20 (34) – Szczun Na Śląsku – „Dzień VIII (ostatni) – Rowerami z Zielonej Góry do Zielonej Góry”

„Wstałem skoro świt, zmyłem śnienie”

– lubię sobie nucić tę piosenkę, gdy rano wcześnie wstaję i nigdzie nie muszę pędzić. A tak właśnie jest dziś. Ostatni dzień naszej podróży z Zielonej Góry do Zielonej Góry. Podobno wczesne poranne wstawanie to domena ludzi starszych, ale co tam, niech tak już zostanie! Starzy ludzie wcześnie wstają. Szkoda dnia. Zwłaszcza, że dziś jest przepiękna pogoda.

Rano kolejne miłe zaskoczenie naszym miejscem noclegowym. Dzień wcześniej w Maszewie zakupiliśmy, na wszelki wypadek, mały prowiant w postaci… szybkiej zupki pomidorowej z załączonym sprasowanym makaronem. Jeszcze więc przed właściwym śniadaniem, które planujemy zjeść już poza agroturystyką, gdyż w miejscu tym nie ma możliwości wykupienia posiłku, decyduje się wrzucić na żołądek to niezbyt zdrowe co nieco. W ogólnodostępnej kuchni znajduję duży kubek, wkruszam co trzeba i po chwili poranna zupka gotowa. Rozsiadam się nad mapami i planuję trasę na dziś. Oczywiście mam ją już dawno obmyśloną, ale przesiadywanie nad mapami sprawia mi tak dużą frajdę, że nie mogę się temu oprzeć. Zjadam swoje „przedśniadanie” i wtedy owe miłe zaskoczenie. Pojawia się właścicielka i bierze mój kubek. Mówię, żeby go zostawiła, że za chwile go umyję. Na co gospodyni stwierdza, że nie ma problemu, że zrobi to sama. Szok. Agroturystyka? Bardzo lubię to miejsce 🙂

Jurewiczówka

Jurewiczówka

Jurewiczówka - ogród

Jurewiczówka – ogród

Jurewiczówka - ogród od frontu budynku

Jurewiczówka – ogród od frontu budynku

Tradycyjnie nie chce nam się wyjeżdżać. Miejsce fajne to i nacieszyć oczy chcemy jak najdłużej. A że i zadbane, wypielęgnowane i wychuchane, to tym bardziej przeciągamy wyjazd. Ucinamy sobie jeszcze pogawędkę z gospodarzem i w końcu, po podziękowaniu za gościnę, jedziemy zjeść śniadanie. Znów chcemy udać się do pobliskiej Restauracji Bajka, ale niestety jesteśmy za wcześnie. Nie w smak nam czekanie 45 minut na otwarcie lokalu, więc jedziemy dalej. Dojeżdżamy do Krosna Odrzańskiego(niem. Crossen an der Oder). Jak sama nazwa wskazuje jest to miasto położone nad Odrą, u Ujścia Bobru. Od 1945 do 1948 nosiło nazwę Krosno nad Odrą. Szukamy lokalu. Pierwszy, jaki mijamy, to bar mleczny, ale nie zyskuje on naszej obopólnej aprobaty, więc podążamy dalej. Zjeżdżamy stromym deptakiem nad Odrę. Parafrazując Maksa Paradysa z Seksmisji: „Tam musi być jakaś cywilizacja”. Trafiamy w końcu do dwugwiazdkowego Hotelu Odra. Restauracja – ogródek na zewnątrz – robi na nas pozytywne wrażenie, więc decydujemy się tu zostać. Tradycyjnie: jajecznica, herbata i pieczywo. Smacznie. Zadowoleni jedziemy zwiedzić pobliski zamek.

Krośnieńskie śniadanie

Krośnieńskie śniadanie

Zamek został wybudowany najprawdopodobniej na początku XIII w. w czasach księcia Henryka Brodatego (relikty muru w części północnej) w miejscu strategicznej przeprawy przez Odrę. Już za jego panowania zamek stał się ważną pograniczną warownią w systemie obronnym Dolnego Śląska, był również ulubioną siedzibą księcia. Zamek stał się także miejscem śmierci Henryka Brodatego (w 1238 r.), miejscem schronienia jego żony Jadwigi i synowej Anny podczas najazdu tatarskiego w 1241 r. W XIX wieku budowlę przekształcono na koszary, zaś na początku XX wieku umieszczono tutaj Śląską Kasę Oszczędności.

Jakaś uwaga zwróciła moją uwagę

Jakieś niepoprawne zdanie zwróciło moją uwagę 😉

Na południe od miasta rozpoczyna się łańcuch średniowiecznych, legendarnych budowli ziemnych, o historycznym, prawdopodobnym znaczeniu graniczno-obronnym – tzw. Wały Śląskie, określane również jako Wały Chrobrego, ciągnące się od Krosna w kierunku południowo-wschodnim, aż po mokradła w okolicy wsi Wierzbowa w Borach Dolnośląskich (zachował się tam, w relatywnie dobrym stanie, 7,5 kilometrowy ich fragment). Ta łańcuchowa budowla jest uznawana za najdłuższy zabytek archeologiczny w Europie Środkowej.

Zakuty w dyby za krytyczne uwagi  w stosunku do "Ziemi Lubuskiej"

Zakuty w dyby za krytyczne uwagi w stosunku do „Ziemi Lubuskiej”

Przy okazji zwiedzania zamku chcemy wypić kawę na jego dziedzińcu, w małej kawiarence. Ale mamy niestety pecha. Z wywieszonej kartki dowiadujemy się, że od dziś, przez najbliższych 7 dni miejsce to będzie zamknięte. Pewnie wakacyjna przerwa właścicieli. Szkoda, bo byłaby to na pewno miła chwila w miłych okolicznościach przyrody. Ale absolutnie nie tracimy humoru.  Zwiedzamy zamek, zakuwamy się w dyby i pstrykam na pamiątkę kilka zdjęć.

Tutaj kawy nie było :(

Tutaj kawy nie było 😦

Krosno Odrzańskie - dziedziniec zamkowy

Krosno Odrzańskie – dziedziniec zamkowy

Krosno Odrzańskie - dziedziniec zamkowy

Krosno Odrzańskie – dziedziniec zamkowy

Z kawy nie rezygnujemy. Na deptaku nic, w miejscu gdzie wskazuje reklama cukierni – nic, przy głównej drodze – nic. Dziwne. W końcu to nie jest maleńka miejscowość, więc miejsc takich powinno być w centrum przynajmniej kilka. Czyżby mieszkańcy nie mieli potrzeby spotykać się na małą czarną? Ostatecznie kupujemy dwie kawy w sklepie sieci Fresh Market. Z braku laku dobra taka. Wypijamy i w drogę. Na naszej trasie jeszcze jedno miasto, a potem już Zielona Góra. Wyjeżdżamy ulicą 17-stu Pionierów, a później Szosą Poznańską. Mijamy po prawej Cmentarz Żołnierzy Armii Radzieckiej i opuszczamy granice miasta. Przed nami 12 kilometrów dość mocno uczęszczaną drogą DW 276 Krosno Odrzańskie – Świebodzin.

Przez tydzień naszej podróży kilkaset razy wymijani byliśmy przez auta osobowe, dostawcze, ciężarowe czy też motocykle. Do tego dnia nie mieliśmy żadnych złych wspomnień dotyczących tego manewru. Liczyliśmy tylko, ilu kierowców włącza kierunkowskaz sygnalizujący zmianę pasa ruchu po wyprzedzeniu. Aż do dziś. Pomiędzy miejscowościami Rudnica a Szklarka Rudnicka kierowca ciężarówki przy wyprzedzaniu prawie nas zepchnął z drogi. Odległość pomiędzy naczepą a nami nie była większa niż kilkadziesiąt centymetrów. Kierowca musiał się jakoś zmieścić na pas, gdyż zapewne źle wyliczył odległość nadjeżdżającej z naprzeciw innej ciężarówki. A rowerzyści?!? – co tam rowerzyści. Pyłki na wietrze. Niestety nie zapamiętaliśmy nazwy firmy, do której należała naczepa. Nasza strata 🙂

W Szklarce Rudnickiej zjeżdżamy z mocno uczęszczanej DW 276 na DW 278. Spokój, cisza, znikomy ruch samochodowy. To lubimy. Znajdujemy się na terenie otuliny Gryżyńskiego Parku Krajobrazowego, który został utworzony w celu ochrony i zachowania walorów przyrodniczych, krajobrazowych i kulturowych rynny rzeki Gryżyny. To trzeci park krajobrazowy w czasie naszej wyprawy. Mijamy miejscowość Będów (gdzie jeden z miejscowych młodzieńców chce zakupić jeden z naszych rowerów), następnie jedziemy drogą, wzdłuż której rośnie wiele grusz ulęgałek. Już wiem, gdzie będę się zaopatrywał w dzikie gruszki z przeznaczeniem na nalewki. Kolejna miejscowość, którą mijamy to Nietkowice. Potem Brody (to już druga miejscowość o tej nazwie, którą odwiedzamy  czasie naszej wyprawy), gdzie czeka nas przeprawa promem na drugą stronę Odry.

Przeprawa promowa w Brodach

Przeprawa promowa w Brodach

Po zejściu na ląd znów znajdujemy pole kukurydzy i znów nie możemy odmówić sobie zaopatrzenia się w ten wspaniały rarytas. Kiedy go zjemy, nie wiem, ale w podróży zawsze warto mieć trochę zapasów pożywienia, szczególnie, gdy jest ono tak dobre. Szczegół, że kukurydza zapewne wysiana z modyfikowanych genetycznie nasion (choć w Polsce wszyscy zarzekają się, że nie stosują takich produktów). Po kilku kilometrach wjeżdżamy do Czerwieńska – to ostatnie miasto na trasie (nie licząc końcowej Zielonej Góry).

Czerwieńsk - widok z tarasu lokalu "Feniks" na ratusz

Czerwieńsk – widok z tarasu lokalu „Feniks” na ratusz

Czerwieńsk - Kościół parafialny pw. św. Wojciecha, neogotycki, wybudowany na miejscu świątyni z 1707 roku, oddany do użytku 13 grudnia 1877 roku.

Czerwieńsk – Kościół parafialny pw. św. Wojciecha, neogotycki, wybudowany na miejscu świątyni z 1707 roku, oddany do użytku 13 grudnia 1877 roku.

Nie jest to nasza pierwsza wizyta rowerowa w Czerwieńsku. Tradycyjnie wstępujemy do „Feniksa”. Pizzeria -restauracja-sala bankietowa. Chyba jedyny lokal gastronomiczny w tym miasteczku. Tym razem planujemy trochę dłuższy odpoczynek, więc na spokojnie zamawiamy najpierw pierwsze danie, potem drugie, kawę i piwo. Jest duszno, gorąco, wręcz parno. Ruszamy dalej, kierując się ulicą Zielonogórską. Ale nie pokonujemy zbyt długiego odcinka, bo przejeżdżamy  obok odkrytego miejskiego basenu, który kusi, by się w nim wykąpać. Długo się nie zastanawiamy czy skorzystać z tej orzeźwiającej okazji. „Basen u Leona” – bilet normalny 5 zł, ulgowy 3 zł. Jako stara poznańska pyra nie mogłem sobie nie pozwolić na pytanie: „A we dwójkę za ósemkę?” – pani kasjerka uśmiechnęła się i przystała na moją wytargowana propozycję cenową.

 

Relaks tuż przed metą rajdu

Relaks tuż przed metą rajdu

Miejsce nas trochę zaskoczyło. Wokół działki, na której znajduje się basen, osiedle domów mieszkalnych, a  z „basenowych” głośników hity stacji radiowej VOX na full. I tak pewnie od otwarcia do zamknięcia obiektu. Szczerze współczuję mieszkańcom osiedla.  Ciągła impreza bez wychodzenia z domu! Hit za hitem. Jeden z nich chyba rozpoznaję: „Czy ja dobrze słyszę? Ona jest ruda?” – Aha. Jest basen, jest impreza!

Piosenka wkręca się w mózg, zapuszcza korzenie w neuronach, spawa synapsy niczym pan Zdzisiek z huty aluminium w Koninie, a grzecznie proszona  o opuszczenie zwojów odpowiada poetycko: „chyba Ciebie pop****ło”. Dodatkową atrakcją basenu jest ratownik o bardzo wyraźnie zaznaczonym mięśniu piwnym i zapewne jeszcze pokaźniejszej wadze. Po zakończonej pracy postanawia wskoczyć do wody na główkę, a my mamy niezmierną przyjemność oglądania tego wyczynu. Rozbryzg klasa!!!

Po tych radosnych uniesieniach opuszczamy basen i pedałujemy dalej w stronę domu, który jest już prawie na wyciągnięcie ręki. Jeszcze tylko Płoty, Przylep i jesteśmy w Zielonej Górze. Huuurraaa, udało się!!! Na koniec, ze względu na burczenie w żołądku i pustą lodówkę w mieszkaniu, postanawiamy zatrzymać się jeszcze na obiad, który ma być dodatkowo uroczystym podsumowaniem naszego tripu. Zatrzymujemy się w Gallo Nero Pizza & Pasta  i zamawiamy makarony. Jedzenie dobre, mamy więc potwierdzenie pozytywnych ludowych opinii o tym miejscu.

Ostatnie trzy kilometry śmigamy już po znanych nam ulicach. I nareszcie w domu. Bardzo zmęczeni, ale niesamowicie zadowoleni. W nogach dziś 55 km. A w głowach pełno wspomnień, ciekawych i nieciekawych noclegów, dobrych i słabych restauracji. Bardzo udany, choć krótki urlop. Taki inny, w najbliższej okolicy. Fajny. Polecam 🙂

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s