16 (30) – Szczun Na Śląsku – „Dzień VI – Rowerami z Zielonej Góry do Zielonej Góry”

Czas opuścić miejsce naszych dwóch noclegów. Na zakończenie pobytu w Buczynach zwiedzamy skansen. W końcu. W pierwszej chacie znajduje się przeogromna kolekcja starych sprzętów z wielu różnych dziedzin życia codziennego.

Drugie okno na poddaszu po lewej to nasz pokój

Drugie okno na poddaszu po lewej to nasz pokój

Informacyjny misz-masz przed wjazdem

Informacyjny misz-masz przed wjazdem

Skansen i zebrane w nim urządzenia - kolejne zdjęcia także.

Skansen i zebrane w nim urządzenia – kolejne zdjęcia także.

Historia w języku łużyckim

Chyb a komuś coś się uroiło

Chyb a komuś coś się uroiło

SAM_1017_tonemapped

Historyjka w języku łużycki - bardzo podobny do polskiego

Historyjka w języku łużycki – bardzo podobny do polskiego

SAM_1013_tonemapped

SAM_1011_tonemapped

SAM_1010_tonemapped

W drugiej chacie przedstawione jest typowe wyposażenie łużyckiej chaty. Na terenie skansenu znajduje się także mini-zwierzyniec, który zamieszkują dziki, kucyki, bażanty, króliki, owce i kozły.

SAM_1029_tonemapped

SAM_1030_tonemapped

SAM_1031_tonemapped

SAM_1032_tonemapped

SAM_1034_tonemapped

Mam ambiwalentne odczucia co do tego terenu. Z jednej strony cieszy fakt, że takie miejsce jest, że gromadzone są przez właścicieli przedmioty związane z Łużycami i Serbołużyczanami. Z drugiej strony widać, że brakuje pieniędzy, konsekwencji, ale chyba najbardziej pomocy urzędników. Samo założenie skansenu to trochę za mało, choć zebranie pieniędzy na ten cel to już wielkie wyzwanie. O kolekcję trzeba jeszcze zadbać –  to zwykle staje się zbyt trudne dla prywatnego właściciela, jeśli ma się tylko kilka rąk z rodziny do pracy. Przez to wnętrza chat robią nieco przygnębiające wrażenie. Tyle przemyśleń.

Pogoda od rana była niezbyt ciekawa, jednak w czasie zwiedzania skansenu wypogodziło się i mamy bardzo dobre warunki do jazdy.

Przed nami trasa dnia szóstego:  Buczyny – Trzebiel – Tuplice – Brody – Czarnowice.

W końcu wyjeżdżamy. Po chwili znów znajdujemy się na trasie rowerowej (szlaku górniczo-kolejowym), która wiedzie byłą linią kolejową. Mieliśmy okazję jechać nią już wczoraj. Nadal jesteśmy mile zaskoczeni infrastrukturą turystyczną: wiatami, planami, nawet znakami informacyjnymi. Na drogowych przejazdach pozostawiono szyny, zapewne ze względu na oszczędności przy projekcie, jednak widok jest bardzo przyjemny i przypomina o pierwotnym znaczeniu trasy, którą jedziemy.

Trasa rowerowa po byłej linii kolejowej

Trasa rowerowa po byłej linii kolejowej

Mijamy Trzebiel (tuż po wojnie Trebuła, nazwa niemiecka Triebel, dolnołużycka Trjebule lub Trjebul, w latach 1945-46 Trąby), czyli miejsce naszej zbawiennej kolacji sprzed dwóch dni, i przejeżdżamy pod autostradą. Chwilę później zjeżdżamy z byłej linii kolejowej i skracamy dojazd do kolejnej miejscowości – Tuplic. Wieś licząca 1500 mieszkańców, stanowiąca siedzibę gminy (3300 mieszkańców). Zatrzymujemy się, aby chwilę odpocząć. Szukamy miejsca, gdzie moglibyśmy napić się kawy. W okolicach urzędu gminy pustki. Miejscowa pizzeria jeszcze zamknięta. Cóż, pozostaje nam posilić się kanapkami i kontynuować trasę.

Wiata turystyczna

Wiata turystyczna

Opis trasy kolejowo-górniczej

Opis trasy kolejowo-górniczej

Ruszamy dalej w kierunku miejscowości Brody, do której prowadzi nas dalej szlak kolejowo-górniczy. Biegnie on po nowo powstałej drodze leśnej na długości około 16 km. Szeroki i wysypany tłuczniem. Jechało się nim świetnie przez całą długość. Mały wyjątek stanowił podjazd przed Brodami. Kamienie były zbyt duże nawet dla opon w moim rowerze. Rozwiązaniem było podprowadzenie naszych „pożeraczy przestrzeni” kilkadziesiąt metrów pod górkę. Następnie zjazd po kocich łbach i jesteśmy w Brodach (niem. Pförten).

Brama Zasiecka w Brodach

Brama Zasiecka w Brodach

Barokowy układ urbanistyczny z XVIII wieku, który zachował się do dziś, składa się z pałacu, oficyny, kościoła, Bramy Zasieckiej i kilkunastu domów. Wart uwagi jest także przypałacowy park pełen niezwykle rzadkich okazów drzew i krzewów rosnących nad jeziorem.

Zniszczony pałac w Brodach

Zniszczony pałac w Brodach

Do byłego miasta prowadziła od zachodu Brama Zasiecka, którą przejeżdżamy. Widok bardzo ciekawy, ale sama wieś wygląda opłakanie. Opłakanie wyglądają ruiny pałacu, który jest obecnie remontowany. Najwspanialszy okres rozwoju Brody przeżywały w XVIII wieku, gdy właścicielem miasta został hrabia Henryk von Brühl – Minister Skarbu Dworu Saskiego. W roku 1790 ówczesny pan na Brodach i Forście, wieloletni starosta Warszawy, generał artylerii koronnej Alojzy Fryderyk von Brühl, odznaczony przez króla polskiego Stanisława Augusta Poniatowskiego orderem „Orła Białego”, wyreżyserował w parku w Brodach plenerową sztukę Szekspira pt. „Sen nocy letniej”. Wydarzenie odbiło się echem w Europie. Bajkowych scen dostarczył brodzki park.

Oficyna przypałacowa

Oficyna przypałacowa

W restauracji, mieszczącej się w jednej z dwóch przypałacowych oficyn, zamawiamy kawę, której brak w naszych żyłach coraz bardziej dawał się we znaki. Przeglądamy menu: ceny niemieckie, błędy językowe i ortograficzne, po prostu słabo. Po kawie postanawiamy pospacerować trochę po parku.

Dalszą część trasy pokonujemy drogami asfaltowymi, na których na szczęście ruch samochodowy jest niewielki. Znów zaopatrujemy się w zapas kukurydzy. Mijamy Datyń, Koło i Jasienice. Wjeżdżamy na drogę drugorzędną nr 286. Ta trasa prowadząca do Gubina jest już dość mocno uczęszczana przez auta. W Stargardzie Gubińskim dokonujemy zakupów obiadowo-kolacyjnych i w końcu docieramy do miejsca naszego kolejnego noclegu, do Czarnowic.

Jak się później okazało, wieś powinna się nazywać „Czarnowidzę”. Dlaczego? Już piszę.

Trafiamy do miejsca naszego noclegu. Już rzucenie okiem na podwórze daje nam do myślenia. Stare sprzęty, artykuły AGD i inne. Czy to jest punkt skupu złomu? Nie, to tylko noclegi w Czarnowicach. Z pokoju, na drzwiach którego znajduje się tabliczka „Ojciec Dyrektor”, wyłania się najpierw kłęb dymu papierosowego, a później jegomość, który reklamuje przed nami swoją posiadłość. Otrzymujemy pokój czteroosobowy. Równie dobrze moglibyśmy dostać każdy inny, bo oprócz nas nie ma tam żywej duszy. Rowery wstawiam do pokoju, bo obawiam się, że w innym miejscu nie byłyby bezpieczne. Jesteśmy skonsternowani, nie mamy ochoty tutaj zostać, bo warunki pozostawiają wiele do życzenia. Z drugiej jednak strony przejechaliśmy prawie 44 km, jesteśmy zmęczeni i brudni i jak zawsze w takiej sytuacji mamy wielką ochotę się odświeżyć. Zmuszamy się więc do tego, aby wziąć prysznic i ruszamy na spacer po wiosce, by jak najmniej czasu spędzić w tym obskurnym budynku.

Nasze miejsce noclegowe mieści się w południowej części wsi, kierujemy się wzdłuż drogi na północ. „Zwiedzamy” miejscowość i po krótkiej wędrówce jesteśmy przy najbardziej wysuniętej na północ posesji. Hmmm…. wracamy. W połowie drogi znajdujemy znak informacyjny „Łowisko” i strzałkę w lewo. Nie mamy nic ciekawszego do robienia, więc postanawiamy iść w tym kierunku. Po kilkuset metrach znów strzałka „Łowisko” i kierunek w prawo. Nie mamy zielonego pojęcia jak daleko owe łowisko się znajduje, więc zawracamy, by zdążyć jeszcze przed osiemnastą odwiedzić sklep spożywczy i zaopatrzyć się w alkoholowe co nieco. Chcemy jak najszybciej zasnąć.

Możemy tylko żałować, że nie dotarliśmy do „łowiska”. Na drugi dzień przy wjeździe do Gubina natrafiliśmy bowiem na reklamę „Folwarku Czarnowice” – łowisko, noclegi, biesiady itd. 😦

Wieczorem udaję się do gospodarza, aby uregulować należne za nocleg. Kwota ustalona na 80 zł za dwie osoby. Otrzymuje fakturę na 90 zł, a ostatecznie płacę 70 zł. Ten bałagan mnie wcale nie dziwi.

Zasypiamy w ubraniach, pod naszym małym kocem. Nie mamy najmniejszej ochoty korzystać z pościeli przygotowanej dla gości.

Reklamy

15 (29) – Szczun Na Śląsku – „Sos z kurek”

Szał na zbieranie grzybów jest wielki, gdyż podobno obrodziły. W sobotę postanowiliśmy się o tym przekonać. Wybraliśmy się we trójkę na grzybobranie. Nikt z nas nie zna okolic Zielonej Góry w kwestii występowania grzybów, więc w ruch poszła mapa i szukanie. Może tu, a może tutaj, a może jednak tam.  W ostateczności padło na miejscowość Grabowiec w gminie Świdnica.

Rankiem przygotowaliśmy kanapki, kosze i wszelkiej maści przedmioty potrzebne na grzybobranie. Wjechaliśmy w las, nucąc piosenkę Kabaretu Starszych Panów.

Znajdziemy piękne okazy czy nasze kosze pozostaną puste? Pogoda dopisywała, humory także, więc zapuściliśmy się w las. No i grzyby znaleźliśmy. Może nie tyle, żeby po 20 minutach mieć całkowicie zapełnione koszyki, wiadra i bagażnik samochodu. Ale na suszone, marynowane,  na zupę i sos wystarczy.

Ja miałem niesamowite szczęście znajdować w większości kurki czyli pieprzniki jadalne. Wystarczyło tylko zawołać je, tak jak się woła na kurki: „cip, cip, cip” i od razu wyskakiwały z poszycia. Z kurek powstał aromatyczny sos – cudowne wspomnienie dzieciństwa.

Sos kurkowy

  • kurki (około 1 kg)
  • 3 łyżki masła
  • 2 średnie cebule
  • 4 ząbki czosnku
  • śmietana kwaśna 12% – 3 łyżki (tyle zostało w lodówce)
  • śmietana 30% (100 ml – jak wyżej)
  • natka pietruszki
  • sok z cytryny (łyżka)
  • sól
  • pieprz

    Kurki - idealne na sos

    Kurki – idealne na sos

Przepis jest banalnie prosty, a efekt niesamowity.

Kurki należy bardzo dokładnie umyć i oczyścić, a następnie osuszyć.

Cebulę oraz czosnek drobno posiekać.

Na patelni roztopić masło, zeszklić na nim cebulę, następnie dodać czosnek i smażyć około minuty.

Później wrzucić na patelnię grzyby i smażyć je na średnim ogniu. Soku, jaki zaczną puszczać kurki, nie należy wylewać! Po ok. 5 minutach dodać obie śmietany. Posypać częścią natki,  skropić sokiem z cytryny oraz przyprawić solą i pieprzem. Smażyć kilka minut, aż sos się zredukuje.

Posypać resztą pietruszki.

Sos z kurek

Sos z kurek

Świetnie pasuje do makaronów, ziemniaków, jak i do dań mięsnych. My mieliśmy ucztę z makaronem.

Makaron z sosem kurkowym

Makaron z sosem kurkowym

 

14 (28) – Szczun Na Śląsku – „Dzień V – Rowerami z Zielonej Góry do Zielonej Góry”

Dzień bez gonienia. Taki mamy właśnie plan. Cały dzień na Park Mużakowski. Nie zmieniamy miejsca noclegu, więc nigdzie nie musimy się spieszyć. Jedyne, co wygania nas z łóżka, to poranny głód. Śniadania nie zjemy w miejscowej Karczmie Łużyckiej, jest jeszcze zamknięta. Postanawiamy więc posilić się w Łęknicy, mieście przy granicy z Niemcami, w okolicach którego i tak chcemy spędzić najbliższych kilka godzin.

Do Łęknicy prowadzi droga krajowa nr 12, a mamy do przejechania nią 7 km. Ruch jest spory. Jedziemy kilka minut i znajdujemy ścieżkę rowerową, więc proponuję, byśmy to właśnie nią dotarli do Łęknicy. Okazuje się, że droga ta prowadzi po nasypie kolejowym po zlikwidowanej linii. Świetne rozwiązanie! Jedynym mankamentem (nieprzewidzianym niestety przez mnie) jest to, że droga do pokonania wydłuża się z 7 do 13 km. Taki urok kolei, że nie zawsze ich trasa była wyznaczana po najkrótszej linii.

Od wczoraj znajdujemy się na terenie Parku Krajobrazowego „Łuk Mużakowa”. Park powstał przede wszystkim po to, by chronić wschodnią część pięknie ukształtowanej moreny czołowej (zwanej także Łużyckim Wałem Granicznym), która zachowała się w całości, stanowiąc unikat na skalę światową. Morena w kształcie łuku, którego ramiona otwarte są w kierunku północnym rozciąga się na granicy Polski i Niemiec. Jej długość to 40 km, odległość między ramionami to 20 km, natomiast szerokość pasma wzniesień, które ją tworzą wynosi od 3 do 5 km. Niemal przez środek moreny przełamuje się graniczna rzeka – Nysa Łużycka. Opisany twór geologiczny powstał ok. 450 tys. lat temu podczas zlodowacenia skandynawskiego.

Na terenie parku występują deniwelacje (różnice wysokości) rzędu ok. 100 m. Najwyższym punktem po stronie polskiej jest bezimienne wzgórze na północny-wschód od Żarek Wielkich, 178,8 m n.p.m., i drugie w obszarze na północ od Nowych Czapli – 182,8 m n.p.m. W południowej części Łuku Mużakowa znajduje się ścieżka geoturystyczna „Dawna Kopalnia Babina”. Jej start to mijana przez nas miejscowość Nowe Czaple. Kusi nas, by na jej terenie zwiedzić eksploatację węgli brunatnych oraz iłów ceramicznych, która na skalę przemysłową prowadzona była tutaj w latach 1920-1973. Jednak coraz większa ochota na ciepłą jajecznicę zniechęca nas, by zrobić dodatkowe 5 km. Szkoda…

W końcu wjeżdżamy do Łęknicy (niem. Lugknitz, łuż. Wjeska, 1945-46 Lubanica). Miasto, a wygląda jak wieś. Zabudowy miejskiej trudno uświadczyć. Znajdujemy pierwszy lokal gastronomiczny – Bar Dana przy ulicy Dworcowej. Jajecznica na boczku smakuje wyśmienicie, do tego przeogromna bułka i herbata. Po 6 nadplanowych kilometrach jedynie dosyć długie oczekiwanie na zamówione śniadanie trochę nas irytuje.

Ruszamy dalej. W planach zwiedzanie Parku Mużakowskiego. Opis ze strony: „Park Mużakowski, inaczej Park Muskau, która to nazwa jest jego nazwą historyczną, został założony w 1. połowie XIX w. Twórcą parku – pomysłodawcą i autorem koncepcji – był pruski arystokrata, właściciel lokalnych dóbr, książę Hermann von Pückler-Muskau. To jedno z najrozleglejszych historycznych założeń parkowych w Europie, w którym zrealizowany został program kompozycyjny krajobrazowego parku angielskiego, należy do najwybitniejszych osiągnięć europejskiej sztuki ogrodowej.

Dzisiaj przez Park Mużakowski przebiega korytem Nysy Łużyckiej polsko-niemiecka granica. Jego obszar, obejmujący łącznie przeszło 700 ha, podzielony jest asymetrycznie rzeką pomiędzy niemiecki Bad Muskau i polską Łęknicę. Po niemieckiej stronie znajduje się centralna część założenia z głównymi budynkami, ogrodami i pleasuregroundem (ok. 1/3 historycznej kompozycji), po polskiej zaś rozległy naturalistyczny park (ok. 500 ha). Obie części łączą dwa mosty parkowe, Most Podwójny oraz Most Angielski.

Park Mużakowski, wpisany w malowniczą scenerię doliny Nysy Łużyckiej, to swoiste połączenie natury oraz sztuki ogrodniczej. To precyzyjnie przemyślana kompozycja, łącząca elementy naturalne i kulturowe. Dziś intryguje tych, którzy jeszcze go nie znają i zachwyca tych, którzy go już odkryli – bowiem podziwiane parkowe obiekty i miejsca to precyzyjnie dobrane składniki wyimaginowanego świata, to opowieść o pięknie, którą chce nam przekazać jej twórca. W 2004 r. Park Mużakowski został uznany za dobro Światowego Dziedzictwa UNESCO.”

Bad Muskau - tuż za polską granicą

Bad Muskau – tuż za polską granicą

Tyle opis. My przekraczamy granicę starym przejściem i mamy wrażenie, że trafiamy do innego świata. Bad Muskau (Mużaków; górnołużyckie Mužakow lub Kupjel Mužakow) jest zadbane, nie ma żadnych billboardów, ani też natrętnych reklam. Architektura jest kolorystycznie stonowana i schludna. Wjazd do Niemiec w Bad Muskau jest przyjemnością. Co innego wjazd do Polski w Łęknicy. Wita nas bazar miejski „Manhattan”. Wrażenie mamy takie, jak byśmy wjeżdżali do Azji.

Łęknica - tuż za niemiecką granicą

Łęknica – tuż za niemiecką granicą

"Manhattan" Łęknica - foto ze strony Urzędu Miasta Łęknica

„Manhattan” Łęknica – foto ze strony Urzędu Miasta Łęknica

Rozpoczynamy zwiedzanie parku. Podjeżdżamy do byłego folwarku zamkowego. Parkujemy rowery przy kawiarni i udajemy się na pieszą wędrówkę. Zabudowania folwarku mieszczą w sobie wypożyczalnię rowerów, miejsca w czterech apartamentach Hotelu Kristall (116 € za osobę), kawiarnię Café Fürst Pückler oraz garncarnię. Mużakowska kamionka przez wieki była wysoce cenioną specjalnością lokalnych rzemieślników.

Kawiarnia w zabudowaniach folwarcznych

Kawiarnia w zabudowaniach folwarcznych

Budynek z pokojami hotelowymi

Budynek z pokojami hotelowymi

Zabudowania gospodarcze folwarku

Zabudowania gospodarcze folwarku

Stamtąd udajemy się do serca Parku Mużakowskiego – Nowego Zamku, wzniesionego w XVI w. Pückler planował przebudować go w stylu klasycystycznym wspólnie z architektem Karlem Friedrichem Schinkelem. Jednak z braku pieniędzy nic z tego nie wyszło. Zamiast tego następcy Pücklera nadali budowli wygląd w stylu neorenesansu. Wspaniały. W 1945 roku zamek został spalony przez wojska sowieckie, a w 1995 roku został rozpoczęty jego remont. Efekt prac jest oszałamiający.

Miejsca wypoczynkowe obok Nowego Zamku

Miejsca wypoczynkowe obok Nowego Zamku

Widok na wejście do Nowego Zamku

Widok na wejście do Nowego Zamku

Otwarta przestrzeń przed zmkiem

Otwarta przestrzeń przed zamkiem

Estetyczny sposób przekazania informacji turysycznej

Estetyczny sposób przekazania informacji turysycznej

Schloss Cafe czyli Kawiarnia Zamkowa zauroczyła nas. Możliwość płatności w złotówkach, obsługa w języku polskim, czysto, pachnąco, świeże kwiaty na każdym stoliku, a do tego wystrój zrobiony ze smakiem. I wcale niedrogo: Latte Macchiato z dodatkiem bezalkoholowego syropu Amaretto 3,40 €, podwójne Espresso 3,90 €, szarlotka na ciepło z lodami waniliowymi i bitą śmietaną 3,70 €, makowiec 3,00 €. Zdecydowanie polecamy.

Nasze niemieckie śniadanie - szarlotka i late

Nasze niemieckie śniadanie – szarlotka i latte

Makowiec i espresso

Makowiec i espresso

Po kawiarnianych słodkościach udajemy się na zwiedzanie parku. Wygląda zachwycająco. Można by spacerować po nim godzinami. Tak też czynimy, bo to dla nas sama przyjemność. W końcu jednak, po dłuższej przechadzce, postanawiamy odpocząć i na północnej rubieży parku znajdujemy ławkę. Rozciąga się  z niej widok na przepływającą w dole rzekę oraz na polską część parku. Tak odpoczywamy około godziny. To czas spędzony na rozmyślaniu: „skąd przybyliśmy, po co jesteśmy i dokąd zmierzamy”.

Miejsce dumania nad Nysą Łużycką - w tle Most Angielski

Miejsce dumania nad Nysą Łużycką – w tle Most Angielski

Kolejny punkt naszej wycieczki to Rynek w Bad Muskau. Jest niewielki, ale bardzo zadbany. Pozytywnie zaskakują mnie nazwy ulic, które zapisane są w dwóch językach: niemieckim i łużyckim. Zastanawiam się przez chwilę, czy w Mużakowie mieszkają Łużyczanie, którzy używają swojego narodowego języka. Zwiedzamy też Stary Zamek, a następnie odbieramy rowery i jedziemy na polską stronę, aby obejrzeć wiadukt w tej części parku.

Dwujęzyczne tabliczki

Dwujęzyczne tabliczki

Jeść. Tak trzeba coś zjeść. Wczoraj nie udało nam się posmakować wytworów tutejszej pizzerii (była zamknięta), więc zamierzamy zrobić to dziś. Przy zamówieniu prosimy o wymianę składnika na jednej z pizz. Pani przy kasie ochoczo notuje i przyjmuje zamówienie. Druga pani (zapewne ważniejsza) stwierdza, że wymiana jednego składnika na drugi kosztuje dodatkowo 2,5 zł. Hmmm… ręce opadają, nawet nie chce nam się kłócić. Dzicz, jakieś bezcywilizacyjne tereny, barbarzyńcy, Azja… nie to tylko Pizzeria Miro w Łęknicy. Zamawiamy jedzenie. Niczego nie urywa, na szczęście. Pizzeria mieści się w budynku Ośrodka Kultury, Sportu i Rekreacji. Na terenie przyległym do OKSiRu zostały ustawione tablice informacyjne dotyczące Parku Krajobrazowego, a także różnego rodzaju bogactwa naturalne, jakie były eksploatowane na jego terenie.

Tablice informacyjne - nie obyło się bez błędów

Tablice informacyjne – nie obyło się bez błędów

Jeden z opisów dotyczących Parku Krajobrazowego "Łuk Mużakowa"

Jeden z opisów dotyczących Parku Krajobrazowego „Łuk Mużakowa”

Przed odjazdem zatrzymujemy się jeszcze na popołudniową kawę w „Restauracji Mużakowskiej”  mieszczącej się w Hotelu Mużakowskim. Mam szczególną ochotę na kawę po turecku. Nie ma jej w menu, ale pytam kelnerkę czy jest możliwość jej przyrządzenia. Za chwilę upragniona kawa jes już na moim stoliku. I bardzo pozytywne zaskoczenie: tak pysznej dawno nie piłem.

Przy kawie, pod restauracyjnymi parasolami, przeczekujemy drobny deszcz i decydujemy się na powrót. Podczas odpinania rowerów zaczepia nas turystyczna rodzina z Niemiec, którą intryguje kolorystyka mojego roweru. Bardzo im się podoba i są ciekawi czy to malowanie to mój pomysł. Niestety muszę ich rozczarować informując, że rower jest w spadku po ojcu i nie wiem czy malunek jest oryginalny.

W końcu wyruszamy w drogę powrotną do Buczyn. Jedziemy przez park wzdłuż Nysy Łużyckiej. Szlak prowadzi nas do Żarek Wielkich, które do 1945 nazywały się z niemiecka Groß-Särchen. W Żarkach Wielkich urodził się Gustaw Teodor Fechner (1801-1887) – znany filozof i twórca psychologii doświadczalnej. Również z Żarkami związany był Krabat, legendarny obrońca Łużyczan, który miał tutaj swój folwark.

Dziś przejechane 26,6 km.