13 (27) – Szczun Na Śląsku – „Dzień IV – Rowerami z Zielonej Góry do Zielonej Góry”

Po wczorajszym deszczu nie ma ani śladu. Nie ma oszałamiającej letniej pogody, ale czuć, że już za chwilę, już za momencik będzie upalnie. Z drugiej strony, jak o wpół do ósmej ma być upalnie. Dziwny ten urlop, gdy mam możliwość pospania bardzo długo, a zrywam się wcześnie. Podobno starzy ludzie wcześnie wstają – może coś w tym jest 😉

Rankiem wypoczywamy: śniadanie, kawa, relaks na dworze. Dziś przed nami trasa trochę inna, niż wyznaczona wcześniej. Zmiana ta dotyczy przejazdu nad autostradą. Pierwotnie mieliśmy przejechać nad nią w drodze do Czyżówka w okolicach Iłowy. Jednak nasza trasa uległa skróceniu i mapa „podpowiada” teraz, że najlepszym miejscem na pokonanie autostrady będzie odcinek pomiędzy Drozdowem a Bogumiłowem. Dziś trasa wiejska, żadnego miasta po drodze.

Agroturystyka w Jankowej Żagańskiej

Agroturystyka w Jankowej Żagańskiej

Trasa czwarta (pełna): Jankowa Żagańska – Mirostowice Dolne – Stawik – Mirostowice Górne – Drozdów – Bogumiłów – Janików – Łuków – Niwica – Gniewoszyce – Buczyny.

Po porannym leniuchowaniu w końcu podejmujemy decyzję, którą podjąć musimy: ruszamy w drogę. Przez chwilę wracamy wczorajszą trasą do Mirostowic Dolnych. Skręcamy na zachód i w tym kierunku będziemy podążać dziś cały czas. W przeważającej większości będzie to rowerowy czerwony szlak o nazwie „Pętla Łużycka”, wytyczony w ramach programu „Przygoda z Nysą”. Trasa wiedzie drogami o różnej nawierzchni. Pojawiają się drogi boczne asfaltowe, ale są również i polne oraz leśne. Momentami jedziemy nawet wąskimi ścieżynami. Ale to na szczęście tylko kilkaset metrów niezbyt wygodnej drogi, częściowo podmokłej. W Mirostowicach Górnych tradycyjnie uzupełniamy zapas śliwek, oczywiście z drzew rosnących przy drodze, w żadnym wypadku z tych rosnących na czyjejś działce.

Darmowe zapasy śliwek

Darmowe zapasy śliwek

Zatrzymujemy się na kawę. Tym razem wybieramy zabytkowy „Dworek Bogumiłów”, malownicze gospodarstwo agroturystyczne (oddalone o 11 km na południowy-zachód od Żar) z restauracją urządzona w stylu myśliwskim, serwująca m.in. potrawy z dziczyzny. Skąd akurat taki rodzaj menu? A to wszystko przez pasję myśliwską właściciela. Dzięki niemu organizowane są tutaj Hubertusy. Zabytkowy Dworek znajduje się na Szlaku Konnym Borów Dolnośląskich. Znajduje się tu okazała stadnina koni, odbywają się zawody jeździeckie, można także pojeździć konno i przejechać się bryczką. Bardzo sympatyczne miejsce. Dla nas idealne na chwilę odpoczynku.

Dworek Bogumiłów

Dworek Bogumiłów

Uwaga, podobno pluje

Uwaga, podobno pluje

Lubisz to ośle

Lubisz to ośle

Trasa prowadzi nas dalej na zachód do miejscowości Janików. Specyficzny klimat – mało zabudowań, a jeśli już się jakieś pojawiają, to sprawiają wrażenie opuszczonych. Niektóre z nich mają w sobie, przynajmniej na pierwszy rzut oka, duży potencjał. Przez krótką chwilę w głowie kiełkuje mi myśl, że to idealne miejsce, aby kiedyś założyć tam gospodarstwo agroturystyczne. Gospodarstwo ukierunkowane na hodowlę… konopi indyjskich. Pyszny pomysł 😀

Im dalej na zachód, tym bardziej uwidacznia się jak na dłoni nazwa dzień wcześniej odwiedzonego muzeum w Żarach. Pogranicze śląsko-łużyckie otacza nas zewsząd. Jedziemy drogą, która jest granicą pomiędzy dwoma gminami – Lipinkami Łużyckimi (na północy) i Przewozem (na południu). Tereny te były przez setki lat pograniczem miedzy Wolnym Państwem Stanowym Żary – Trzebiel  (Łużyce) i Księstwem Żagańskim (Śląsk). Nasza trasa usłana jest dziesiątkami kałuż, które powstały po wczorajszych intensywnych opadach deszczu. Nie ryzykujemy ich przejeżdżania i omijamy je. Mamy już małe błotne doświadczenie z wczoraj 😉

Gdy jesteśmy w Łukowie zaczyna grzmieć. Nie zrażamy się jednak burzowymi odgłosami i jedziemy dalej. Ale niezbyt długo. Docierając do kolejnej miejscowości, Niwicy (do 1945 niem. Zibelle, łużycka nazwa Cybalin), nie pozostaje nam nic innego, jak skryć się w miejscowym sklepie. Znów pada niemiłosiernie. Ale na szczęście nie mokniemy. Uzupełniamy cukier czekoladowymi batonikami i czekamy, aż pogoda się poprawi, by pokonać kolejne kilometry. Ekspedientka naszego „schronu” nie jest zbyt chętna, byśmy przechowali rowery w przejściu prowadzącym do sklepu. Kręci nosem, ale ostatecznie zgadza się, byśmy wprowadzili. Ale tylko jeden. Więc mój moknie. Na szczęście sakwa jest wodoodporna, uff.

Gdy przestaje mocno padać wyruszamy dalej. Mijamy tablicę upamiętniającą żyjącego w Zibelle, i tam również zmarłego, Waltera Hermanna Nernsta – niemieckiego fizyka i chemika, laureata Nagrody Nobla z chemii w 1920 roku.

W rowerowym planie na dziś pozostają nam jeszcze dwa punkty: Gniewoszyce i Buczyny. Do tych pierwszych znów jedziemy czerwonym szlakiem rowerowym – tym razem jego północną częścią. Trasa wiedzie brukowaną drogą. Zaskakujące jest to, że większość domów w tej małej miejscowości jest na sprzedaż. Zaczyna siąpić coraz mocniej, a my mamy przed sobą ostatnie kilka kilometrów. Znów lasem i znów przez kałuże.

W końcu Buczyny. Zmęczeni, ale zadowoleni trafiamy do miejsca naszych dwóch kolejnych noclegów. To Ośrodek Kultury Łużyckiej. Na miejscu jest Muzeum Etnograficzne oraz Karczma Łużycka. Rezerwację robiłem trzy tygodnie wcześniej, wczoraj ją potwierdziłem, czyli nie powinno być żadnego problemu. Ale okazuje się, że jednak jest. Pani obsługująca karczmę musi zadzwonić do szefa, aby się dowiedzieć, co i jak, bo sama nie bardzo orientuje się, gdzie dokładnie mamy spać. Tak, jest dla nas pokój, płatny z góry, 40 zł za osobę za noc. Cena podana na stronie internetowej wynosi 25 zł, ale to przy większej ilości noclegów. Jak zawsze, ale to już wiedziałem wcześniej. Odpinam sakwy, zanoszę je do pokoiku na poddaszu, najważniejsze że jest on z łazienką.

Ale z zimną wodą. Nie pozostaje nic innego, jak znów iść zasięgnąć języka do Pani z karczmy. No i już wiem, ciepła woda będzie za chwilę. Owa chwila wydłuża się do 20 minut. Czyli jakieś 40 od naszego przyjazdu. A przecież wczoraj potwierdzałem nasz przyjazd, eh… No cóż, brudni po podróży czekamy na ciepłą wodę, podziwiając nasz pokój. Wzrok przyciągają sztuczne kwiaty, odbiornik radiowy bez pokrętła umożliwiającego wybór stacji i niezbyt ciekawe wyposażenie. Estetyka powalająca. Lubię etnografię, skanseny i całą otoczkę związaną z tym tematem, ale na razie nie jest przekonująco.

W końcu schodzimy zjeść ciepły posiłek. Kierujemy się do wspomnianej wcześniej Karczmy Łużyckiej, bo będąc w takim miejscu, grzechem byłoby tu nie zajrzeć i nie zjeść jakiegoś specjału kuchni. Wystrój wnętrza jest ciekawy, trochę rustykalny, klimat jest wiejski i swojski. Ciepła temu miejscu nadają drewniane ściany i sufit.

W środku Karczmy Łużyckiej w Buczynach

W środku Karczmy Łużyckiej w Buczynach

Otrzymujemy menu ze zdjęciami potraw i z naklejkami informującymi o cenach (w złotówkach i euro). Pojawia się właściciel całego obiektu, który pełni również rolę gospodarza. Zagaduję go o potrawy, o to, co najlepsze w kuchni, w końcu o to, co typowo łużyckiego poleca z menu. Właściciel informuje nas, że kuchnia łużycka była biedna, mało urozmaicona, ale poleca nam „Schab po łużycku”, który okazuje się niczym innym, jak porcją mięsa z grzybami w panierce. W czasie oczekiwania na obiad gospodarz proponuje nam degustację domowego, robionego przez siebie, destylatu z winogron. Bardzo smaczny i aromatyczny.

Domowy destylat - to co tygrysy lubią najbardziej

Domowy destylat – to co tygrysy lubią najbardziej

Zamówiony specjał okazuje się porażką. Użyte w nim grzyby to zielonki, niestety bardzo słabo wypłukane. Ziarna piasku rysując nam szkliwo zębów, wydają piskliwe dźwięki. Zjadamy tylko sałatki i frytki. Zawstydzony tym kulinarnym faux pas, gospodarz proponuje, abyśmy za danie nie płacili. Gest miły, ale mimo wszystko mały niesmak pozostaje.

Lubimy wino domowej roboty

Lubimy wino domowej roboty

Nienajedzeni do syta wracamy do pokoju. Pod wieczór robimy się coraz bardziej głodni, wyruszamy więc znaleźć we wsi sklep spożywczy. Nie ma żadnego. Szukamy więc innego sposobu, by w końcu napełnić nasze żołądki. Na szczęście zasięg w tym miejscu jest całkiem dobry, więc wyszukujemy w internecie najbliższe pizzerie z dowozem do klienta. Jedna (w Łęknicy) w poniedziałki zamknięta, druga (w Trzebielu) nie dysponuje dziś samochodem dostawczym. Masakra. Ale nie poddajemy się. Po krótkim namyśle postanawiamy wsiąść na rowery i podjechać do najbliższego miejsca, gdzie na pewno będzie coś do jedzenia późnym wieczorem. Wybieramy odległy o 4,5 km Trzebiel, bo dedukujemy, że miejscowość, ze względu na przebiegającą przez nią drogę krajową nr 12 oraz, na północ od wsi, autostradę, musi mieć jakąś stację benzynową. Bingo! Jest nawet lepiej niż zakładaliśmy, bo bok stacji benzynowej wciąż czynny jest bar/restauracja. Tortilla jest pyszna i okazuje się wybawieniem. Najedzeni i zadowoleni wracamy do skansenu.

Razem przejeżdżamy tego dnia 45 km.

12 (26) – Szczun Na Śląsku – „Dzień III – Rowerami z Zielonej Góry do Zielonej Góry”

Nie ma czajnika, ani elektryczngo, ani też zwykłego tradycyjnego, a bufet w „Młynówce” zamknięty, ze względu na to, że jakaś firma wynajęła go na dziś na szkolenie. Nie możemy sobie zaparzyć porannej kawy. Jak żyć?

Śniadanie powstałe z wczorajszych zakupów smakuje nam wyśmienicie. Ale coś jest nie tak. Gdzie jest kawa? No nie ma. Pakujemy nasze sakwy na rowery i ruszamy w trasę.

Pakowanie sakw przed "Młynówką"

Pakowanie sakw przed „Młynówką”

Trasa III: Żagań – Żary – Czyżówek.

Takie mamy założenia. Do przejechania około 40 km. Znająć życie (to jest dwa dni na rowerze) i tak trzeba będzie dołożyć co najmniej 15%. Po godzinie jedenatej ruszamy przed siebie. Parkiem Pałacowym docieramy na Rynek. Hmmm, to może w końcu ta upragniona kawa? O tak! Po kilku minutach pedałowania zatrzymujemy się, aby wypić nasz ulubiony napój (a może to piwo, a może wino jest ulubionym?!? – nieważne).

Jest niedzielne południe drugiego sierpnia. Żar z nieba leje się niesaowity (w końcu jedziemy do Żar), jest jeszcze bardziej duszno niż wczoraj. Siadamy na zewnątrz „Cali Cafe” i rozkoszujemy się kawą. Jeszcze na dobre nie rozpoczęliśmy dzisiejszej podróży, a już się rozpieszczamy. Ale należy nam się. Po niecałej godzinie postanawiamy opuścić Żagań, a zarazem na chwilę Dolny Śląsk.

Szeroka leśna droga do wsi Siodło

Szeroka leśna droga do wsi Siodło

Udajemy się w stronę Żar, czyli na historyczne Łużyce. Najpierw przejeżdżamy nad Bobrem, później nad Czarną i po chwili wjeżdżamy w las. Obieramy odpowiedni azymut i szeroką leśną drogą kierujemy się na zachód. Granica pomiędzy dwoma regionami znajduje się  tuż za Żaganiem. Po drodze znów udaje nam się zaopatrzyć w odpowiedni kukurydziany prowiant.

Kukurydziany prowiant

Kukurydziany prowiant

Nie niepokojeni przez żadne samochody, po pewnym czasie docieramy do wsi Siodło. Za Wikipedią to „Stara wieś łużycka, wzmiankowana w 1260 roku. W rozplanowaniu jest mała, zwarta, wielodrożnica, z zabudową z przełomu XIX-XX wieku (dwa domy z XVIII-XIX wieku) oraz ruinami cegielni. Nadal czyny jest tu XIX-wieczny cmentarz. W XV wieku wieś należała do Ragewitzów, później była wsią domenalną.” Opis encyklopedyczny opisem encyklopedycznym, nam wioska bardzo się podoba. Ładnie położona w obniżeniu, czysta, cicha i bardzo urokliwa.

We wsi Siodło

We wsi Siodło

Starą brukowaną drogą udajemy się w kierunku Kunic. Dawniej były to Kunice Żarskie, a jeszcze wcześniej Kunzendorf. Ale to przed wojną. Obecnie jest to dzielnica Żar, kiedyś miasto (od 1969 do 1973), a wcześniej wieś.

Od Kunic do centrum Żar biegnie droga rowerowa (oddana do użytku 3 lipca tego roku) z bardzo przyjemnymi i praktycznymi miejscami do postoju. Jak się później okaże, takich miejsc w całym powiecie żarskim jest zdecydowanie więcej. Samorządowcy postawili tu na turystykę, a wszytko to w ramch projektu „Przygoda z Nysą – zagospodarowanie turystyczne pogranicza polsko-niemieckiego” (http://www.przygodaznysa.eu). Brawo!

Miejsce odpoczynku przy trasie rowerowej

Miejsce odpoczynku przy trasie rowerowej

W końcu docieramy do centrum miasta, którego nazwa (Zara) pojawia się pierwszy raz w roku 1007 w kronice Thietmara . Jest i rynek. Ho ho!… całkiem ładny, duży i zadbany. Naszą uwagę przykuwa ciekawa forma fontanny oraz kolorowe i bardzo zadbane kwiaty wokół. Postanawiamy więc skusić się na pstryknięcie kilku fotek na tym tle. W centralnym punkcie umiejscowiony jest ratusz, który wraz z odrestaurowanymi, niezbyt wysokimi kamienicami tworzy ciekawą i spójna całość. Napawając się tym obrazem, przysiadamy w rynkowej kawiarni na kolejną kawę. Tym razem mrożoną w „Passion Cafe” (9,50 zł za sztukę).

Rynek w Żarach

Rynek w Żarach

Ratusz w Żarach

Ratusz w Żarach

Kompleks pałacowo-zamkowy

Kompleks pałacowo-zamkowy

Rozleniwiamy się, a pogoda coraz bardziej męcząca, W powietrzu czuć nadchodzącą burzę. Jednak nie przeszkadza to nam, aby się rozlokować w parku. Prawdziwy piknik: koc, książka, coś do przegryzenia, mapy, by sprawdzić dalszą trasę i lenistwo. W końcu musimy się ruszyć. Ja nie odpuszczam tego, aby wstąpić choć na chwilę do Muzeum Pogranicza Śląsko-Łużyckiego (Ziemia Lubuska – phi, A CO TO?). Wstęp za darmo, nieczynne w poniedziałki, ekspozycja mała, ale ciekawa. Świetna makieta średniowiecznego miasta oraz bardzo ciekawe zbiory map (http://www.muzeumzary.pl).

Bez zakłamania   :)

Bez zakłamania 🙂

Przed burzą udaje się nam skryć na przystanku autobusowym, a raczej w jego wiacie. Gdybyśmy dojechali chwilę później, bylibyśmy przemoczeni do suchej nitki. Laje niemiłosiernie. Tak spędzamy kolejne pół godziny. Ale będzie przynajmniej co wspominać 😉

Burza w Żarach

Burza w Żarach

Ulewa powoli mija, więc w końcu jedziemy dalej. Tym razem leśnymi drogami, które po oberwaniu chmury naszpikowane sa licznymi, momentami dosyć głębokimi, kałużami. Musimy więc byc czujni, by nie wylądować w którejs z nich. Udaje nam sie to prawie idealnie. Prawie, bo okazuje się później, że nasze sakwy, łydki i tylne części ubrań „ozdobione” są błotnistymi kropkami. Ale znów będzie przynajmniej co wspominać.

Ponownie wjeżdżamy do Kunic, by za chwilę dotrzeć do kolejnej miejscowości na trasie – Mirostowic Dolnych. I znów delikatny deszcz. Mijammy granicę powiatu żarskiego i po raz kolejny znajdujemy się na Dolnym Śląsku. Gdy Wjeżdżamy do miejscowości Jankowa Żagańska pada juz coraz bardziej. Dochodzimy do wniosku, że przy tych niezbyt sprzyjających warunkach pogodowych, nie ma sensu się męczyć na rowerach. Upatrujemy więc z oddali pierwszy budynek we wsi. To niedokończony jeszcze dom, który na nasze szczęście ma już połóżony dach. Chronimy się w nim przed deszczem i zjadamy pozostałe jeszcze zapasy kukurydzy.

Z naszej kryjówki dzwonimy do właścicela kolejnego gospodarstwa agroturystycznego z Czyżówka z informacją, że zostało nam już tylko 10 kilometrów do celu i z pewnością już niedługo dotrzemy na miejsce. Wydaje nam się, że deszcz powoli ustaje, więc najedzeni ruszamy dalej. Jednak odczucie deszczu podczas jazdy na rowerze jest zgoła inne niż podczas stania. Skręcamy w lewo i nagle, niczym cud, wyłania się szyld „Agroturystyka Krystyna”. Dochodzimy do wniosku, że dalsza podróż tego dnia może być uciążliwa, więc natychmiast decydujemy się zmienić plany i zadzwonić pod wskazany na reklamie numer. Bingo! Mamy duże szczęście. Miły, żeński głos w słuchawce oznajmia, że jeśli chcemy zostać na jedną noc, to nie ma żadnego problemu. Gorzej byłoby, gdybyśmy decydowali się na dłuższy pobyt – wtedy nie byłoby dla nas miejsc – zajęliby je pracownicy pobliskiego zakładu. Uff…Wprowadzam więc nasze „rumaki” do środka budynku. Gdy już zdejmuje sakwy z rowerów, okazuje się, że  zaopatrzenie nas w prowiant w jedynym sklepie we wsi, zostało już dokonane. Cud kobieta :* . W agroturystyce czysto, schludnie, a co  najważniejsze sucho i ciepło. Cena 50 zł od osoby za nocleg. I wino po całym dniu w nagrodę. Trochę czuję się niezręcznie, że odwołuję nasz przyjazd do Czyżówka. Ale kiedyś na pewno tam jeszcze pojedziemy.

Łącznie znów przejechane 32 km. Zasypaimy zadowoleni.

11 (25) – Szczun Na Śląsku – „Dzień II – Rowerami z Zielonej Góry do Zielonej Góry”

Zmęczeni już na dzień dobry, gdyż niewyspani, wyjeżdżamy na drugi odcinek naszej wyprawy po południowych rejonach województwa lubuskiego. Wcześniej jeszcze robimy rozeznanie po gospodarstwie, w którym nocowaliśmy. Efektem jest sesja fotograficzna nad wyraz fotogenicznej kozy. Podglądamy konie pasące się na pastwisku i krzykliwego pawia. Zakładamy sakwy i dokręcamy te śruby, które należy dokręcić.

Fotogeniczna koza

Pełna charyzmy fotogeniczna koza

Trasa II: Podbrzezie Dolne – Żagań

Żegnamy się z Panią Pszczółką oraz jej mężem i wyruszamy do Żagania, miasta, które jest naszym celem tego dnia. Chwilę po opuszczeniu poprzedniego miejsca noclegu zatrzymujemy się jeszcze przy dziko rosnących dwóch śliwach, by zaopatrzyć się w owoce na drogę: węgierki i ałycze.

Nasza agroturystyka w Podbrzeziu Dolnym

Nasza agroturystyka w Podbrzeziu Dolnym

Na dobre opuszczamy Podbrzezie Dolne i wjeżdżamy do Kożuchowa. Ruch samochodowy tego dnia w mieście jest dość spory. Niestety brak tu osobnych dróg rowerowych, więc nie mamy wyjścia i pedałujemy w sąsiedztwie mijających nas co chwilę aut, co nie jest dla nas zbyt komfortowe i przede wszystkim bezpieczne.

Pogoda tego dnia nas nie rozpieszcza, jest bardzo duszno i gorąco. Na dodatek trasa po opuszczeniu centrum Kożuchowa wiedzie pod górę. Na to samo utrudnienie napotykamy, gdy wjeżdżamy do Podbrzezia Górnego. Po dwóch kilometrach przecinamy nieczynną linię kolejową i tu czeka na nas kolejny punkt darmowego posiłku – olbrzymie pole kukurydzy, które bardzo zachęca, by pokusić się o drobną kradzież. Po chwili trzymam już w dłoniach dwie kolby kukurydzy. Są jeszcze białe, mleczne i przesmaczne. Warto było zboczyć na chwilę z trasy.

Nikt nie poda do sądu o kukurydzę?!?

Nikt nie poda do sądu o kukurydzę?!?

Po małej przekąsce ruszamy dalej. Docieramy do miejscowości Stypułów. Mijamy zdewastowany budynek dworu, którego obraz jest bardzo przygnębiający. Opuszczając wieś, napotykamy miejscowego, który chce nam sprzedać jabłka. Nie wie, że jesteśmy już zaopatrzeni w owoce, które zjemy podczas naszego następnego postoju. Ów postój wyznaczamy w Jeleninie, gdzie pod miejscowym sklepem robimy sobie krótką przerwę. Lody plus śliwki zebrane na początku trasy to orzeźwiające połączenie, idealne w ten upalny dzień.

Poranna owocobranie

Poranna owocobranie

Niesamowity skwar powoduje, że postanawiamy zmienić dalszą część dzisiejszej trasy. Pierwsza wersja zakładała dłuższą podróż do Żagania, bo przez Małomice. Postanawiamy jednak odpuścić sobie tę wersję i jechać prosto do celu.  Ruszamy więc dalej. Zostało nam kilkanaście kilometrów. Nadal bardziej pod górkę niż w dół. Mijamy Kocin i Starą Kopernię. Już blisko i coraz bardziej w dół. Żagań leży nad rzeką Bóbr i po przekroczeniu granic miejscowości zjeżdżamy dość stromym zjazdem do centrum. Zatrzymujemy się przed planem miasta i nagle pojawiają się w głowie pytania: „W której części miasta dokładnie jesteśmy?”,  „Jak dotrzeć do miejsca noclegowego?”. Na szczęście za chwilę wszystko okazuje się być już jasne, więc wsiadamy na rowery i czym prędzej podążamy do pensjonatu, w którym mamy zatrzymać się tej nocy.

Przed planem miasta Żagania - a na herbie śląski orzeł :D

Przed planem miasta Żagania – a na herbie śląski orzeł  😀

„Młynówka” wita nas zamkniętymi drzwiami i kartką z podanym numerem telefonu. Dzwonię, przedstawiam się i informuję, że mamy zamówiony nocleg na dziś. W słuchawce słyszę: „To pan ma być o 23:00?” – bardziej stwierdzenie niż pytanie. Zamurowało mnie, jest piętnasta z minutami. Tragedii jednak nie ma, bo właściciel pensjonatu po niedługiej chwili przyjeżdża na miejsce. Okazuje się, że jego pracownica, która przygotowywała pokój i dzień przed naszym przyjazdem udała się na urlop, błędnie usłyszeć musiała liczbę nocujących gości, bo… dostajemy pokój jednoosobowy. Nie stanowi to jednak dla nas większego problemu i decydujemy się na takie rozwiązanie. Łóżko wydaje się być całkiem spore, a i 50% ceny to kusząca okazja. Poza tym jesteśmy zbyt zmęczeni, by czekać na przygotowanie tego właściwego, dwuosobowego. Ostatecznie płacimy 50 zł – za dwie osoby to cena odpowiednia, za jedną osobę (tak jak miało być początkowo – zdecydowanie za duża).

Po szybkim odświeżeniu się (łazienki w pensjonacie są na zewnątrz pokojów) udajemy się na zwiedzanie miasta. Pierwsze wzmianki historyczne o Żaganiu pochodzą z 1202 roku, z dokumentu księcia śląskiego Henryka I Brodatego.

Mamy szczęście, bo „Młynówka” sąsiaduje z bardzo malowniczym terenem. Wychodząc z pensjonatu trafiamy wprost do Parku Pałacowego, który ma około 100 ha powierzchni i rozpościera się po obu stronach Bobru. Jest on jednym z najcenniejszych i największych w Europie, wspaniałe miejsce, idealne na piknik, wyciszenie albo spacery. Do tego wrażenie robi sam pałac. Barokowy, mieszanka stylów francuskich i włoskich. Jego budowę rozpoczęto w 1630 roku, a ukończono pod koniec XVII wieku.

Taki widok mamy gdy wychodzimy z pensjonatu.

Taki widok mamy gdy wychodzimy z pensjonatu.

W pałacu spotykamy przesympatycznego portiera, który w „Informacji Turystycznej” znajdującej się w budynku pałacu sprzedaje nam pamiątki i mapy. Taki jego dodatkowy zakres obowiązków. Map Żagania były dwa egzemplarze. Jedna aktualna na rok 2002, druga na rok 2004/05. Nowsza mapa miała naniesione długopisem poprawki aktualizujące układ nowych ulic. Bezcenne. Kupuję ją od razu.

W pałacu odbywają się akurat warsztaty muzyczne w ramach „XXVI Letniej Akademii Muzycznej”. Dźwięki skrzypiec, fortepianu oraz innych instrumentów towarzyszą nam podczas zwiedzania piętra pałacu. Przygnębiające wrażenie robią płyty OSB we wnękach okiennych zamiast okien. Jednak pałac jako obiekt oraz jego poszczególne sale są niesamowite i robię fantastyczne wrażenie. To niezwykłe doznanie choć przez chwilę poczuć klimat tamtego okresu.

Pałac w Żaganiu

Pałac w Żaganiu

Trochę już głodni i spragnieni udajemy się na zasłużony obiad. Przez remontowany Plac Słowiański, ulicą Warszawską (deptak) docieramy na Rynek i decydujemy się na „Restaurację Kepler”. Dwa dania dnia (na które składa się rosół oraz ziemniaki, grillowana pierś z kurczaka plus sałatki – cena 16 zł za sztukę) i dwa zimne piwa w pełni nas satysfakcjonują. Zupełnie inne mamy niestety wrażenia, kiedy obserwujemy architekturę Rynku. Panuje tu chaos i nieład, ciekawe kamienice  zakryte są przez otaczające je ogrodzenia z blachy. Ale jest szansa, że to się zmieni, bo podobno planowany jest remont. Może wtedy będzie ładniej. Może.

Wieczorem postanawiamy się zrelaksować. Chcemy udać się w klimatyczne miejsce, więc wybór jest prosty – wyspa na Bobrze. Znajdujemy idealny punkt na wschodnim jej cyplu i odkorkowujemy litrową butelkę wina (jako, że znów 32 km mamy w nogach). Na zakwasy. Pogoda jest cudowna, w oddali słychać spadającą z jazu wodę. Jest ciepło, spokojnie i bez komarzyc. Idealny wieczór. Delikatnie nasączeni alkoholem, udajemy się jeszcze na krótki spacer po parku. Każda ławka w nim tętni życiem. Wielu młodych ludzi widać też w okolicach pałacu, który podświetlony setkami kolorowych lampek robi piorunujące wrażenie. Nic więc dziwnego, że żagańska młodzież wybiera to właśnie miejsce, by spotkać się ze sobą w sobotni wieczór. Tym bardziej, że pogoda dopisuje.

10 (24) – Szczun Na Śląsku – „Dzień I – Rowerami z Zielonej Góry do Zielonej Góry”

No to jedziemy. Wyprawa rowerowa po południowych rejonach województwa lubuskiego. Osiem dni na rowerach. Noclegi w zarezerwowanych wcześniej w Internecie „agoturystykach”.

Skąd pomysł?!? Ot tak, wpadł do głowy. Najpierw chciałem w ciągu dwóch tygodni zrobić samotną, pieszą wyprawę dookoła Ziemi Lubuskiej, zwiedzając miasta i miasteczka w Polsce i w Niemczech, i śpiąc pod namiotem. Jednak w toku rozmów stanęło na tym, że może zrobimy wycieczkę rowerową. Razem. Dlaczego nie?!?

Zadanie pierwsze: kupić rower. Po tygodniu poszukiwań zostało ono wykonane. Zadanie drugie: wymyślić trasę – po jej kilkukrotnej modyfikacji mogłem w końcu powiedzieć: „zadanie wykonane”. Zadanie trzecie: załatwić noclegi – też wykonane. Zadanie czwarte: kupić sakwy i wszelki sprzęt, który może się okazać pomocny w całej wyprawie (zapasowe dętki, zestaw kluczy imbusów, klucze nasadkowe, śrubokręt, itd., itp.) – wykonane.

Nasze pojazdy tuż przed wyprawą

Nasze pojazdy tuż przed wyprawą

Start zaplanowaliśmy na pierwszego sierpnia. Dzień wcześniej zaczęliśmy pakować sakwy. Część strojów potrzebnych na naszą wyprawę jeszcze schła, dopiero więc w piątek spakowaliśmy resztę rzeczy i byliśmy w 100% gotowi na naszą eskapadę.

Trasa – dzień pierwszy: Zielona Góra – Kożuchów – Podbrzezie Dolne.

Wyjeżdżamy chwilę po południu. Kierunek Kożuchów. Wyjazd drogą drugorzędną nr 283. Wcześniej robimy jeszcze krótki postój, by kupić w markecie, tak niezbędną w czasie podróży i słonecznych dni, wodę mineralną. Tuż za osiedlem Jędrzychów kończy się ścieżka rowerowa, więc wjeżdżamy na drogę publiczną. Ruch samochodów nie jest duży, ale, co zwróciło naszą uwagę, tylko bardzo nieliczni kierowcy samochodów używają kierunkowskazów, gdy chcą nas wyprzedzić.

Pierwszą miejscowością, do której docieramy, jest Zatonie. W tej niewielkiej wsi usytuowanej wzdłuż potoku Brzeźniak znajduje się park, a w nim ruiny pałacu, na tle których chętnie się fotografujemy.

za Wikipedią (http://pl.wikipedia.org/wiki/Zatonie_%28wojew%C3%B3dztwo_lubuskie%29)

„Pałac z XVII wieku – wzniesiony w latach 1685-1689 jako piętrowy budynek nakryty dachem czterospadowym z wystawkami. To dwupiętrowa, murowana z cegły podpiwniczona budowla założona na planie prostokąta. Z frontu wejście prowadziło przez zachowany do dziś portyk z czterema kolumnami doryckimi. Przy elewacji tylnej zachował się podobny portyk. Resztki detalu architektonicznego, zdobiącego elewacje pałacu, reprezentują gzymsy i prostokątne obramienia okienne. Nad gzymsem koronującym widnieje attyka zwieńczona w środku kartuszem herbowym. Spalony przez wojska radzieckie w 1945 roku i do dziś pozostaje w stanie ruiny.

Park z połowy XVIII/XIX wieku założony jako krajobrazowy przez słynnego architekta parków i ogrodów Piotra Józefa Lenné. Obecnie stanowi własność państwową. Powiększony w latach osiemdziesiątych XX wieku o podmokłe tereny leśne zajmujące powierzchnię ponad 50 ha. Rośnie tu jeszcze dziś wiele gatunków drzew, również o charakterze pomnikowym jak starodrzew dębowy, grab, jesion, jawor i klon.”

Zatonie - ruiny pałacu

Zatonie – ruiny pałacu

Zatonie - ruiny pałacu wewnątrz

Zatonie – ruiny pałacu wewnątrz

Pałac w Zatoniu, stan z XIX w.

Pałac w Zatoniu, stan z XIX w.

Po krótkiej sesji fotograficznej jedziemy dalej. Mijamy rzekę Śląska Ochla, wieś Barcikowice, by po chwili zatrzymać się przy tablicy informującej o wjeździe do miejscowości Książ Śląski. Takie rarytasy trzeba również uwiecznić na zdjęciu. Ziemia Lubuska, phi.

Książ Śląski

Książ Śląski – wjazd do miejscowości od strony Zielonej Góry

Przejeżdżamy przez Studzieniec, a następnie wjeżdżamy do Mirocina Dolnego, gdzie zatrzymujemy się na odpoczynek przy miejscowym kościele.
Znów za Wikipedią:
„Zbudowany na wzniesieniu w zachodniej części wsi kościół gotycki powstał w końcu XIII w. nosząc wówczas wezwanie św. Andrzeja. W roku 1271 wieś jaki i zapewne kościół przekazany został przez księcia głogowskiego Konrada pod patronat zakonowi żeńskiemu z Nowogrodu Bobrzańskiego. Do połowy XV w. kościół należał do parafii w Mirocinie Górnym. Samodzielna parafia utworzona została po 1522 r. W końcu XIX w. świątynia popadła w ruinę z powodu opuszczenia. Do dziś kościół przetrwał w stanie praktycznie niezmienionym, remont generalny przeszedł w roku 1946). W 1948 świątynie poświęcono i ponownie włączono do parafii w Mirocinie Górnym. Ponownego remontu dokonano w końcu XX w.”

Mirocin Dolny, kościół

Mirocin Dolny, kościół

Jak odpoczynek, to i posiłek. Tak też robimy. Wyciągamy wcześniej przygotowane kanapki (tzw. klapsznytki) i posilamy się, by mieć energie na resztę trasy. Miłym akcentem podczas krótkiej przerwy jest sympatyczne pozdrowienie nas, rowerowych turystów, przez jednego z mieszkańców Mirocina. Od razu przyjemniej wsiada się z powrotem na rower.

Ruszamy dalej. Wjeżdżamy na wzniesienie górujące nad miejscowością i zjeżdżamy w stronę Kożuchowa, miasta położonego na niewielkiej płaszczyźnie. Kożuchów wyrósł przy ważnym szlaku handlowym prowadzącym z Wrocławia nad Morze Bałtyckie. Pierwsza wzmianka o mieście pochodzi z 1273 roku z dokumentu księcia śląskiego Henryka III Głogowczyka.

Wjazd do Kożuchowa

Wjazd do Kożuchowa

Czas na upragnioną kawę. Zatrzymujemy się więc na rynku w jednej z miejscowych restauracji. Z jej perspektywy mamy widok na, niestety tak trzeba to określić, szkaradne połączenie starego z nowym, czyli ratusz. Ale na razie więcej nie zwiedzamy. Jesteśmy trochę zmęczeni, więc stwierdzamy, że najlepszym rozwiązaniem będzie dotarcie do naszego miejsca noclegowego, do Podbrzezia Dolnego (3 km od Kożuchowa). Tam chcemy chwilę odpocząć i wrócić później z powrotem do miasta, by dokładniej mu się przyjrzeć i zjeść w końcu ciepły posiłek.

Widok na Ratusz w Kożuchowie

Widok na Ratusz w Kożuchowie

Nocujemy w gospodarstwie agroturystycznym „U Włodka i Marysi”. Prawdziwa agroturystyka: konie, osły, kozy, owce, pawie, indyki, kury. Bierzemy szybki prysznic i wracamy do Kożuchowa. Znów na Rynek i znów do tej samej restauracji. Czas na obiad. Jesteśmy o 17:30. Obiadu dnia już nie ma, gdyż jest podawany do 15:00. Ok, rozumiem. Na potykaczu przed lokalem napis informuje o zupie dnia oraz pierogach ruskich. Poproszę. Pierogów ruskich nie ma. Jest pizza… Zamawiamy zupę, gulasz oraz naleśniki z serem. Wiadomo, że pizzę najlepszą zjem wtedy, gdy wyjmę ją z  piekarnika w swojej kuchni 🙂

W końcu dokładniej zwiedzamy miasto. Kiedyś było bogate. Świadczy o tym duża ilość zabytków, wysokość murów obronnych, gęstość zabudowy staromiejskiej. Dziś straszy wieloma pustostanami.

Pod wieczór czas na chillout. Znajdujemy idealne miejsce na murach obronnych, gdzie możemy się wspiąć i obserwować co się dzieje dookoła. Odpoczynek i kojąca ciszę przerywa nam rezolutna trzynastolatka, która, wdrapując się po murze, wita nas słowami: „Widzę, że i Państwu spodobała się moja baza”. Zgadza się, urzekło nas to miejsce. Nasza nowa znajoma okazała się bardzo sympatyczną dziewczynką, która chciała się z nami zaprzyjaźnić. Stąd zaczęła dość swobodną rozmowę. Opowiedziała o swoich marzeniach, szkole, o tym, że często przychodzi do swojej bazy, że lubi siedzieć w niej sama i obserwować, że mogłaby być w przyszłości szpiegiem. Później zaczęło się zadawanie pytań i sądowanie, co to za goście pojawili się w jej bazie. Kulminacją były pytania:
– „Na ile procent kocha pan panią?”
– „Na 326 procent”. Moja odpowiedź trochę zbiła „właścicielkę bazy” z pantałyku.
– „A tak można?”
– „Oczywiście, że można”
Nasza nowa znajoma nie dała za wygraną i, drążąc dalej, zadała kolejne pytanie:
– „A czy uprawia Pani s…” – poczułem lekkie drżenie mojej partnerki – „…sport?” Ufff – jaka ulga…

W drodze powrotnej robimy zakupy kolacyjno-śniadaniowe. Nie mogło zabraknąć wśród nich butelki litrowego wina. Na zakwasy. W naszej agroturystyce siadamy na tarasie, otwieramy lekarstwo i rozkoszujemy się cudowną pogodą. Po jakimś czasie dołącza do nas kolejny gość gospodarzy. Wyszedł na papierosa, a przy okazji zaczął streszczać nam historię swej pracy. Miałem wrażenie, że słucham czyjegoś CV. Czy my wyglądamy na kogoś, kto poszukuje budowlańca?!? Uff, po wypaleniu dwóch papierosów pan wraca do swego pokoju. „Do swojej Pszczółki” – jak to określił.

My za to siedzimy dalej, rozkoszując się ciszą, Żadnych samochodów, żadnego odgłosu pijanych ludzi, nawet ptaki poszły spać. Cisza, cisza, cisza… Na jednego papierosa wyszła tym razem Pani Pszczółka, ale na szczęście ona nie chciała nam przedstawić swojego CV. Po opuszczeniu przez nią tarasu pojawił się znów nasz znajomy budowlaniec. I wtedy mam déja vu. Tym razem jednak opowieść jest trochę dłuższa, wielowątkowa i dygresyjna. Tak dygresyjna, że aż Pani Pszczółka musiała wynurzyć się ze swego pokoju. I już naszego budowlańca nie było. Cisza, spokój, cisza, cisza… My i wino… Cudownie.

Poszliśmy na zasłużony odpoczynek. Mimo, że ilość przejechanych tego dnia kilometrów nie była duża (40 km) zasypiamy natychmiast – czy to wrażenia po spotkaniach czy wypite wino to sprawiło?!? Nieważne.

O czwartej nad ranem zaczął piać kogut. Donośnie. Do niego dołączył się indor. Zaangażowanie. W pewnym momencie zrywam się na równe nogi. Co to jest? Co tak skrzeczy? Paw!

– taki głos tuż po czwartej rano. Co to ma być. Na dodatek spłuczka w toalecie co jakiś czas zaczynała syczeć. Rozwiązaniem było wstanie i spuszczenie wody. Masakra. Na chwilę ucichło. Próbujemy zasnąć. Tak, próbujemy. Na nic próby te się zdają, gdy przed piątą osłu zaczyna się coś śnić.

– coś takiego. No to pospaliśmy. Agroturystyka. Tylko konie spokojne.