliwie zniszczone. Walki trwały od lutego do kwietnia 1945 roku. Bardzo dobitnie o intensywności walk mogą świadczyć ruiny kościoła farnego. Konsekwencją zapisów mocarstwowych był podział miasta na część niemiecką i polską, czyli efekt granicy państwowej na Nysie Łużyckiej.

Ratusz w Gubinie

Ratusz w Gubinie

Stojak dla prasy - ach te zboczenie zawodowe

Stojak dla prasy w Guben – ach te zboczenie zawodowe

Oglądamy dokładnie ratusz, po czym postanawiamy wybrać się na niemiecką stronę miasta na kawę. Wrażenie znów mamy takie, że po przekroczeniu mostu granicznego jest ładniej, czyściej, bardziej schludnie. Idziemy deptakiem przez miasto i trafiamy do kawiarni, w której jest sporo klientów. Na moje pytanie, czy możemy płacić w złotówkach (zadane oczywiście moją bezbłędną niemczyzną 🙂 ), pada szybka odpowiedź „Nein”. Nie, to nie. ChWWD Niemiaszki. Postanawiamy spróbować w jeszcze jednym lokalu naszego kawowego szczęścia. Przy deptaku znajdujemy małą kawiarenkę ze stolikami i krzesłami wystawionymi na zewnątrz. W środku tylko para emerytów. Właściciel na pytanie o złotówki najpierw kręci trochę nosem, ale w końcu się zgadza. Zaznacza jednak przy tym, że dobrze, gdybyśmy zapłącili odliczoną kwotę, bo bedzie miał problem z wydaniem reszty. Tak przynajmniej zrozumiałem :). Całkiem smaczną kawę wypijamy z przyjemnością, delektując się jednoczesnie piękną pogodą. Koszt dwóch kaw w Guben to 4,2 Euro. Wręczam właścicielowi 20 zł i w odpowiedzi pada „To za duże”. Co tam, niech znają Niemcy nasz gest.

No to niemiecka kawusia

No to niemiecka kawusia

Ruiny Fary widoczne od strony Niemiec

Ruiny Fary widoczne od strony Niemiec

Postanawiamy wrócić do Polski. Schodzimy po schodach na bulwar, jak najbliżej rzeki, by sprawdzić czy woda jest mokra i przy okazji odczytać zaznaczone miarką na murze na odpowiednich wysokościach najwyższe stany wód podczas powodzi.

Tabliczki informujące o poziomie wody podczas powodzi

Tabliczki informujące o poziomie wody podczas powodzi

Małym mostem dostajemy się na Wyspę Teatralną. W XIX w zbudowano na niej wg projektu Oskara Titza teatr, mogący pomieścić 750 widzów i ściągający do Gubina najwybitniejszych artystów ówczesnej Europy. Teatr spłonął doszczętnie w 1946 r. Jego świetność przypominają jedynie kamienne schodki, prowadzące niegdyś do głównego wejścia oraz resztki kolumn zdobiących kiedyś fasadę budynku. Obecnie wyspa jest pięknym terenem spacerowym, chętnie odwiedzanym przez polskie i niemieckie rodziny, a usytuowana na stałe scena jest miejscem występów zespołów muzycznych, grup tanecznych i folklorystycznych.

Granica. Po prawej Polska, po lewej Niemcy.

Granica. Po prawej Polska, po lewej Niemcy.

Ruiny amfiteatru na Wyspie Teatralnej

Ruiny amfiteatru na Wyspie Teatralnej

Żużlowi kibice :)

Żużlowi kibice 🙂 – wszędzie są.

Wałęsamy się jeszcze chwilę po mieście, po czym wyjeżdżamy na północ w kierunku Kosarzyna. Trasa wiedzie cały czas nową drogą rowerową, wybudowaną z dotacji unijnych. Za miejscowością Żytowań (niem. Seitwann, łuż. Žytowań) wjeżdżamy na teren Krzesińskiego Parku Krajobrazowego. Strona Zespołu Parków Krajobrazowych Województwa Lubuskiego podaje interesujące informacje:

„Park został utworzony w 1998 r. Jego powierzchnia wynosi ponad 8,5 tys. ha i położony jest na terenie 3 gmin: Cybinka, Gubin i Maszewo. Park obejmuje tereny pradoliny Odry (25-kilometrowy fragment, w tym 10-kilometrowy odcinek graniczny) oraz ujściowy fragment koryta rzeki Nysy Łużyckiej. Oprócz Nysy Łużyckiej na terenie Parku do Odry uchodzi Łomianka. Przyległe do obu dolin rzecznych wysokie terasy, porośnięte są borami sosnowymi i wznoszą się miejscami na ponad 30 m nad poziom rzeki.
Charakterystyczną cechą Parku jest duży udział w jego powierzchni użytków zielonych, położonych na terasie zalewowej pradoliny Odry. Najcenniejszym obszarem Krzesińskiego Parku Krajobrazowego jest zalewany okresowo polder przeciwpowodziowy Krzesin-Bytomiec. Przy wezbraniu wody na rzece Odrze powyżej stanów średnich następuje stopniowe podtapianie i zalewanie polderu, poczynając od miejsc najniżej położonych (wokół Jeziora Krzesińskiego) po łąki i pastwiska leżące w dalszej, wschodniej części polderu. Duże obszary okresowo zalewanych lub podmokłych łąk stwarzają odpowiednie warunki bytowania dla wielu gatunków zwierząt.”

Bardzo ciekawa trasa, górki i dołki. Jedzie się spokojnie, bezpiecznie i przyjemnie. Przejeżdżamy przez Kosarzyn (niem. Kuschern, łuż. Kóšarnja), miejscowość położoną nad jeziorem Borek – atrakcją wypoczynkowo–turystyczną oraz wędkarską. W rejonie Kosarzyna od 1991 roku nastąpiło intensywne wiercenie i wydobycie ropy naftowej. Wydobywano tutaj codziennie około 66 000 litrów ropy.

Zatrzymujemy się na obiad i małą kawę w ośrodku wypoczynkowym „Nad Borkiem” . Tak, to był dobry pomysł. Pogoda wciąż dopisuje, nie możemy więc nie skorzystać z okazji i postanawiamy wykąpać się w jeziorze. I to znów jest dobry pomysł. Mile spędzonych kilkadziesiąt minut.

Plaża na jeziorem w Kosarzynie

Plaża nad jeziorem w Kosarzynie

Uświadamiam sobie, że właśnie jesteśmy najbliżej Ziemi Lubuskiej w czasie całej naszej wyprawy. To sto kilkadziesiąt metrów na północny-zachód, tam, gdzie Nysa Łużycka wpada do Odry. Pokrzepiony tym faktem dalszą trasę pokonuję z wielką przyjemnością 🙂 Mijamy miejscowość Łomy (niem. Lahmo, łuż. Łomy). To bardzo urokliwa stara wioska, w której większość budowli pochodzi z XIX w.

Droga znów wiedzie przez las. Zastanawiamy się, czy burza nas dopadnie, czy też uda nam się dojechać do następnej miejscowości i gdzieś skryć. Dojeżdżamy do Chlebowa (niem. Niemaschkleb, dolnołużycki Namašklěb), które w latach 1945-1953 nosiło nazwę dokładnie przetłumaczoną z łużyckiego, czyli Niemaszchleba. Do historii przeszła skarga mieszkańców wioski z 1664 r., gdy parafianie miejscowego kościoła ewangelickiego żądali od władcy Saksonii Christiana odprawiania nabożeństw w języku słowiańskim. Jedziemy starą brukowaną drogą – co wcale nie jest dla nas przyjemnością.

Przeprawa promowa

Przeprawa promowa w Połęcku

Na promie

Na promie

W drodze na przeprawę promową przez Odrę mijamy wiele kałuż. Musiało niedawno mocno padać. Potwierdzają to panowie obsługujący prom. Na szczęście więc tym razem udało nam się uniknąć burzy. Czekamy chwilę na odbicie od brzegu i tym faktem żegnamy się z Łużycami. Witaj Śląsku, Dolny Śląsku. Po chwili jesteśmy już w Połęcku. Pokonujemy ostry podjazd pod górę i tym samym opuszczamy Dolinę Odry. Po wjeździe na skarpę jesteśmy w Maszewie. Chcemy coś koniecznie zjeść. Liczę na jakiś bar, w końcu to miejscowość, która jest siedzibą gminy. Nic z tego. Po tym, jak okazuje się, że na żadną jadłodajnię nie mamy co liczyć, jedzeniowy prowiant kupujemy w miejscowym spożywczaku. Po szybkim posiłku krótki remont rowerowego bagażnika i pędzimy dalej.

Przed nami jeszcze dwie miejscowości i jesteśmy u celu. Dwie miejscowości, ale całkiem sporo kilometrów, bo około 10. Cały czas jedziemy przez las, a Osiecznica wciąż jakoś nie chce się pojawić. W końcu przed nami droga krajowa nr 29. Spory ruch na niej, ale nie mamy wyjścia, musimy tędy jechać. Na szczęście niedługo. W Osiecznicy wjeżdżamy na ścieżkę rowerową. Trochę niepokoi nas widok, jaki mamy przed sobą. Nie, to nie może być podjazd. Nie teraz. Mamy przecież przejechane 49 km. Uspokajam nas, że ta przerażająco stroma droga to tylko złudzenie optyczne. Nie było. Na sam koniec przyjdzie nam podjeżdżać pod górę. Masakra. Ale dajemy radę i w końcu jesteśmy na miejscu.

Marcinowice i agroturystyka „Jurewiczówka” , która przywitała nas małym zgrzytem. Po przedstawieniu się i poinformowaniu, że mamy właśnie w tym miejscu nocleg (zamówiony oczywiście dużo wczśniej), dowiadujemy się, że nie ma żadnych wolnych miejsc. Zonk. Właścicielka idzie jednak sprawdzić, co i jak, po czym wraca do nas po kilku minutach z informacją, że jednak nie dogadała się z mężem i czeka na nas zamówiony pokój. Najlepszy pokój, jaki udało nam się do tej pory dostać. Schludny, czysty, pachnący. Tak samo w łazience. W końcu udaje nam się trafić na świetne miejsce. I to na ostatni nasz nocleg. Świetna nagroda na koniec wyprawy, super!!!

Prysznic i idziemy coś zjeść. Właściciele polecają lokal, który znajduje się kilkaset metrów od ich agroturystyki. Restauracja Bajka okazuje się strzałem w dziesiątkę. Jedzenie pyszne, swojskie, a porcje przeogromne! Aż nie chce nam się wychodzić. Po wypiciu schłodzonego piwa, tak dobroczynnego na zakwasy, wracamy do „Jurewiczówki” na zasłużony sen. Zasłużony, gdyż w nogach 51 kilometrów.